Rozdz. I: Teatr to znaczy widzenie

“Piszę te słowa po przełomie sierpniowym, na początku burzliwego 1981 roku. Ileż bym chciał dodać, ileż zjawisk odsłania swoje nowe oblicze. Ale nie zrobię już tutaj tego. Tej pracy istotnie nie można poprawiać. Ona jest, czym jest: świadectwem mojego wzrastania, zwierciadłem poglądów kształtujących się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych i tworem wprawiającego się pióra. Jeśli jest warta lektury, niech idzie do ludzi. I – niech nie wraca więcej.”

Od chwili, kiedy napisałem tamte słowa minęło równo ćwierć wieku. Prawie 10 lat solidarnościowego karnawału, Stanu Wojennego i wychodzenia przezeń mimo kantów Okrągłego Stołu. No i piętnaście lat epoki, którą godzi się nazwać Piętnastoleciem Międzysojuszniczym, a może godniej Okresem III Rzeczypospolitej.

Bo, ten dramat, który przychodzi odsłonić pod koniec życia spinając jego doświadczenia klamrą z chwytem, którym przed laty życie za grzywę brałem – będzie pewnie Zarysu Teorii Instrumentalnej Teorii Teatru – lustrzanym odbiciem. Chwyt Teatralny, tamta „Praca o teatrze stała się poniekąd – jak ćwierć wieku temu pisałem - rozprawą o dramacie, w części o propagandzie, edukacji, psychologii społecznej.” Po trosze: Ogólną Teorią Wszystkiego.

Tu chcę opowiedzieć życie razem niezwykle bezpieczne, pasjonujące, pełne doświadczeń naukowego klerka, pół-emigranta na paryskim bruku myślącego o karierze, nauczyciela akademickiego i podziemnego konspiratora, nieoczekiwanie dziennikarza poczytnej prasy, a nawet przez czas jakiś telewizyjnego publicysty, którego żywe programy oglądały miliony ludzi, działacza samorządowego – prawie polityka, a wreszcie, a może przez cały czas antreprenera, człowieka, którego głównym celem, próżnością, pasją było: stawanie wobec innych, zwracanie na siebie uwagi po to, by zapośredniczywszy emocję zbiorową w obserwatorach doznać tego niezwykłego uczucia podniecenia, nieomal lotu, szczęścia którego istnienie przeczuwałem, którego doznanie wydawało mi się nadzieją, o którym wiem, że zdarzyć się może najwyżej raz, kilka razy w życiu, ale przecież bywało, uciekało, wraca i ciągle wierzę, że jeszcze mnie ogarnie poczucie jedności, bycia potrzebnym, służenia wspólnocie: słowem – kreowania teatru spotkania, które jednoczy i leczy wszystkich wyznawców boskiego Dionizosa i Asklepiosa, co poprzez teatr dawał przybyłym do Epidauros radość i zdrowie.

„Od czego się zaczęło – i co to się stało?

Liście spadły, tak drogę zaścieliły całą…”

Liście spadły. Istotnie spadły. Widziałem. Widziałem choć przyznam szczerze nie do końca wierzyłem. Widzę. Bo teatr od greckiego thea to właśnie znaczy widzieć. Inaczej patrzeć. Teatrem jest wszystko na co wspólnie, to znaczy zbiorowo patrzymy. Widziałem czy byłem wizjonerem ? Widziałem życie jak teatr właściwie z tej jednej sceny zaćmienia słońca z Faraona literacko bodaj najgłębiej przeżytej, tej drugiej już realnej, choć mistycznej, gdy JP II wezwał duch Św. i gdy ten przybył na nasze wołanie. Ale wszystko to przeżywałem poza wspólnotą. Czasem z przypadku, częściej z wyboru.

- Pan się boi tłumu, recenzował moje młodzieńcze filipiki mój promotor Sław Krzemień Ojak.

- A ja nie, bo ja z tłumu pochodzę. Plebs miał pewnie na myśli poczciwy aparatczyk. A czuł we mnie klasowego wroga.

„Pon się bojom we wsi ruchu,

Pon nas obśmiwają w duchu.

A ja myślę, że panowie to by mogli wiele chcieć.

Ino oni nie chcom chcieć.”

Pewnie najbliższa mi ta cytata, bo krakowska. Ale jaki tam ze mnie krakauer, przed którym ( smoczym grodem) – Senior zmykał gdzie pieprz rośnie (czyli do Warszawy). Jaki inteligent jeśli dziś słowo to cokolwiek znaczy. Jaki szlachecki rodowód mam wpisać między deski rozstrzelanej przez faszystów stolarni Adamskiego, pąsowe od szmalcowniczej winy „świnki” z ciasteczek „od Wintera” ( por. Bałucki), potracone w wielkim kryzysie parcele i stajnie Żeglikowskich.

W teatrze szukałem swojej wspólnoty. Jako widz, jako niedoszły aktor, niechciany krytyk, odrzucony nauczyciel, niespełniony reżyser, wreszcie antreprener wygnany. Szukałem i … znalazłem, a znalazłszy zdziwiłem ją i  ja nią ciągle zdziwiony.

Myślałem: będę aktorem. Takim no Mirkiem Konarowskim. Miłym, przystojnym, w sam raz na męża panienki z dobrego aktorskiego domu. Nie wyszło. I to … po protekcji. Zosia Mrozowska ( matka mego szkolnego przyjaciela Andrzejka Axera – Sahibka) z Andrzejem Łapickim, Jerzym Koenigiem, Ryszardą Hanin wspólnie uradzili, że – szkoda chłopca (czyli mnie szkoda). Wprawdzie z recytacji najlepszy, ale zez (Kolbergerowi jakoś nie przeszkadzał..), brak koordynacji ruchu ( przez rok z zaciśniętymi zębami trenowałem … kulturystykę), no i teoretycznie zbyt mocny. Za dobry zatem. Udali się jeszcze na konsultacje do Hanuszkiewicza, w którego domu wówczas mieszkałem. Ten poparł ich wydając ostateczny wyrok na moje chłopięce marzenia, przede wszystki na tęsknotę odnalezienia się w grupie.

Czy mieli rację? Całkowitą. Bo kastową. Nie byłem wszak z kasty. Ani aktorskich wyrobnikow ani czynowników. Nie byłem żadnym Damięckim ani nawet Kasią Hanuszkiewiczówną córką Rysiówny. Kasia mogła sobie studiować prawo, plunąwszy na nie bez trudu dostać się do szkoły aktorskiej, po czym ojciec bez zahamowań zatrudnił ją w kierowanym przez siebie Teatrze Narodowym. Kasia w tym czasie przeżywa konwersję, zagra więc tylko jedną rolę w Fedrze obok Kucówny by zbiec do Stanów na stanowisko żony jakiegoś lekarza. Podobnie Piotra syna Adama odnajdujemy do dziś w bazach danych jako reżysera filmowego, choć bogiem a prawdą po ukończeniu łódzkiej filmówki i asystowaniu w kilku ważnych przedsięwzięciach filmowych w Stanie Wojennym – nigdy się w tym zawodzie nie odnalazł i przepadł w jakichś interesach – bodaj we Wrocławiu.

Czy mówi przezez mnie zawiść ? Czy mam czego zazdrościć Kasi albo Piotrowi. Porzuconym w dzieciństwie dzieciom samotnie wychowanym przez matkę, oglądającym całem życie wyścig ambicji rodzcielskich, który na dodatek nie do końca był ich. Kasi i Piotrowi, z którymi czas jakiś byłem w zażyłości i pewnie nie z mojej woli coś się rozluźniło. Trzeba było 50 lat bym pojął, że choć blisko chowani nie jesteśmy z tego samego klanu.

Z pewnością mi to nie zaszkodziło. Przynajmniej w tej sferze, o której stale myślę, która mnie istotnie dotyczy. Czyli w sferze publicznej. W sferze potwierdzenia swego jestestwa w dziele. Bo przecież o ilość codziennej miłości i pieniędzy na koncie nie pytam. Ja nie pytam choć nie wiem kiedy spytają moje córki, którym  być może mimowolnie podobny jak Adam Kasi i Piotrowi zgotowałem los.

Nie było to moim zamiarem. Powiem na swoją obronę. Wszak nie pieniądze, nie sława nawet, ani praca ad gloriam caelestam była moim zamiarem. Dość szybko wywietrzały mi z głowy artystyczne marzenia o sławie dla samej sławy – czego najbardziej szukałem – to ludzi, wspólnoty bezpiecznej, zwyczajnego uznania.

Czemu na zewnątrz ? Czemu nie w rodzinie ? Ano może dlatego, że rodziny nie miałem. Ani rodziny, ani środowiska. Rodzice uciekli przed krakowskimi krewnymi, przed krakauerskim sądem do zrujnowanej, rozbitej, ograbionej z mieszkańców i tradycji Warszawy.

Boże w jakim ja zostałem wychowany – oderwaniu od pieniądza. Oderwaniu mówię, bo to nie to bym ich nie umiał liczyć, nie potrafił oszczędzać. Może nawet nie pożądał po cichu. Lecz bardzo po cichu. Bo cała wpojona mi przez Ojca hierarchia wartości nacelowana była na Sławę.

Rozdz. II: Grymas Seniora

Cokolwiek badacze mogliby powiedzieć o systemie ocen Andrzeja Kijowskiego – zasadniczą wartością w jego twórczości była Sława. I nie mam tu na myśli kariery, uznania środowiskowego czy popularności w mediach. Sława w ujęciu Kijowskiego jest tą z „ Pieśni Polaków” Fredry i z „Małej Improwizacji”, z Micińskiego i z „Legendy” Wyspiańskiego. To Sława z dziecinnego marzenia.

To dziecko: dziecinna wiara, dziecinne okrucieństwo i dziecinna omnipotencja - wyznaczają oś twórczości pisarza. Miał tego świadomość. W dzienniku z 30 lipca 1974 roku znajdujemy taki zapisek: „Byłem dzieckiem. Nikogo nie kochałem poza samym sobą i w nic nie wierzyłem poza własnym istnieniem. Nie kochałem Boga, ale chciałem na nim wymusić miłość dla mnie i okazać się ludziom jako jego wybraniec. […] Nie interesuje mnie ani literatura jako piękność, ani myśl jako mądrość, ani historia jako dramat, ani społeczeństwo, jako istność, która mnie potrzebuje; wszystkie te dziedziny oglądałem dotąd z daleka i dotykałem ich po wierzchu, badając o ile mogę w nich wybić się i zdobyć uznanie.”

Był Kijowski krytykiem. Krytykiem czyli osobą, od której wymaga się sądu wyważonego i sprawiedliwego. Wszystko jednak można o autorze „Miniatur Krytycznych” powiedzieć ale przecież nie to, że był sprawiedliwy! Chimeryczny, ironiczny, niecierpliwy – czasem złośliwy. Miłośnik Wyspiańskiego, uczeń Baudleaire’a i Gombrowicza – Kijowski całe literackie życie przepędził w podwójnym uzależnieniu między patosem a ironią. W swoistym literackim, obywatelskim, erotycznym, rodzinnym i religijnym - grymasie.

Pamiętam jak w jakimś ’73 roku w czasopiśmie „Dialog” w ramach „Prób czytanych” opublikował Senior tekst poświęcony transkrypcji „Fausta” – dokonanej przez Jerzego S. Sito. Jarosław Marek Rymkiewicz ( przyjaciel obydwu tzn. zarówno mego Ojca jak i Sity), ze szczęścia promieniał. – Ale mu dowaliłeś!, chichotał w stołówce Klubu Literatów przy Krakowskim Przedmieściu. – Masz rację: to grafoman, grafoman ! Wyrażał się tak o przyjacielu i szefie swej żony Ewy w hanuszkiewiczowskim Teatrze Narodowym, którego Kierownikiem Literackim był właśnie Jerzy S. Sito. Dodajmy, że panowie Sito i Rymkiewicz na tyle obydwaj dobrze funkcjonowali w ówczesnym układzie, że Hanuszkiewicz (niezbyt chętnie, co wyznawał na stronie) zgodził się wystawić w Narodowym „Pasję i potępienie doktora Fausta” Jerzego S. Sito, a potem niejako dla równowagi „Kochanków Piekła” – imitację dramatu Calderona dokonaną przez Rymkiewicza.

J.M.Rymkiewicz,  A.Hanuszkiewicz i  A.Kijowski ( Obory, ok.1970) - fot. A.T.Kijowski
J.M.Rymkiewicz, A.Hanuszkiewicz i A. Kijowski (Obory, ok.1970). fot. A.T.Kijowski

Obserwowałem Ojca. Przyglądał się Jarkowi z niesmakiem. Złośliwe chochliki tańczyły mu w oczach. – Nie przesadzajmy. Nie napisałem, że grafoman. Raczej chciałem zdefiniować pewną postawę literacką. Niechęć czy nieumiejętność znalezienia własnego stylu, postawę której przecież i ty w pewnym stopniu jesteś przedstawicielem.

– No już nie opowiadaj, zaperzył się Jarek: o mnie byś tak nie napisał! Dwie błyskawice niby stygmat Sławy przeszyły tatarskie oczka Seniora. Pohaniec był pogrzebany. W miesiąc później mógł przeczytać w „Dialogu” zatytułowany „Heca na tematy ostateczne” - miażdżący tekst na własny temat.

Ale co było w Seniorze najdziwniejsze, to fakt, że po opublikowaniu tego tekstu zupełnie nie mógł zrozumieć dlaczego Jarek Marek przestał się do niego odzywać. Dlaczego obraził się jako człowiek miast np. walczyć z nim w literaturze – jak pisarz.

Katarzyna Wiśniewska w szkicu nt. pisarstwa Seniora przytacza wspomnienie Stefana Bratkowskiego, który twierdzi, że to kaprys mego Ojca skazał na emigrację Tyrmanda. Po „Złym” napisał bowiem miażdżący felieton, kończąc go słowami: „Tak, Leopold Tyrmand jest wielkim pisarzem. Dla gówniarzy.”. Nieco później Tyrmand pokazał Bratkowskiemu ten tekst i oświadczył, że wyjeżdża na stałe. „Czy to był jedyny bodziec do wyjazdu, przesądzić nie można – powiada Bratkowski- ale on niesłychanie to przeżył. Gdy po latach opowiedziałem o tym Andrzejowi, on z kolei odczuł to boleśnie. Faktem jest, że jego precyzja sądów bywała bardzo okrutna.”.

Mam wrażenie, że Senior w istocie nie traktował literackich hierarchii do końca serio. Tak naprawdę dotyczyły go słowa. Był genialny, gdy składał z nich przyszłość. Gdy jak dziecko oderwane od realiów, jak Kasandra szalona, jak Tejrezjasz ślepy spoglądał w przyszłość. I nic go nie krępowało: ani miłość, ani interes własny, ani pożądliwość – wzlatywał na skrzydłach Sławy i prorokował.

Jego przemówienie na Kongresie Kultury Polskiej

Andrzej Kijowski przemawia na Kongresie Kultury Polskiej

– 11.XII.1981 w Teatrze Dramatycznym w Warszawie

cytował były polski prezydent w ćwierćwiecze tego wydarzenia: „Kiedy Andrzej Kijowski mówi o tym, że w Polsce rozpoczyna się wielka zmiana to te słowa są tak wizjonerskie, że wydawałoby się nierealistyczne ale to przecież Andrzej Kijowski miał rację. Zmienił się ład międzynarodowy, jesteśmy w zupełnie innym miejscu historii, w innej Europie, w innej Polsce. W lepszej Polsce i pełnej nadziei Europie”.

Chciałoby się wierzyć! Prawda!? Czytajmy jednak Kijowskiego, który siódmego sierpniu roku ’80 – 29  lat temu przewidywał to, co właśnie teraz czai się za progiem. „Żądanie rzeczy, które są do spełnienia niemożliwe, jest albo dziecinadą albo prowokacją. Pełne wyzwolenie Polski spod kurateli Sowieckiej i zmiana systemu politycznego, to na dzisiaj mrzonki. Co więcej – mrzonki niebezpieczne. Co by się stało gdyby ZSRR spełnił nasze żądania? Kraj zostałby wydany na pastwę sporów i walk wewnętrznych oraz tajnych agentur. Można mówić o wyzwoleniu Polski tylko w ramach nowego systemu bezpieczeństwa europejskiego i pod ochroną nowych międzynarodowych gwarancji, w ramach nowych, partnerskich związków polityczno gospodarczych. Nie wolno ani domagać się, ani dopuścić do jednostronnego aktu „zrzeczenia się” przez ZSRR roli gwaranta i protektora. ZSRR mógłby to zrobić bez szkody dla siebie, a nawet z zyskiem, gdyż utworzyłby tu sobie głębokie bajoro polityczne, w którym mógłby łowić, co by tylko chciał, a dalsze dzieje Polski przypominałyby dzieje przedwojennej Litwy lub dawnej Serbii. „Wyzwolenie” takie właśnie mogłoby być wstępem do pełnej aneksji.”

Mamy już niby te gwarancje ale też z ust nietrzeźwych tego samego tyle, że podchmielonego byłego już prezydenta Kwaśniewskiego, poznaliśmy inną, a przewidywaną przecież przez Seniora prawdę: „Pridiot takij dień kagda Rosija. Ja gawarju toczno: Rossija toże budiet w NATO”. Wszyscy oburzali się formą. Czy ktoś przysłuchał się treści !?

Rosja w NATO ! Tak, przyjdzie taki dzień i coraz bardziej obawiam się, że go dożyję - gdy jakiś nowy Ribbentrop z nowym Mołotowem przy aplauzie jakiegoś polskiego premiera, którego dwór jak w czasach stanisławowskich finansować będą na Kremlu i w Brukseli, zawiążą nowe „Święte Przymierze” i będą decydowali o tym, którędy ropa ma płynąć przez nasz kraj. Kogo i gdzie mogą leczyć polscy lekarze.

Nie mineły dwa lata a urzędujący minister spraw zagranicznych, całkiem już na trzeźwo powtórzył te słowa.

„Rosja jest potrzebna do rozwiązywania europejskich i globalnych problemów. Dlatego za słuszne uważam przyjęcie jej do NATO” – mówił 30.III.2009 szef MSZ Radosław Sikorski w czasie III Debaty Kopernikańskiej na toruńskim uniwersytecie

Dla mnie to ewidentna Zdrada Stanu. Wszyscy wiedzą, że tymi słowami Sikorski chciał zwiększyć swoje szanse na szefa NATO. Tzn. akceptują odrzucenie jedynej niekwestionowanej wartości piętnastolecia jaką było wycofanie wojsk sowieckich z Polski. Czyli niepodległość. Taki ton obowiązuje dziś w MSZ. W MSZ nie mówi się dziś o Polsce lecz o Unii, a Unia pragnie wpuścić lwa do klatki, z nadzieją ( iście francuską), że zamknięty z drobiem drapieżnik da się ucywilizować przez kury !!!!

Kto dziś to zamiecie pod dywan, nie da UE wyraźnego przesłania, że Polacy nigdy nie zaakceptują ograniczenia suwerenności i nowego sojuszu z nieobliczalnym i niekontrolowanym odwiecznym zaborcą – ten za dwadzieścia lat będzie wycinał tundrę na Kołymie.

Głos wołającego na puszczy… A przecież tyle są warte międzynarodowe gwarancje w kraju, w którym przez piętnaście lat ukształtowało się głębokie bajoro polityczne, gdzie każdy może łowić, co mu się podoba.


Czemu tyle w mych rodzinno-literackich uwagach polityki ? Bo polityka, polityka z jej względnością, z jej relatywizmem, z jej odrzuceniem wszelkich wartości sentymentalnych przy koniecznym udziale wartości fundamentalnych; kanon polityczny – tkwił w moim przekonaniu u podłoża ocen Andrzeja Kijowskiego.

W dzisiejszej saunie sejmowej, antyszambrach telewizyjnego studia realizowany jest ten standard gry, którego Senior na próżno domagał się od J.M. Rymkiewicza. Wówczas przecież zachował się Senior – krytyk, jak na polityka przystało. Swych literackich oponentów Kijowski zabijał z uśmiechem dodając: – Tak wyszło stary ale w tym nie ma przecież nic osobistego.

I to była jedyna bodaj lekcja krytyki jakiej, z powołaniem na autorytet własnego preceptora czyli Kazimierza Wyki, na progu mego debiutu Ojciec mi udzielił. – Jeśli chcesz zaistnieć pisz negatywnie. Pozytywy wypisują Kubaccy i Maciągowie, zarabiają na opracowaniach ale czytając ich można umrzeć z nudów.

Czy mógł być Kijowski politykiem ? Np. gdyby dożył wolności ? Dziś już wiem, że nie. Od czasu, gdy poznałem agenturalną przeszłość Andrzeja Szczypiorskiego, Zdzisława Najdera, Leszka Moczulskiego. A przede wszystkim od niedawnego dnia, gdy enuncjacja Michała Boniego dopiero po piętnastu latach kazała mi uwierzyć w prawdziwość Listy Macierewicza. Znałem ją od dnia Nocnej Zmiany, lecz właśnie obecność na tej liście Michała ( nb. jednego z pierwszych egzegetów twórczości Seniora, który pomagał mi nieść trumnę Ojca w 85 roku) była w moim przekonaniu dowodem na jej fałszywość. Wyznanie Boniego uwiarygodniło – późno lecz na trwałe – w moich przynajmniej oczach, wysiłek tych wszystkich, którzy naciskają na oczyszczenie życia publicznego z najrozmaiciej szantażowanych agentów. Zatem politykiem w PRL-owskim wydaniu ani nawet w stylu III Rzeczpospolitej, której wydaje się dziś, że powróciła- Andrzej Kijowski z pewnością by nie był.

Widział na to zbyt wiele. Ostatnio dopiero odkryłem, porównując całość spisywanych przeze mnie dzienników Seniora z wersją drukowaną fragment jaki (oczywiście nie informując mnie o tym) autorzy wyboru ( w 1999 roku !) usunęli z wersji publikowanej.

Jest rok 1978. „Wilga, 18.6. Wczoraj wieczór u Bartoszewskich. […] Jaki jest naprawdę N.? Ambitny. To na pewno. Nic by w tym złego nie było, gdyby nie to, że chce mieć wiele rzeczy naraz: nazwisko literackie, nazwisko naukowe i odpowiednie do tego tytuły, renomę zagraniczną (Conrad-man), pieniądze, (w walutach), zarazem najwyższy standard życia (Peugeot 504, Bryńsk etc.), a jednocześnie odgrywać rolę w ruchu dysydenckim i mieć znaczenie na emigracji. Wszystkie te cele realizuje właściwie cudzymi siłami. Za pomocą Haliny, Conrada, Zbyszka H. , Jana Józefa Szczepańskiego, mnie. Jest to właściwie bardzo niebezpieczny człowiek, którego trzeba mieć pod baczną kontrolą. Czy może być narzędziem SB? Owszem. To nie jest wykluczone. Miałby za zadanie rozbijać ruch dysydencki w podobny sposób jak to robi Moczulski. […]”.

Oczywiście systemat wartości politycznych, który przypisuję Ojcu opiera się na tym machiavellowskim zdaniu: „Polityk nigdy nie mówi nigdy”. A to znaczy także nie ufa nikomu. Tak jak okazuje się Senior nie wierzył przyjacielowi, z którym codziennie wspólnie redagowali teksty do „Twórczości” i materiały opracowywane w ramach Polskiego Porozumienia Niepodległościowego.

Ale polityk prawdziwy czyli uczciwy poświęci rodzinę, matkę, pieniądze; wie że wszystkie chwyty są dozwolone – jednak w ramach generalnej reguły jaką być musi zdefiniowana przezeń Sprawa. Przyznam też szczerze, że jeśli dość często robi na mnie wrażenie retoryka Jarosława Kaczyńskiego, to właśnie dlatego, że prezentowana przezeń mieszanka inteligencji, bezwzględności i ideowości – dziwnie mi zdaje się … domowa.

W rękach jego błyska miecz – nad głową szumi Sława.

System wartości Andrzeja Kijowskiego był w swej istocie polityczny. Dlatego pewnie najlepiej, najpełniej, najefektowniej zrealizował się jako mowca: 29 lutego 1968 roku przedstawiając projekt rezolucji przeciw cenzurze na nadzwyczajnym zabraniu OW ZLP i 11 grudnia 1981 roku na Kongresie Kultury Polskiej – wygłaszając zasadnicze polityczne teksty.

Jednak teksty polityczne wymagają publiczności i właściwego czasu. Kijowski nie zdążył na swoje czasy. Myślał nie o jeden – o trzy etapy do przodu. W roku 1974 jego wyobraźnia nie była ani w 1981 ani nawet w 1989 roku. On widział już wolną Polskę, która w naszych oczach zaczyna swą niepodległość tracić.

Życie poświęcił Senior – publicznemu wątpieniu i publicznemu stawianiu pytań. Tak najkrócej zdefiniować można pozycję krytyka. Krytyk, prawdziwy krytyk, a Senior był być może jedynym krytykiem absolutnym, nie działa w imię układu ani nawet programu lecz tylko i jedynie w imię czystego sądzenia. Krytyk władzy sądzenia musi być samotny. A wina taka idzie w pokolenia.

Rozdz.III Sława

Nie od razu to zrozumiałem. Próbowałem się bronić. Zrozumiawszy, że nigdy nie zdołam uprawiać krytyki zależnej szukałem innego zawodu. Szukałem ludzi: w radio, w telewizji, w kawiarni. I tam ich wreszcie znalazłem. Moją ogródkową wspólnotę. Miała być malutka. Tak chciała Wyborcza i radził Krzysztof Marszałek – jeden z pomocników najskuteczniejszych, który pomagał wzrastać imprezie. Wbrew powiększającej obojętności radnych przestrzegał mnie zawsze przed podwyższaniem skali. Przed marzeniami owszem ale również przed przecenieneim własnych możliwośi. – „Niech ręka boska broni tradycji Teatru Ogródkowego przed przekształceniem w to, o czym przed chwilą Andrzeju wspominałeś, mówiąc o budowaniu jakiegoś gmachu, jakiegoś podniosłego miejsca. Dopóki to będzie lekkie, dopóty będzie wspaniałe i piękne.” – Inaczej, już po największych sukcesach, które ( przynajmniej na razie) teatr ten pogrzebią wypowie to w listopadzie 2006 Jacek Sieradzki.

A mnie ? – Cóż mnie marzyła się zawsze „feta na wielką skalę”.I nie pour passer le temps tylko.Marzyła mi się wspólnota i Warszawa i Polska może nawet odnaleziona w swej istocie. W swym, jakby powiedział Mochnacki narodowym tętnie kultury.

Że wątpiłem… Pewnie, pozbawiony akceptacji w dzieciństwie marzyłem, ale nie dowierzałem. Gdy przychodziło szczęście szczypałem się potrzykroć co rano, a jednak nie umiałem zrobić nic by szczęście dla samego szczęścia szanować. W jakimś bowiem sensie traktowałem je jako należne i oczywiste. Przedmiotem troski było tylko: odnajdowanie wspólnoty. I znalazła się! Nie w tym dokładnie miejscu ani w oczekiwanym czasie. Rok po roku już w nowym tysiącleciu do Doliny Szwajcarskiej zaczęły ściągać niewyobrażalne tłumy. Z pieciuset osób na pierwszym ogródku, do pieciu tysięcy na siódmym, dziesięciu na dziesiątym, dwudziestu na trzynastym, czterdziestu tysięcy na czternastym, przeszło osiemdziesięciu tysięcy ludzi na piętnastym konkursie teatrów ogródkowych. Na Finale XV KTO w 2006 roku pełniącego funkcje prezydenta Warszawy premiera Marcinkiewicza mogłem widać przed publicznością sięgającą 5 tysięcy osób,

a ostatniego dnia podczas współorganizowanego z ZASPem finału Wilkich Ogródkowych Dionizji pod hasłem Artyści Artystom przez Ogrody Frascati przeszło od rana około 8 tysięcy osób.

Warszawiaków ! W większości starszych państwa, najczęściej ubogich inteligentów. Wreszcie uwierzyłem ! Poczułem się potrzebny. Może nawet – sławny. Ale nie tą popularnością z telewizji czy z gazet. Zrozumiałem, że to, co robię jest  potrzebne ludziom, osieroconej inteligenckiej wspólnocie. Nie trzeba było długo czekać: dla polityków potrzebny ludziom oznacza groźny, dla działaczy lokalnych to co publiczne jest niebezpieczne, dla reprezentantów układu i mafijnych koterii nie ma nic groźniejszego niż niezależna wspólnota. Odmówiono pieniędzy. Odebrano stanowisko. Wyssano z palca absurdalne oskarżenia.

Ktoś ma nadzieję odebrać nam prawo widzenia. Jak byśmy byli w więzieniu. Jak byśmy jeszcze nie doszli z ziemi włoskiej do Polski. Bo stamtąd wolny teatr, stamtąd spotkanie, stamtąd śródziemnomorskie widzenie pochodzi.


Rozdz. IV. Sycylijskie korzenie.

Zaczęło się przeszło trzydzieści lat temu. W sierpniu 1975, w piątek 22 sierpnia w trzy dni po wypadku, o którym się tego wieczora dowiedziałem: 19 sierpnia uległ katastrofie (dziś wiemy, że został ponoć zestrzelony przez Arabów i spłonął gdzieś nad Damaszkiem) czeski samolot Ił-62 z Konradem Swinarskim na pokładzie.

A ja dwudziestoletni, głodny ale bardziej niż spaghetti (z paremezanem!) - wolności i swobody spragniony, dotarłem właśnie do Palermo, gdzie w nadmorskiej Marina di Palermo odkryłem cudowny park z Teatrem Ogródkowym.

Tego dnia aktorzy Giorgio Strehlera wystawiali commedia dell arte Arleccino con due Padroni „Sługę dwóch Panów” Goldoniego. Takiego ogrodu w życiu nie widziałem. Tryskające fontanny, podświetlane gazony, fotele dla notabli i galeria dla studenterii. Bilety! Sprzedawane tak jak w warszawskiej filharmonii: na piątkową galę drożej [ tyle że to drożej na Sycylii to było bodaj dwadzieścia dolarów - ówczesna pensja Polaka!], na sobotę za połowę ceny.

Ale … Polak potrafi. Nie czekałem soboty. W walizce miałem elegancki garnitur letni (odrzuty z eksportu CORY szyte dla amerykańskiego domu towarowego Aleksander). Doubrawszy się jak panicz, obszedłem teatr od tyłu, od winnic, obudziłem w sobie trapera, wykonałem coś w rodzaju skoku o tyczce i z alejki zza żywopłotu jak skierka wskoczyłem w środek bajki. Ten ton, ten szyk, ten styl i szarm – ja sobie wyobrażam… Boże ty mój! Lekkość, radość, atmosfera niewymuszona i elegancka razem. Do dziś mam to pod powiekami. Wtedy zrozumiałem, poczułem raczej, że teatr pod dachem jest ponurą dziewiętnastowieczną pomyłką, że żyje tylko na powietrzu, gdzie istniał do wieku osiemnastego i gdzie w dwudziestym cała Wielka Reforma Teatru na powrót go wyprowadziła.

Trzeba było innych doświadczeń. Zobaczyć podwóreczko gdzieś w Madrycie, obejrzeć kopenhaskie Tivoli, by zrozumieć czego nam dziś potrzeba.

Drugie zetknięcie to było pod koniec Stanu Wojennego. W Zakopanem Andrzej Dziuk z Julią Wernio tworzyli Teatr Witkacego. Późno się w nim pojawiłem. Dopiero bodaj w 88 roku. Ale tak jak kiedyś w podstawówce nie musiałem bywać w Teatrze Laboratorium by, żyć jego ideą opisaną przez Ludwika Flaszena w Cyrografie, tak i teraz jeden opis w Twórczości był dla mnie ważniejszy niż sam spektakl. Bo spektakl… Zawsze to czułem: spektakl to było spotkanie. Spektakl w czasie Warszawskich Spotkań Teatralnych toczył się dla mnie gdy siedząc na fraponie oglądałem buty aktorów i łysiny patrzącej na mnie publiczności. I potem w kuluarach gdzie może raz jeden czułem się na miejscu: swój wśród swoich. Tak, przecież to zawsze za mną chodziło. Nie scena, nie sztuka, nie problem. Tylko sprawienie by było mi dobrze wśród ludzi.Właściwie wszystko wtedy zrozumiałem i … napisałem manifest.

W tym momencie ( czyli w 87 roku) byłem już przecież licencjonowanym doktorem nauk, estetykiem teatru, autorem książki, wykładowcą szkoły teatralnej, publicystą Dialogu. W 1987 roku odbyłem staż w paryskim Conservatoire u Jean Pierre Miquela. Nawet dzięki Małgosi Szpakowskiej, która oddała mi własną pracę dostałem posadę konsultanta literackiego w Teatrze Studyjnym’83 w Łodzi u boku Grzegorza Jaskuły i Pawła Nowickiego. Zorganizowałem im wiosną ’87 przemądre sympozjum: Teatr-dramat-polityka. Odbyło się ono całkiem legalnie w Łodzi. Wśród zaproszonych pamiętam sporo było wyglądających na powierzchnię opozycjonistów. Wśród nich Kazimierz Wóycicki z Więzi ( później pierwszy „nasz” redaktor Życia Warszawy [Tomasz Wołek był jego zastępcą] i Andrzej Urbański, z którym przyjaźniłem się od zawsze, wydający wówczas pół legalnie gazetę u wolskich księży w Warszawie na Karolkowej.

W tym więc gronie sformułowałem i po raz pierwszy poddałem pod dyskusję tezę, iż sztuka jest pojęciem nowym i przelotnym, a teatr też nie tyle jest sztuką co techniką organizacji zgromadzeń czyli :miejscem spotkania. I pod tym tytułem Teatr jest miejscem spotkania tekst zaniosłem do Dialogu.

Co to się działo, co się działo. Że strawestuję Młynarskiego: Pół Kolegium się ze śmiechu zataczało. Zachowałem maszynopis, na którego marginesach wyżywają się na mnie: chowająca mnie od szczenięcych intelektualnych lat Małgosia Szpakowska, ale także młodszy kolega po piórze uznany za największy talent krytyczny i organizacjyjny Jacek Sieradzki, który objąwszy po Konstantym Puzynie stanowisko Redaktora Naczelnego „Dialogu” trwa na nim już bez mała lat dwadzieścia. Ale wyśmiewał mnie także przyjaciel ze studiów (nb. autor znakomitego szkicu o moim Chwycie Teatralnym) Paweł Konic, który na on czas jeszcze w Dialogu pracował.

Konstatcja była taka. – Bełkoczesz chłopczyku stwierdzili chórem. Odsłaniasz swoje niedoksztacenie a przede wszytskim mylisz języki: dyskursywny z postulatywnym. Albo się jest uczonym ( do czego miałem tytuł) i patrzy się na wszystko z dystansu albo artystą ( którym od dawna już być nie chciałem), ale za którego nolensu volens wszyscy ( szczególnie obcy) mnie brali. Bo artysta dla ogólu to jest taki, któremu się oczy palą.

Istotnie: mnie się paliły. Gdybyś Ty był jakiś Grotowski czy Kantor to byśmy Ci to opublikowali bo za tym bełkotem stałaby praktyka. Więc jak chcesz powiedział Sieradzki to taki teatr rób, pisać jeszcze nie ma oczym.

No cóż … pewnie mieli rację. Mnie jednak żal było pracy, nie wiedziałem że przyjdzie jeszcze czas, gdy nie będzie potrzebna zgoda szefa RSW Prasy na pisanie recenzji teatralnych czy błogosłwieństwo ZPRów na organizajcję imprez.

Rozdz. V. Sądy Estetyczne.

To, co  zostało powiedziane w 1987, ostatecznie zobaczyło światło druku bodaj w 1992 roku  - właśnie wtedy, gdy nagle okazało się, że jednak mogę zbliżyć się do praktyki. Jednak to, co wtedy wyraziłem towarzyszyło mi przez lat piętnaście i z pewnością, nie byłoby Ogrodów Frascati jakie powstały, gdyby nie pewność teoretycznego zaplecza. Gdyby nie chęć praktycznego udowodnienia mych racji teoretycznych.

Dwu racji - że: 1)sztuka piękna nie ma szczególnych praw, nie jest ponadczasowa lecz, że to koncept tylko i wyłącznie romantyczny; episteme sformułowana w końcu osiemnastego wieku, której produktem stała się instytucja sztuki z kategoriami ‘twórczości’ i ‘artysty’ – w naszych ocach ostatecznie się wyczerpująca.

i że: 2) również i Artysta Teatru z całą Sztuką Teatru obwołany w 1905 roku przez Edwarda Gordona Craiga jest modernistycznym, postromantycznym podstawieniem. A taki jak ja – animator kultury, jak dziś się nazywamy , nie jest potomkiem Craiga, ani Leona Schillera czy nawet Arnolda Szyfmana lecz się się wprost od dworskich mistrzów ceremonii i antreprenerów w stylu Ludwika Zimmajera wywodzi.

Tak zatem ogłaszając i wprowadzając w czyn: – Towarzyską Teorię Teatru twierdzę, że – teatr nie jest sztuką ani instytucją kultury – teatr jest bytem społecznym: jest miejscem spotkania.

Rozdz.VI. Teatr to miejsce spotkania.

Można powiedzieć, że sztuka i teatr są odwiecznie związane z działaniami kulturowymi człowieka. Można też stwierdzić, że historia tych pojęć jest stosunkowo krótka i wiąże się z epoką, która zaczęła się w latach oświecenia, a dziś zdaje się dobiegać kresu; z epoką postępowego optymizmu naukowego i relatywizmu doktrynalnego, słowem z nowożytnością.

Istotnie, pojęcie sztuki pięknej zrobiło prawdziwą karierę gdzieś od połowy XVIII wieku: od Batteux i Baumgartena poczynając, poprzez Kanta, ustaliwszy się w koncepcji Schillera. Kryzys wiary w niezmienny porządek rzeczy, uszeregowanych według zasad hierarchii, kryzys, którego szczytowym przejawem były rewolucje społeczne z francuską na czele, ten kryzys fundujący nowożytności zasady: historyzmu, ruchu, postępu, zmienności, a w końcu względności, czyli relatywizmu, każe opierać wartościowanie na podstawowym czynniku nowości. W nowożytnych czasach dobre jest to, co nowe i to, co wprowadzeniu nowości służy.

A co jej służy? Rzecz jasna: twórczość. Tę kategorię długo zarezerwowaną dla czynności boskich, poczęto od siedemnastego stulecia, od prac Sarbiewskiego na temat poetyki poczynając, odnosić do czynności artysty. Sugerować to może pozorną laicyzację pojęcia, skoro artysta w odróżnieniu od stworzyciela nie tworzy ex nihilo ale ex re. Jednak w gruncie rzeczy owo zaanektowanie przez sztukę pojęcia twórczości było świadectwem resakralizacji domeny artystycznej.

Sztuka piękna, która nie dysponowała osobnym pojęciem dopóty, dopóki była ściśle związana z kultem religijnym, odrywając się odeń pozbawiła religię części jej mocy. Formy zaś estetyczne, upominając się o prawo tworzenia, odkryły tęsknotę za metafizyczną prawdą, która usankcjonowałaby ich siłę.

Nie będzie żadnym odkryciem stwierdzenie, że tzw. sztuka piękna zawdzięcza pozycję, jaką uzyskała w czasach nowożytnych osłabieniu znaczenia religii. Że instytucja sztuki: z artystami, estetykami i publicznością, wyrosła w miejscu, gdzie do niedawna niepodzielnie panowała instytucja kościelna: z kapłanami, teologami i wiernymi. Że, inaczej mówiąc, długo obowiązujący wzór religijnej pewności i celowości został w czasach nowych wyparty przez paradygmat estetycznej względności i bezinteresowności. Paradygmat ze sfery sztuki rozszerzający się w XIX i XX wieku również na naukę, politykę, a także na moralność.

Tworzenie czegoś nowego stało się w czasach nowożytnych główną przesłanką określającą wartość człowieka. I w tym momencie artyści, pojmowani jako nosiciele twórczości, okazali się pretendentami do pierwszego miejsca na drabinie społecznej bądź też miano artysty stało się obiektem przetargów. Skoro lepiej dziś tworzyć (nawet nieudolnie) niż naśladować (choćby doskonale), o miano twórcy i przynależne mu honory upominają się wynalazcy i odkrywcy, jak się ich dzisiaj nazywa: twórcy kultury, nauki i techniki.

Tak więc twórczość, odkąd ten walor przestał być zarezerwowany dla Boga, stała się obiektem pożądania coraz szerszych rzesz ludzi. Właściwie nikt ambitny dobrowolnie nie zrezygnuje dziś z miana twórcy.

Proces ten nie był natychmiastowy. Można, przyglądając się rozwojowi instytucji teatralnej, która w nowożytnym sensie poczęła się formować około połowy XVII wieku, obserwować kolejne etapy demokratyzacji czy też entropii mocy tworzenia. Jeszcze Lessing odróżniał czynności twórcze i odbiorcze, sztukę dramatopisarza zaliczając do pierwszej, aktorów zaś do drugiej kategorii. W XIX wieku na miano twórców zasłużą aktorzy, przełom XIX i XX stulecia wyznaczać będą spory między dramaturgią a reżyserią o stosunek tekstu do wizji inscenizacyjnej, by w połowie XX wieku o swoje prawa twórcze upomniała się publiczność. Publiczność uznana za integralny składnik teatru staje się bowiem współuczestnikiem kreacji zbiorowej.

Z punktu widzenia historii doktryny teatralnej wymienione etapy maja swoją wagę, jednak w perspektywie zmian światopoglądowych zdają się one jedynie elementami, wręcz koniecznymi konsekwencjami zapanowania paradygmatu estetycznego i związanego z nim procesu laicyzacji pojęcia twórczości. Bowiem gdy uległo ono rozszerzeniu, a metafizyczna prawda wykluczona została z analiz umysłowych, cały konstrukt estetyczny rządzący epoką nowożytną jawić się może jako droga, niepostrzeżenie wyprowadzająca człowieka w świat względności, w którym jednym oparciem jednostki wydają się drudzy. Drudzy, współtworzący nasze życie, nadający sens naszej mowie, drudzy będący publicznością, dla której, we wzajemnym sprzężeniu, gra się i której gry się podziwia.

Paradygmat teatralnego współtworzenia byłby w takim rozumieniu konsekwencją upadku wzorca estetycznego. Wzorca, którego, gdy jeszcze nie wykształcił się na przełomie epoki oświecenia i preromantyzmu, można było nie dostrzegać, tak jak nie dostrzegał go Jan Jakub Rousseau, gdy w miejsce widowisk w estetycznej wersji proponował wersję najbardziej nam współczesną, nazwalibyśmy ją pewnie: wspólnotową. W roku 1758 w Liście do pana d’Alamberta o widowiskach pisał: „Ale nie gódźmy się na ekskluzywne widowisko, przeznaczone dla garstki ludzi, którzy zamykają się smętnie w ciemnej spelunce i trwają, zalęknieni i nieruchomi, w ciszy i bezczynności, oglądając tylko ściany, sztylety, żołnierzy, ponure obrazy niewoli i nierówności. Nie, ludy szczęśliwe, nie dla nas takie zabawy! Na pełnym powietrzu, pod gołym niebem powinnyście się gromadzić i rozkoszować poczu­ciem własnego szczęścia. Niech przyjemności wasze nie będą gnuśne ani możliwe do kupienia za pieniądze, niech nie zatruwa ich nic, co tchnie przymusem, niech będą swobodne i wspaniałe jak wy, niech słońce opromienia wasze niewinne widowiska; lud sam stanie się widowiskiem, i to najgodniejszym z tych, jakie słońce może oświetlić’ [1]

Rzecz ciekawa. Wtedy gdy rodziło się już pojęcie estetyczności, a z niego wyłaniało się dostrzeżenie różnych sztuk pięknych, gdy Lessing rozważał już zupełnie serio problematykę sceniczną, a Diderot, Riccobini i wielu praktyków analizowało sztukę aktorską, ale nigdy nie nazywano jeszcze teatru sztuką samoistną, Jan Jakub Rousseau jednocześnie rozszerza pojęcie teatru, nadając mu zakres i rozumienie bliskie temu, jakim posługują się dwudziestowieczni reformatorzy sceny, a zarazem nie dostrzega w nim żadnych elementów estetycznej umowności. Rousseau widzi teatr kompleksowo. Dostrzega jego przejawy zarówno w przedstawianym konflikcie, jak i w samej działalności aktorskiej, w sposobie aranżacji przestrzeni, a także w postawie publiczności zarówno w trakcie spektaklu, względem teatralnej instytucji, jak i wobec treści wyrażanych w dramacie i ukazywanych na scenie. Jednak posługując się pojęciem teatru w sposób tak prekursorski, Rousseau abstrahuje od kategorii sztuki pięknej, nie przyjmuje paradygmatu estetycznego. Nie ma bowiem co, zdaniem Obywatela genewskiego, budować wyłączonych miejsc, w których publiczność biernie poddawałaby się wpływom i doznawała zastępczych przeżyć. Przeżycia nie mogą być sztuczne, one są zawsze prawdziwe.

„A co ma być tematem tych widowisk? – pyta Rousseau. – Co się będzie pokazywało na scenie. Właściwie nic. Gdy panuje wolność, na każdym najdrobniejszym zgromadzeniu panuje również radość.

Proszę wbić na środku placu drąg uwieńczony kwiatami, zbierzcie tam lud i będziecie mieli zabawę. Zróbcie jeszcze lepiej: niech widowisko stanowią sami widzowie, niech się staną aktorami, niech każdy siebie ogląda i kocha w innych, aby wszyscy czuli się mocniej złączeni”[2]. Czy takiego zdania nie mógłby wypowiedzieć Grotowski albo Schechner, albo Malina? I czy takie zdania nie wyprowadziły właśnie Grotowskiego poza sferę, którą on sam, zgodnie z dziewięt nastowiecznym uzusem, zgodził się nazwać teatrem?

Paradoks polega na tym, że pojęcie teatru rozumianego jako kreacja zbiorowa wykształciło się w ramach nowożytnego światopoglądu estetycznego. Stale rozumiemy go więc jako zjawisko bezinteresowne i względne, godząc się, że o jego wartościach: „non est disputandum”. Tymczasem środek, o którym pisze Rousseau, twórczość wspólnotowa, którą uprawiają uczestnicy współczesnych nam interakcji, ma zupełnie realne: polityczne, religijne, psychologiczne – właśnie: celowe i konkretne znaczenie.

Twórczość, jaką uprawia się w teatrze dziś, twórczość zbiorowa aktorów i publiczności jest zatem celowa, i konkretna. Służy ludziom i stwarza to, co jest im do życia najbardziej potrzebne. Stwarza wspólnotę. Spektakle, i związane z nimi treści artystyczne, nie są ani nigdy nie były jedynym powodem zjawiania się publiczności w teatrze.

Sztuka sceniczna, która od zarania swych dziejów dążyła, poza wszystkimi innymi opisywanymi tu aspektami, również do tworzenia pięknych obrazów, tak pojęta sztuka sceniczna przerodziła się dziś w kino W fikcję kina i w prawdę obrazu. A tamte idą swoją drogą. Rozprzestrzenia je telewizja. Zachowuje video. Lecz to, co stricte teatralne, zdaje mi się ciągle społeczne, towarzyskie. Bowiem teatr z pewnością nie jest oderwaną od życia sztuką piękną. Ani jakąś świątynią estetyczną, zdolną coś ludziom narzucić. Od dawna wiadomo że teatr nie kształci publiczności, lecz jest od niej jak najbardziej zależny. Teatr jest sztuką codzienną, aktualną, gdzie walczą ze sobą rozum i uczucie, emocja i poza. Teatr jest umiejętnością wychodzenia ludzi ku sobie, służy temu, by ludziom mogło być dobrze w gromadzie. Można kształtować go w klubach, na spotkaniach towarzyskich, wernisażach, różnorodnych sesjach wyjazdowych. A w teatrze? To znaczy w tym, co ciągle jeszcze nazywamy teatrem dramatycznym? W teatrze, sądzę, najwięcej teatru jest – czy raczej powinno być – w czasie przerwy. Niekiedy w czasie dyskusji z twórcami, gdy przestajemy mówić o sztuce w ogóle, lecz zaczynamy serio odnosić się do wartości, lub na bankiecie popremierowym, gdy plotkujemy o konkretach. Jednak to nie znaczy, podkreślam, by spektakl był czymś zbędnym ani, że przerwa zrobi się sama. Spektakl jest potrzebny, raz dlatego, że na przerwę trzeba zasłużyć, po drugie dlatego, że stwarza on zawsze nadzieję na spotkanie się z pięknem i mądrością. I wreszcie dlatego, że stanowi powód — kamuflaż, jeśli wolicie – naszego wyjścia ku ludziom. I przerwa także stwarza tę nadzieję, więc ją także trzeba może precyzyjniej jeszcze, wyreżyserować. Nie stworzy jej ani same dobre piwo w bufecie, ani kategoryczny zakaz sprzedaży alkoholu. Nie stworzy jej nachalne organizowanie, jakiej deklaratywne „kochajmy się”. Tak, to tutaj zaczyna się pole dla prawdziwej reżyserii. Od organizacji widowni poczynając.

Myślę, te idealna widownia nie powinna znać się zbyt dobrze ani też być sobie zupełnie obca czy daleka. Listę zaproszonych do teatru trzeba ustalić podobnie jak zestaw gości przyjmowanych na imieniny. Ludzie, którzy się spotykają, powinni być siebie nawzajem ciekawi. Powiedziałem: zaproszeni goście, a nie „zabiletowani” widzowie. Czy to się da zrobić? — Przecież praktycznie to się już robi. Wszelkie formy organizacji widowni: dla szkół, zakładów pracy, różnorodnych zrzeszeń są chyba ruchem w tym kierunku właśnie. Z tym, że ruchem odpersonalizowanym, zinstytucjonalizowanym, biurokratycznym, A teatr powinien zwracać się do osób. Umożliwiać im kontakt na nowych, twórczych zasadach. Powinien być nawet nieco ceremonialny i snobistyczny. I nie musi udawać, że się powietrzem żywi. A więc organizujmy spektakle wyciągając wnioski ze znanej skądinąd prawdy, że każde przedstawienie jest wydarzeniem niepowtarzalnym. Przecież każdy chętnie wyjmie ze skrzynki list, w którym dyrektor teatru osobiście go zaprosi, na spektakl taki czy taki, połączony z wernisażem lub cocktailem, albo prelekcją w przerwie; na spektakl, na którym obecność swą zapowiedział ten czy ów, a którego koszt… wynosić będzie tyle, a tyle, którą to kwotę itede, itepe. W teatrze zaś taki bardziej już gość niż przypadkowy widz dowie się, że za odpowiednią opłatą może się stać członkiem klubu przyjaciół, z czym związane są określone przywileje, sponsorem, któremu dziękować będzie się publicznie: w programach albo w prasie czy podczas toastów we foyer – jak kto woli.

Powiedziałem, że teatr powinien być miejscem nieco snobistycznym ale także ceremonialnym. A i to znaczy, że powinny tu obowiązywać formy, jakich brak nam na co dzień. Właśnie takie, jak osobiste, choć oczywiście konwencjonalne,  zwracanie się do gości, przyjaciół, dobrodziei, samych nawet władz. Choćby takie, jak uprzejmiejsza obsługa. Tutaj pomysły mogą być przeróżne. Niektóre pewnie staną się tradycją, inne winny się zmieniać. W najwspanialszej architekturze teatralnej, jaką znam, w warszawskim Teatrze Małym, czasy świetności łączą mi się zawsze z sympatycznym nastrojem, jaki wywoływała we wchodzących sama szatnia. Ostatnio poszedłem po latach, I…cud! Szatnia przetrwała. Wieszaki oparły się totalnej degrengoladzie. Nadal kulturalne garderobiane grzecznie odbierają płaszcze. I nadal obsługa jest tak liczna, że praktycznie nie istnieją kolejki. Chwała Dionizosowi i za to. Więc działajmy podobnie. Jeśli nie hańbi mnie „rozpłaszczenie” i „powieszenie” gości wchodzących do mojego domu, to czy cały zespół z dyrekcją, i reżyserem, nie mogą witać gości i żegnać ich po spektaklu, eliminując kolejki do szatni?  /A przy okazji do jakiejś skarbonki inkasować dobrowolną opłatę?/. Idźmy dalej. Czy ci sami gospodarze-artyści nie mogą w trakcie antraktu/lub po nim/ zorganizować niewielkie przyjęcie przechadzając się z tacami, częstując kanapkami, słodyczami, kawą czy napojami. A opłatę za to inkasowałoby się ryczałtem, być może w ogóle wkomponowując ją w cenę biletu. Że teatr będzie wówczas drogi? -Niech będzie. Lubimy płacić drogo, byleśmy wiedzieli, za co Dobrze to czy źle, na pół litra prawie każdy biedak w Polsce wyda, a taki spektakl z bajerami ceny półlitrówki raczej nie przekroczy.

Ale to nie koniec. Oczywiście, także w czasie przerwy trzeba towarzystwo / tak – towarzystwo, a nie widzów/ czymś zająć. W dawnych czasach istniały takie formy, a nazywały się intermedia. I tu właśnie powstaje możliwość przechodzenia z płaszczyzny fikcji scenicznej ku sprawom realnym. Tak jak powiedziałem, może być i dyskusja i prelekcja, i występ muzyczny, nawet jakieś ważne video. Ale kompozycja tych elementów zależeć musi od całościowej wizji reżysera. Reżysera czy reżyserów, którzy w teatrze wykonują dziś ledwie jedną trzecią, i to najmniej istotną, z ciążących na nich obowiązków.

Czyżbym więc postulował jakąś nową,  towarzyską reformę teatru ? Można to i tak nazwać. I próżno głosić,  że teatr tak naprawdę zawsze sprawdzał się tylko wtedy, gdy spełniał tę rolą, jaką mu dzisiaj przypisują. Już to zresztą zrobiono. Choćby Jolanta Brach-Czaina zanalizowała przed laty pod tym kątem „Ucztę” Ksenofonta w artykule Życie towarzyskie a spotkanie teatralne. Analitycznie można zresztą pewnie potwierdzić każdą teorię. I taką, i siaką. Rzecz jednak: w tym, że jak sądzę, opisany proces nie jest postulatem. On się już dokonuje. Przychodzi pora na teatr mały, środowiskowy, prywatny, nawet – jeśli jeszcze są ku temu warunki – domowy. Teatr,  jak zakopiański „Teatr im. Witkacego” przy kwaśnym mleku i ciasteczkach. Teatr, który bardziej chce służyć swojej publiczności i żyć dzięki termu zarówno w ekonomicznym, jak społecznym prestiżiu, niż ubiegać się o mniej lub bardziej podejrzane i politycznie uwikłane „dobre recenzje” czy „Festiwalowe Laury”. Teatr jest umiejętnością codzienną, paedeutiką, czyli sztuką zabawy, jak ją nazywał Hugon od św. Wiktora. Jest instytucją i miejscem – miejscem spotkania.

[1]J.J. Rousseau  List do pana d’Alamberta o widowiskach , w: Umowa społeczna i inne rozprawy, przełożyła W. Bieńkowska, Warszawa 1966, s.482

[2] Tamże, s. 482, 483.

Rozdz. VII. Spotkanie z Lapidarium.

Powyższe było pisane w 1987 roku. Nie bez doświadczeń Stanu Wojennego. Teatru Domowego, którego organizacja w domu mego nieżyjącego Ojca na Jaworzyńskiej i u Hani Kirchner na Jelonkach była moim bodaj pierwszym doświadczeniem organizacyjnym w teatrze. I w tedy przyszło to trzecie

Przyszło - Lapidarium

Bodaj w 91 kiedy Andrzej Urbański był krótko wydawcą Pegaza, a ja pracowałem jeszczej w „Tygodniku Solidarność”, w którym właśnie przeprowadziłem ankietę pt. Głosowanie imienne pytając o celowość istnienia Ministerstwa Kultury oraz o to jak dalece teatry winny być dotowane - zgłosiła się do mnie TV bym się wypowiedział nt. dotacji dla sztuki. Materiał miał oczywiście tezę. Artyści chórem narzekali. Toteż nie znalazłem swojej „setki” między wypowiedziami od wszystkich  Englertów pobranych. Nie znalazłem bo pamiętam, co wtedy mówiłem. Jako starówkowy radny zaprosiłem kamerę na ulicę Nowomiejskią. Stanęlismy na wprost Lapidarium.

Na tym  Dziedzińcu Muzeum Historycznego m. st. Warszawy próbował zadomowić się teatr. W 91 roku grali tam „Lizystratę” Arystofanesa. Bardzo spodobała mi się ta idea. Byłem ‘za’ i twierdziłem do kamery, że to najlepszy dowód, że nie jest źle, że reformy, swoboda dobrze służą sztuce.

- Nie był to słuszny pogląd. Może nawet niesłuszny. Nie pojawiłem się na ekranie, a po roku aktorów także tam już nie było. Pojawił się za to Jacek Kiliński. Znałem go jeszcze z Komitetu Obywatelskiego, z ramienia którego rok wcześnej zostałem staromiejskim radnym Śródmieścia.

Jacek to kupiec, plastyk ze Starego Miasta, który od malowania portretów w stylu Montmartre w latach siedemdziesiątych przez dziuplę w Barbakanie, Muzeum SZEWCÓW na Szerokim Dunaju doszedł do sklepu z pamiątkami na Nowomiejskiej. Sklep jakiego dziś nie powstydziłby się paryski Beaubourg powstał w lokalu dawnego MPiKU. Jacek to człowiek z fantazją. Marzyły nam się kluby, gazety, barki. Inicjatywa goniła pomysł. Tu niejaki Wolski otworzył barkę na Wiśle (skończyło mu się na Volfra Taxi…), tam miał powstać elitarny klub zamknięty na angielski wzorzec, gdzie indziej w podwórku – kafejka. Poszedłem do niej. Na dziedziniec Lapidarium, który Jacek podnajął od profesora Durko szefa ( od 1951 roku nieprzerwanie do roku 2001) Muzeum Historycznego m.st.Warszawy. Poszedłem z młodą żoną i oniemiałem. To jeszcze nie był czas ogródków. Rynek Staromiejski był pusty. Lapidarium święciło triumfy. Wybudowano małą scenkę na której w weekendy Mirek Wróblewski czyli Wróbel organizował koncerty. ( W 1993 był nawet „zamówiony” do Lapidarium Bill Clinton i miał grać na saksofonie. Jednak jak stwierdził Jacek „Hilary była zmęczona..”).

Mirek był szefem sali, którą zorganizowano na zasadzie holdingu. Ktoś wział w ajencję bar. Ktoś handlował colą. Kto inny smażył creepsy w paryskim stylu. Butelka zmrożonej białej bułgarskiej Sofii wartej w sklepie wówczas 3 zł u Kilińskiego kosztowała może 5 zł. A piliśmy ją na galeryjce na wygodnych plastykowych krzesełkach, które wraz z parasolami Jacek dostał od coca-coli. Niech się schowa Madryt czy Sewilla, gdzie widziałem takie zaułki. Podczas wędrówki maluchem po Hiszpanii w ’88 roku, bodaj w Granadzie w  jakimś podwóreczku podglądałem występ teatralny czy cyrkowy. Ale tam po pierwsze i ostatnie nie było mnie stać na przestąpienie progu. A tu .. no właśnie. Tylko teatru brakuje.

Lapidarium zrobiło się modne. Jak zakładany właśnie przez Maćka Nowaka przy warszawkim ZASPiE Goniec Teatralny. I jego pierwsi redaktorzy.

W kwietniu ’92 próbowałem z Anią Kowalską (do dziś redagującą Mazowiecki Informator Kulturalny przy MCKiS) i Hanią Zielonką odtworzyć WIK czyli Warszawski Informator Kulturalny, który podopadł przed laty. Zacząłem kręcić się wokół Warszawskiego Ośrodka Kultury, któremu jak się okazało przekazano prawa wydawnicze. Siedzieliśmy zatem razem z moim ówczesnym zespołem (po „Tygodniku Solidarność” krótko kierowałem działem kultury w efemerydalnym dzienniku „Nowy Świat”, z którego mnie właśnie Piotr Wierzbicki wyrzucił). Rozmawiałem więc z Jackiem Cieślakiem ( właśnie zmykającym do Rzepy) z Tomkiem Płuciennikem, który osiadł jako wydawca w TAI) z Darkiem Wieromiejczykiem ( późniejszym szefem Telewizyjnej Agencji Filmowej za prezesury Bronka Wildsteina) ,  z nieżyjącym już Julkiem Gostkowskim, z Ewą Gałązką, Tomkiem Mamcarzem. Przypomniał mi się teatrzyk grający w Lapidarium przed rokiem. Któryś z teatrologów wspomniał XIX wieczne teatrzyki ogródkowe, o których nauczała nas w PWST pani Barbara Lasocka. Co to dla nas: odtworzymy. Wykrzyknąłem. Kilińskiemu też zapaliły się oczy. Zaraz zaproponował logo. Pamiętam wizytówkę. ‘Pierwszy Teatr Ogródkowy’. Ale skąd pieniądze ? Nie sposób przecież ze środków społecznych  wspierać wprost prywatnego biznesu. Ani liczyć na to, że pomysłowy biznesmen nie da się aktorkom zbajerować.

I tutaj zaczęła się moja rola. Bo kto miał by dać dotację? Kto gwarantować poziom? Fakt: miałem wszystkie sznurki w ręku. Byłem dziennikarzem, felietonistą kulturalnym II programu Polskiego Radia, do którego chętnie wówczas mnie Iwona Smolka zapraszała, przewodniczącym Komisji Kultury, Oświaty i Sportu posiadającej wówczas osobowość prawną Dzielnicy Śródmieście. Byłem też Wicemarszałkiem Sejmiku Warszawskiego, gdzie miałem faks i xero, komputer z Worksami i programem Banner Mania, na którym przez trzy pierwsze lata rzeźbiłem programy Konkursu na Teatralny Spektakl Ogródkowy. No i last but not least Piotrusia Królikiewicza, pełnego filozofa, teatralnego rekwizytora, a jak się z czasem okazało znakomitego samorządowego urzędnika, którego z konkursu pozwolił zatrudnić mi Piotr Fogler, z którego ( Królikiewicza) pomocą, na papierze ( transparentnie!) dostarczonym z Urzędu Dzielnicy Śródmieście drukowałem pierwsze programy.

Musieli mieć zabawę ochraniarze z Placu Bankowego widząc jak często po nocy pan marszałek atakuje ratusz od strony wjazdu z Elektoralnej, przechodzi przez płot nad ciężką metalową bramą ( jak wiadomo skoki przez płot cieszyły się wówczas jeszcze dobrą sławą) by po nocy w zaciszu gabinetu sejmikowego zająć się no właśnie … wiele mogło by im przyjść do głowy, ale chyba nie to, że miast kserować akty notarialne lub badać akta własności gruntów miejskich zajmuję się produkowaniem teatralnych programów. Na posiedzeniu zaś Zarządu Miasta miast zadbać o wykup działki w Kampinosie, pod nosem prezydenta Wyganowskiego darłem karteczki stęplując je na pierwsze amatorskie bilety dowiadując się od zarządzającego miliardami skarbnika miasta jak skonstruować książkę biletową.

No cóż – nie ma już tego prezydenta. Parę osób znikło, ktoś siedzi. Kogoś już z pudła wypuszczono. Ktoś inny pewnie nigdy nie siądzie bo prawników ma dobrych, a powiadają, że stał się jedną z osób najmajętniejszych spośród radnych… Piotruś  też dał się kupić …

Mnie, z tej historii udało się wykreować Konkurs. Konkurs, który trwał piętnaście lat – tyle co Polska między sojuszami.

Ten kawał historii współczesnego teatru powstał z poparciem samorządu. Ale też to byli inni radni, niż ci partyjni zakładnicy, którzy dziś podpisują diety. To była Rada z Janem Ekiertem profesorem fizyki i prorektorem politechniki na czele. A moim zastępcą (adiunkta i redaktora) była profesor polonistyki UW Maria Straszewska. Tym ludziom: architektowi Janowi Rutkiewiczowi, który był burmistrzem, Marcinowi Sobockiemu jego zastępcy nie długo trzeba było tłumaczyć na czym polegają ponaddzielnicowe, a nawet ogólnopolskie zobowązania gminy będącej Śródmieściem Stolicy Polski. A gdy ich zapewniłem, że do Jury zaproszę takie sławy jak Adama Hanuszkiewicza, Izę Cywińską ( świeżo po zakończeniu misji ministra kultury w rządzie Tadeusz Mazowieckiego), Jacka Sieradzkiego z „Dialogu”, ówczesną recenzentkę teatralną „Gazety Wyborczej” Wandę Zwinogrodzką i Pawła Konica wówczas kierownika literackiego Teatru Dramatycznego wszyscy byli zachwyceni, a burmistrz Rutkiewicz mianował mnie kierownikiem artystycznym i wyasygnował jedyne 60 mln zł czyli 6 tys.$ na nagrody. [po piętnastu latach suma nagrody  na imprezie  z dwustukrotnie zwiekszoną publicznością wzrosła niewiele: w roku 2006 wyniosla 30 000 PLN czyli oscylował w granicach 10 tys.$ ].

Podejrzewam jednak, że radni I kadencji odrodzonego samorządu decyzje burmistrza kontrasygnowali z taką ochotą, gdyż mieli w tym b wyrachowanie. Rozumieli dobrze, ze jak się pozwoli przewodniczącemu komisji kultury, oświaty i sportu realizować w plenerze – może będzie mniej swoją grandelokwencją na każdy temat na radach się popisywał… I nie pomylili się. Ogródek zaczął oplatać mnie jak powój.

Najbardziej zależło mi na niezależności jury. By żaden sponsor ani radny nie miał wpływu na werdykt.

Dla zaspokojenia ambicji powołaliśmy też Komitet Honorowy z Rektorem PWST Janem Englertem, Burmistrzem Dzielnicy Janem Rutkiewiczem, Dyrektorem Muzeum Historycznego M.St.Warszawy prof. Januszem Durko oraz Jackiem Kilińskim szefem Lapidarium.

Pierwsze posiedzenie jury odbyło się na bocianim gnieździe – jak by można nazwać przepiękny salonik, którym Muzeum Historyczne dysponuje na najwyższej kondygnacji kamieniczki Dekerta. Nie zostawszy przewodniczącym jury Hanuszkiewicz natychmiast stracił zainteresowanie dla zasiadnia w jury, w którym poza tym miała uczestniczyć nie należąca do miłośników mistrza Adama – Wanda Zwinogrodzka.

Adam (czyżby dlatego, że przyjaciel domu od lata szczenięcych znajomy) okazał się więc pierwszym i jedynym humbugiem z mojej strony. Reszta była niezawodna. I to jury nazywałem długo najlepszym i głównym produktem teatru ogródkowego. Po roku doszlusował Maciej Wojtyszko, po dwu Wojtek Malajkat. Wanda była gdy jej czas pozwalał. Całe to jury wierne i zdysplinowane służyło ogródkowi z oddaniem i niemal charytatywnie przez lat siedem.

To niezależność jury stworzyła jak sądzę markę Konkursu Teatrów Ogródkowych, na którym debiutowała Edyta Olszówka,

przedstawiali się warszawskiej publiczności Jolanta Fraszyńska czy Grupa Rafała Kmity, święcił pierwsze triumfy Bronisław Wrocławski czy Kabaret Moralnego Niepokoju.

Zaczęła się walka o formę. O to czym ogródek być może a czym nie powinien. Przyszła telewizja.

Tzn. telewizja publiczna pojawiła się zaraz. Jak dziś pamiętam drugą bodaj w mym życiu wizytę w studio Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego (nikomu jeszcze nie śnił się WOT) u Anny Frankowskiej. Było pięknie, byłem próżny i pełen najlepszych intencji, ale materiał, ze mną jako gościem Kuriera spadł ponieważ bodaj pierwszy raz szosy zablokowali, ziarno rozrzucając jacyś rolnicy z nikomu nieznanym  excusez le mot Andrzejem Lepperem na czele. Cóź szybko poczułem te kłody…

By mi to jakoś nagrodzić nazajutrz odnalazł mnie Janusz Leśniewski też wówczas pracujący w Kurierze i miast wywiadu w studio zrobił (nagrywaliśmy to w Fosie przy Placu Zamkowym) pierwszy materiał o Teatrze Ogródkowym w Lapidarium. Opowiadano potem, że i jemu łatwo nie było. Któryś z wydawców obsztorcował go zdrowo za zrobienie materiału, kryptoreklamowego, bowiem zdaniem nadredaktora zza pleców widowni wkręciło się w kadr całkiem nieodpłatnie logo coca-coli, pod której parasolami rzecz się działa.

Zatem na początku media były dla nas łaskawe. Jacek Cieślak załatwił zdjęcie z pierwszego teatrzyku w Rzepie. Wanda przychylność Wyborczej. Inny z moich studentów pracujący w TeleExpresie niejaki Michał Jacoszek rzeźbił 30 sekundowe newsy z teatrzykówna 17:15. Zgłosiła się nawet Magda Gardowska, która moją wypowiedź o teatrzykach puściła w I pr TVP po głównym wydaniu mających jeszcze dodatek kulturalny niedzielnych wiadomości wieczornych. To były piękne dni. I świat zdawał się kłaniać nisko.

Ale zachciało mi się więcej. Bo tego pierwszego ogródkowego lata, w trakcie którego ze zmiennym powodzeniem walczyłem o reaktywację Warszawskiego Informatora Kulturalnego układając dlań  fantastyczne marketgingowe plany,  jednocześnie wygrałem swoisty casting urządzony przez Niezależną Telewizję Polską, która miała być pierwszą komercyjną stacją telewizyjną. Od Gabriela Maretica, Teresy Kotlarczyk, Krzysztofa Wyszyńskiego, Michała Komara, Mirka Chojeckiego wpadającego na nasze kursy Andrzeja Wajdy, a wreszcie podczas stażu w sardyńskiej prywatnej telewizji Videolina w Cagliari nauczyłem się nowego zawodu.

Od grudnia 92 roku zacząłem więc pracę w Nowej Telewizji Warszawa, gdzie bardzo szybko sam sobie stałem się sterem, żeglarzm, okrętem. To był istny obłęd. 150 godzinnych audycji, 100 półgodzinnych live-ów, ponad 700 dwuminutowych newsów oraz… blisko trzydzieści ogólnopolskich transmisji z Teatru Ogródkowego.

Angelo Palla nie wahał się długo, gdy w czerwcu 93 roku pokazałem mu Lapidarium. Ustawa o prawach autoskich była jeszcze w powijakach, więc kto chciał i hopnorarium nie żądał mógł dać się całej Polsce oglądać. Nie ma co kryć. Przez dwa lata wypromowałem imprezę. Przyjeżdżałem z kamerą jako dziennikarz pod bramę Lapidarium, stawałem przed nią i zapraszałem jako organizator ( taka zakamuflowana forma nieakceptowanego jeszcze wówczas niewiedzieć czemu standuppera). Następnie z operatorami:  Boneckim, Rutkowskim lub Machnowskim kręciliśmy zdjęcia. Wracałem do stacji gdzie napisany przeze mnie komentarz najczęściej wgrywał zawsze najbardziej solidarny z dziennikarzy Jarek Kret, montował Eryk Dankwa, Pawka lub Walkiewicz i naród dowiadywał się, że Lapidarium czeka.

Czekało. – Ludzie też na nie czekali. Ja działałem jakby w transie,  obłędem niesiony. Choć inni, pamiętam komentarz Krzyśka Wyszyńskiego z NTW ( „promujesz sobie imprezę”) – myśleli, że więcej rozumiem. Z tymczasowości, szansy nie do zaprzepaszczenia, niepowtarzalności okazji. – A ja jak dziecko spuszczone z lejcy bawiłem się sznureczkami. Miałem wszak zadrę w stosunku do Szkoły Teatralnej, gdzie podziękowano mi za pracę. Chciałem pokazać, że sobie poradzę. Jednak nie przeciw nim, lecz z nimi, może nawet dla nich. Chciałem, by ze mną współpracowali. Englert czy Lasocka z wysoka spoglądali na profesora, co się stoczył do gminu, lecz już inaczej śpiewał Faber, zastępca ekonomiczny, którego prośby o dotację dla szkoły były w miarę możności ( nie małych!) dzielnicy przychylnie i bezwarunkowo rozpatrywane. Faber dopierow wtedy zaczął mnie zauważać. Cóż lubię dawać. I jeśli władza ma dla mnie jakiś urok to wtedy, gdy daje, gdy może być łaskawa.

Impreza nabierała impetu. „Nowa Telewizja Warszawa” była całkowicie finansowana i technicznie też obsługiwana przez Sardyńczyka Nicola Grauso i jego Staff. Ci pokazywali nam jak sprawnie i efektywnie pracować. Bardzo się to nie podobało pełnym ambicji filmowcom po łodzkich szkołach ale nie ulegało wątpliwości, że włoskie systemy lepiej były dostosowane do komercyjnej rzeczywistości medialnej. Na moje spektakle przyjeżdżali małym transmisyjnym wozem ( kierowca i elektryk w jednej osobie oraz  realizator w wozie, plus trzech czasem czterech operatorów). Kto do dziś o takiej ekonomii słyszał w Telewizji Publicznej gdzie transmisja zaczyna sie od tuzina honorariów ! Zatem Włosi przyjeżdżali i a vista, montując obraz z trzech kamer jak przy realcji na żywo nagrywali spektakl grany w poniedziałek. W środę przybiegałem do wykładanej czerwonymi kafelkami dawnej siedziby Życia Warszawy (też kupionego przez Grauzo) przy Marszałkowskiej jeden,  z Renato montowaliśmy czołówkę i napisy końcowe, korygowaliśmy ewentualne błędy żywego montażu, betę w specjalnej maszynie kopiowano na dwanaście U-Matic i w niedzielę we wszystkich lokalnych stacjach Polonii 1 w praiteimie można było nasz Ogródkowy Teatr Telewizji oglądać.

Minęły dwa lata. Pod wąskim daszkiem, na plastikowych krzesełkach, pod cieniutkim parasolkami rozkręcał sie teatrzyk. Głównym produktem było wciąż jury ale i telewizja grała swoją rolę. To było wielkie być albo nie być. Kto nie udźwignął monodramu Zoszczenki i dał się całej Polsce pokazać, ten nie powie, że aktorstwo nie dało mu szansy i cieszy się zapowiadając w radio czy referując pogodę, kto zagrał jak Edyta Olszówka bosko w „Spacerku przed Snem” ten do dziś z Teatru TV nie wychodzi.

Aż przyszedł ten deszczowy dzień.  Lało jak z cebra. Wracałem z nabytych przed rokiem za zarobione w „Poloni 1” pieniądze Ołtarzy-Gołaczy gdzie zostawiłem żonę z dwiema córeczkami. W NTW miałem umówione „A Teraz Konkretnie” z Janem Rokitą. W Lapidarium spektakl. Ale nie tylko deszcz przeszkodził w odbyciu tego przedstawienia.

Rozdz. VIII. Habent sua fata … territoria

Miały przecież swych właścieli – przestrzenie. Poukrywali się wówczas, na nowo określali obszary, szukali porozumienia z nową władzą. Ale wszak nie byli to ludzie nowi.

Lapidarium formalnie należało do Muzeum Miasta Historycznego Warszawy, kierowanego – przez pól wieku nieprzerwanie ! – od roku 1951 do 2003 przez profesora Janusza Durko. Człowieka, o którym ostatnio mówiono, że równie mocno osadzony był w Kurii jak niegdyś w KC, w którym od 06.06.1968 do 12.03.1971 pełnił obowiązki kierownika Zakadu Historii Parii przy KC, od 12.03.1971 do 04.08.1981 kierował zaś Centralnym Archiwum KC.

Tak,  Rynek Staromiejski to przestrzeń tajemnic. Strona Dekerta: wszystkie kamieniczki w całości wypełnione przez Muzeum Historyczne M.St. Warszawy

Stronę Dekarta nazwawszy stroną Durki, stronę Kołątaja, tę z Fukierem łatwiej zapamietać nazywając dziś Stroną Gesslerów, Stronę Zakrzewskiego ( od Hortexu i Krokodyla) – stroną Jachacego.

Ale najciekawsza jest strona Barsa z Dessą, z dawną Piętakową (wdową po poecie) przy Kamiennych Schodkach na krańcach, a między nimi z Klubem Księgarza od dwudziestu z górą lat zawiadywanym przez Jana Rodzenia, byłego Komisarza Stanu Wojennego w Warszawskim Ośrodku Kultury, którego dyrektorem był od roku 1982; z Muzeum Literatury od przeszło trzydziestu lat kierowanym przez profesora Janusza Odrowążą-Pieniążka – kto pamięta, że to były wiceprzewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej za wczesnego Gierka. Wreszcie historyczna siedziba klubu Krzywego Koła czyli Staromiejski Dom Kultury, którym zarządzał świeżo podówczas wyzwolony spod bezpośredniego (przynajmniej formalnego) nadzoru rozsypującego się Socjalistycznego Związku Młodzież Polskiej – Sebastian Lenart, pracujący tam też od lat trzydziestu z górą.

Trzeba było 15 lat by Lenart ( i to pod rządami Kaczora!) jawnie odkrył swoje korzenie. Spisując dzieje SDK przyznał, że z punktu widzenia kultury komunizm nie jest niczym gorszy od kapitalizmu. Dla niego zaś  wolność zaczęła się nawet nie w czerwcu ’89 lecz w roku 87 kiedy to przekazano SDK ówczesnemu całkiem jeszcze komuszemu wojewodzie. No cóż, jeśli popatrzeć na ten wywód z tą wiedzą, którą dzisiaj mamy na temat faktycznego wpływu „głasnosti’ i ‘pieriestrojki’ na przewrót Okrągłego Stołu – trzeba przyznać, że mało może patriotycznego romantyzmu lecz sporo jest zimnej logiki w tym wywodzie.

Wtedy jednak wszyscy byli cisi i oczywiście bardziej od nas fachowi. Pomocą służyli, swoje mieli też w tym wyrachowanie.

Jakie ? Pokazały lata. Chyba już podczas pierwszego konkursu pani Maria Chmielewska proponowała radnemu, że organizacją ogródków teatralnych mógłby się zająć Staromiejski Dom Kultury. Jakoś nie miałem ochoty. Niezależność była dla mnie najwyższą wartością. O pieniądzach – po prostu nie myślałem. Pieniędzy też nadmiernych nie było. Więc w czasie pierwszego konkursu przybiegała Ewa Janowska – malutka, energiczna urzędnicza ze śródmiejskiego Wydziału Kultury i co tu wiele kryć: tuszowała kiksy pana marszałka, który np. -  nie pomyślał w porę o pianinie. Wtedy ściągała je awaryjnie z SDK-u od Sebastiana. Wydział też dogadał się z Mirkiem Wróblewskim, który nagłaśniał organizowane przez Kilińskiego w Lapidarium koncerty. Coś mu płacili. Zapłacono też jakieś śmieszne grosze jurrorom. Honoraria pokryto w pierwszym roku za pośrednictwem Muzeum Historycznego, potem – jak pamiętam poprzez Staromiejski Dom Kultury Sebastiana Lenarta: koszt nagrody, kilku noclegów i przejazdów.

Organizacja krążyła więc gdzieś nad moją improwizacją. Organizacja i nadorganizacja, bo jak wiadomo w trzecim roku ogródka na Starówce pojawiła się tzw. mafia. Tu już nie chcę udawać, że rozumiem więcej niż pojmuję. Interesy pp. Jachacych i Gesslerów, ich rozgrywki z Jackiem Kilińskiem przekraczają moje kompetencje.

Rokita nie przyszedł. Wiedział pewnie, że za kilka dni do Nowej Telewizji Warszawa, w której jeszcze w Czerwcu realizowałem ( jako pirat) wywiad z urzędującym Prezydentem RP Lechem Wałesą wkroczą pachołki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w rządzie Pawlaka – Cimoszewicza.

Ten jakże szanowny dziś kandydat na wysokie unijne stanowiska nie zawachał się by zdjąć z anteny ściągającą już wielki plaster z reklamowego stołu komercyjną stację, która bardzo przeszkadała zarówno publicznej TVP jak czającym się już do skoku ludziom Solorza i Waltera. Tak więc na Grzybowską 77 wkroczyła policja. Nawet grzecznie mnie przesłuchano. Było trochę medialnego szumu, Grześ Kalinowski ( dziś komentator sportowy w TVN) lamentował w Wiadomościach Wieczornych  lecz… codzienny niezależny sygnał zamilkł. Koledzy stracili pracę. Mnie w sumie Włosi potraktowali najlepiej. Jeszcze przez rok będę nadawał, już nagrywany „ATaK Show” przez satelitę „Polonii 1″.

Na Starówce też skończyły się żarty. Tu grano jeszcze ostrzej.Ktoś kogoś szantażował, ktoś ( czyli Wróbel) haracz zapłacił, a Kiliński przyznał się do tego. Ktoś zorganizował  bojkot, ktoś czyli najemcy Lapidarium nie wzięli w nim udziału. Dość, że burmistrz Jan Rutkiewicz się wściekł, wycofał Konkurs i zaczęły się naciski na mnie bym grał na Rynku. Na samym środku placu ! Pomiędzy powstałymi właśnie w tym roku na rynku Ogródkowymi Kawiarenkami.

Bo wcześniej ich nie było! Przez dwa lata Lapidarium było jedynym miejscem, gdzie miał szansę zatrzymać się turysta. Teraz zorientowano się, że imprezy, które nota bene wieczorem właśnie wyciągały klientelę z Rynku do urokliwego Lapidarium mogą przyciągnąć widzów. No więc dano mi szansę, a ja nie skorzystałem. Mówiłem, że teatr, intymność, l’ambiance. Przypominałem film „Mefisto” z Brandauerem i przypadek agorafobii. Patrzono na mnie z politowaniemi. No cóż „miszigene”. Zatem dopiąłem swego. Pan Grocholski z Londynu nie zgodził się wystąpić na wskazanej przez Wydział Kultury estradce, przenieśliśmy się do Gwiazdeczki.

A Rynek ? Rozwijał się swoim rytmie. Było lobby, potrzebny był produkt. Wymyślono: Jazz na Starówce. Powstał dokładnie w tym samym ’94 roku. Powstał dla Ogródków. Z mojego konkursu przejął tylko jedno: cykliczność. Dlatego dziś może nazywać się najdłużej trwającym festiwalem jazzowym Europy. I choć hałasu pewnie sobotni jazz powoduje więcej niż ogródkowe poniedziałkowe występy w Dolinie Szwajcarskiej, protesty mieszkańców nie czynią większego wrażenia na władzach miasta.

Choć … przebąkiwał był mi Andrzej Urbański, gdy był wiceprezydentem ds. kultury, iż Lech Kaczyński, który mnie ostatecznie z Doliny Szwajcarskiej wykurzył, miał zamiar i z jazzem potańcować.

Tyle, że Krzysztof Wojciechowski – spokojniejszy. Nie plecie o budynku, nie uzgadnia zabudowy, nie zaniża kosztów. Raz w tygodniu wystawia na rynku koszmarną scenę za kilkanaście tysięcy złotych, po dobrym koncercie scena znika i nikt nie liczy, że za pieniądze wydane na jej instalację można by może w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem Warszawskim rekonstruwanych już lat bezmała dwadzieścia – wybudować amfiteatr.

Ale amfiteatrem nie nacieszą się najemcy rynkowych kawiarenek ani nie utrzyma się z jego budowy Stołeczna Estrada.

W każdym razie nie utrzymała by się wtedy. Jeszcze przed podnoszącymi przekręt do artystycznych wymiarów ustawami: o finasach publicznych, o zamówieniach publicznych, że o pożytku publicznym nie wspomnę.

Skoro więc poddałem dobrowolnie temat Starówki, zaproponowano mi inne miejsce. Niby nic, niby jak: ktoś z Wydziału Kultury wskazał mi dziedziniec Starej Dziekanki z piwiarnią pana Pszczoły. Spodobało mi się. I tak przypadkiem ten może właśnie telefon zdecydował o mym całym życiu: wzlotach, upadkach, bakructwie, rozwodzie – i działaniu w poczuciu jakiejś coraz wyraźniej konkretyzującej się misji, działaniu pozbawionym stricte finansowego celu (choć pełnym marzeń o bogactwie). Opartym jednak przecież na pragnieniu pozostawienia po sobie czegoś trwalszego od spiżu, a nawet od poematu. Stworzenie schroniska  dla wspólnoty, która może się nawet bez budynku obejść. Coś niby instytucji, kościoła, jak ją dziś odnalazłszy nazywam – kulturalnej wspólnoty.

I stąd największym Cezar historykiem,

który dyktował z konia. Nie przy biurze

I Michał Anioł, co kuł sam – w marmurze.”

(zacząłem powtarzać)

W zasadzie wszystko się skończyło. Wszystko, co oparte było na samorządowej władzy i telewizji i – miejscu.

Rozdz. IX. Igrzyska

Czy ja ten ogródek traktowałem serio ? Czy przypuszczałem, że może się on stać osią mego życia ? – I tak, i nie. Jakoś nie do końca, bez determinacji jednak robiłem wszystko by nie wyrzucać sobie, że czegoś zaniedbałem. Chodziłem więc od burmistrza Rutkiewicza do jego zastępcy Janka Latkowskiego szukając nieco bardziej instytucjonalnej bazy dla tworzącej się imprezy. W okresie zawieszenia między „Nowym Światem” a „NTW’ przygotowałem też projekt „Śródmiejskiego Banku Kultury”. Potem przekształciłem go w „Śródmiejski Impresariat Kultury”.

Ale nasz czas się kończył. W czerwcu przegrałem wybory na radnego kandydując poza partiami z Forum, które nazwaliśmy Warszawskim Forum Samorządowym.

Do Warszawy wracali przyczajeni przez minione cztery lata tzw. dobrzy fachowcy chociaż partyjni. Solidaruchy takie jak ja lądować miały na śmietniku historii. Było w tym sporo naszej winy, niefachowości, buty. Choćby takiej jaka wywołała idiotyczny spór Rutkiewicza z Kilińskim, w efekcie którego zaproponowano mi bym Teatry Ogródkowe prowadził na środku Staromiejskiego Rynku

Konkurs na Ogródkowy Spektakl Teatralny nazwy: KTO dorobił się w trzecim roku istnienia. Pierwszy plakat wykonano właśnie na konkurs IV. Już w Starej Dziekance. Straciwszy ( z końcem czerwca) ostatecznie pracę w „Polonii 1” ( Grauzo sprzedał stację niejakiemu Verdianiemu) wysyłałem sygnały do Waltera zakładajacego właśnie TVN, do WOTu, którego szefem został właśnie na krótko Maciej Rembiszewski. Jednocześnie uzyskałem kontrakt z Komitetu Badań Naukowych na produkcję filmów oświatowych. Kontrakt pozwolił mi przeżyć rok.

Szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałem kim jestem. Już nie dziennikarz, jeszcze nie telewizyjny producent, nie artysta ale też pozbawiony finansowego zaplecza niby biznesmen. Suma sumarum rozmowy z WOTem nie wyszły, Walter z TVN-u odwołał spotkanie. KBN szedł ( ale nie doszedł) w innym kierunku.

Czwarty konkurs zapisał się w mojej pamięci: plakatem, nowym, wolnym od lęku przed deszczem lokalem, no i pierwszym kontraktem, który sprawił, że zacząłem myśleć o imprezie też jako o potencjalnym źródle utrzymania. Pod koniec konkursu wydaliśmy folderek, napisałem doń wstęp. Pierwszy raz popatrzyłem wstecz: na odbyte spektakle, wręczone nagrody. Zacząłem rozpoznawać otoczenie: gromadzić przyjaciół.

Pojawił się już po raz kolejny Teatr Pod Górkę Staszka, przybyli Hankiewiczowie z Teatru Tradycyjnego w Krakowie, Stanisławiakowie z Katowic, pojawił się po raz pierwszy Teatr Atlantis Jacka Pacochy. Aha! Zamówiłem biało czarne zdjęcia. Widać na nich, że jury do wina stosunek miało nieobojętny.


Od lewe:j W.Malajkat,  I.Cywińska, J. Sieradzki i A.T.Kijowski


Rozdz. X. Ogórkowe Ogródki

Cztery konkursy i trzecia teatralna przestrzeń. Po Café Lapidarium, była kawiarenka Gwiazdeczka, potem trafiliśmy do Starej Dziekanki. Łączyło te miejsca otwarte powietrze i ograniczenie przestrzeni oraz fakt, że publiczność nie przychodziła tam do teatru po to by „zachłystywać się sztuką”. Ludzie przychodzili do tych miejsc, by się spotkać, pogadać napić kawy lub wina. Ludzie już byli. Teatr przybywał potem. I próbował zagrać swoją rolę.

Nie frekwencja zatem budziła w teatrach ogródkowych lęk organizatora i aktorów. Ona tak naprawdę zależała od pogody. Od aktorów jednak zależało skupienie uwagi publiczności na scenie. I to był właśnie zasadniczy przedmiot oceny jury. Świetnych zawodowców, którzy swoim prestiżem sprawili, że nikt w tym ogródku nie mówił, iż nie godzi się „grać do kotleta”.

A jury to: szef najpoważniejszego pisma teatralnego: „Dialogu” Jacek Sieradzki, wybitni reżyserzy i pedagodzy: Izabella Cywińska i Maciej Wojtyszko, znakomity aktor Wojciech Malajkat oraz świetny krytyk Paweł Konic .

Pawełek już nie żyje. Pracował w piśmie „Teatr”, w „Dialogu”. Współpracował z Maciejem Prusem.  Była czas jakiś kierownikiem literackim w warszawskim Teatrze Dramatycznym, a także Teatru im. Jaracza w Łodzi.  Potem – nie bez wpływu doświadczeń jakie dało mu jurorowanie w Konkursie Teatrów Ogródkowych -  przekształcił warszawski Teatr Mały w Scenę Impresaryjną. Zmarł nagle wnet po objęciu funkcji szefa Teatru Telewizji. Będzie jeszcze o nim więcej i osobno.

Idea teatru ogródkowego odrodziła się w czasach optymizmu, gdy wydawało się, że wszystko będzie po nowemu, wszystko inaczej, a gdy jednocześnie było już widać pierwsze syndromy kryzysu sztuki.

W Pierwszym Teatrzyku Ogródkowym w Lapidarium Jacka Kilińskiego nawiązywaliśmy świadomie do tradycji XIX wiecznej, kiedy to teatry Eldorado, Tivoli, Alhambra, Pod Lipką czy Pod Mostem etc. były niewątpliwą odpowiedzią na zmiany społeczne jakie dokonywały się w kraju po roku 1863.

Taką samą odpowiedzią na zmiany dokonujace się po roku 1989 były organizowane przeze mnie przedstawienia. Były one przede wszystkim propozycją pozytywną – dla tych, którzy chcieli coś robić, za takie pieniądze jakie były do zdobycia, wtedy, gdy to możliwe, takim nakładem środków jaki był osiągalny.

Teatr ogródkowy istniał dzięki hojności radnych Dzielnicy Śródmieście Gminy Warszawa Centrum. Dyrektor Dzielnicy, fundował nagrody: było 70 milionów, potem sto, wreszcie na IV Konkursie w Dziekance 14 tysięcy nowych złotych. Sponsor zwracał koszta jednego środka transportu i opłacał jedną noc w tanim hotelu w Warszawie. Dla mnie  to było mnóstwo, a przecież środki, dzięki którym organizowałem  kilkanaście przedstawień, teatrowi państwowemu wystarczyłyby ledwie na jedną większą premierę.

Czy wróci jeszcze w Polsce taki hojnie dotowany teatr do jakiego przyzwyczailiśmy się w latach politycznej posuchy i teatralnych uniesień czasu PeeReLi? Czy jedyną receptą są podobne do  tych ogródków imprezy?

Konkurs Teatrów Ogródkowych wymyślony został na lato. Wtedy, gdy w czas kanikuły gwiazdy schodzą z piedestału by odpoczywać,  szansę mają ci, którzy są skłonni, bądź wręcz muszą zrezygnować z urlopu. A,  że lato u nas coraz dłuższe i gorętsze, więc i sezon ogródkowo – ogórkowy wydłużał się nawet do czterech prawie miesięcy.

Czy to dobrze ?   Czy po czwartym konkursie ma nadejść piąty, a po piątym jubileuszowy dwudziesty piąty,  po którym już pogrzebią w powązkowskim ogródku steranego kierownika artystycznego ? Stawiałem pytanie nie wiedząc, że trzeba będzie wielkiego sukcesu piętnastolecia, by zawistnicy spróbowali jeszcze mnie żywcem pogrzebać…

Pytałem  też o to, co przez cztery pierwsze lata podczas pięćdziesięciu przeszło przedstawień pokazała nam artystyczna Polska?

Pokazała nam wolę istnienia. I chęć przezwyciężenia marazmu. Teatr ogródkowy był z pewnością jakąś formą demonstracji, manifestu artystycznego Pokolenia Solidarności. Tych, którzy powiedzieli nowemu ustrojowi „tak”. Tych, którzy zdobyli się na to by skrzyknąć się w czasie urlopu. Tych, którzy potworzyli artystyczne firmy i po czterech latach zbierania doświadczeń kilku konkursowych weteranów pieczętować  zaczynało  się godnie:  REGON-ami i NIP-ami.

Teatr ogródkowy jest niewątpliwie poszukiwaniem przez sztukę teatralną nowej formuły instytucjonalnej. W 1993 roku, jeszcze w Lapidarium , gdy najbardziej nie sprzyjała pogoda, obiecywałem zadaszenie. Dzięki panom z Polish Travel, któremu w 1995 roku Teatr Ogródkowy zawdzięczał darmowe locum na wynajętym przez nich podwórku Starej Dziekanki, kawałek płóciennego dachu pojawił się nad naszymi głowami.

„Czy za rok przyjdzie budować ściany ? Czy artyści ogródkowi będą  potrzebni ?  - Sądząc ze stale zwiększającej się liczby zgłoszeń raczej tak, sądząc z coraz większego zrozumienia władz samorządowych z panią Teresą Stanek i Markiem Rasińskim z Dzielnicy Śródmieście na czele, raczej tak, sądząc z niesłabnącego zainteresowania mediów i coraz bardziej własnej publicznośći, raz jeszcze tak. A więc <Zagrajmy to jeszcze raz>”.

Tak w 1995 roku zapraszałem na piąty Konkurs.  Ogródki są po to, by zabrakło ogórków w Warszawie - wołałem.

No i co ? – Gdy zbrakło ogródków pozostało… piwo i ogórki. O czym w czerwcu 2009 roku można przeczytać w felietonie Pawła Sztarbowskiego zatytułowanym Piwne Ogrody Frascati

Rozdz. XI. Teatrzyk w Telewizji

Nadciągał jubileusz pięciolecia. Znów miałem jakieś wpływy w telewizji. Z Januszem (Kichą)-Kieszkiewiczem robiliśmy filmy dla KBNu, bez entuzjazmu emitowała je TVPOLONIA  ja jednak dzięki temu miewałem telewizyjną przepustkę, co umożliwiło mi atakowanie redakcji kulturalnych.

Osobna to sztuka: dawania pomysłów na pożarcie. Oddałem kilka. Ale do jednego jestem szczególnie przywiązany. Właściwie ciągle wydaje mie się relizowalny, potrzebny, nośny.

Oto list skierowany do przedstawiciela tzw. Ekipy „Pampersów” Andrzeja Rychcika

Szanowny Panie Redaktorze!

Oto kilka pomysłów programów publicystycznych, które jak sądzę można by wprowadzić do nowej ramówki.

1/ Najpierw ramówka letnia:

Już od pięciu lat organizuję w naszym mieście latem konkurs teatrów ogródkowych. Konkurs ten, w którym zespoły z całej Polski ubiegają się o nagrodę Burmistrza ( dziś Dyrektora) Dzielnicy Warszawa- Śródmieście zyskał sobie dobrą sławę szczególnie dzięki bardzo fachowemu jury, w którym w tym roku zasiądą: Izabella Cywińska, Jacek Sieradzki, Paweł Konic, Wojciech Malajkat, Maciej Wojtyszko.

Konkurs, odpowiednio nagłośniany przez media, staje się jak mniemam jednym z przykładów pozytywnego wkładu samorządu w dziedzinę kultury. W tym roku odbywać się on będzie dzięki tradycyjnej hojności Dzielnicy Śródmieście, której dyrektor Marek Rasiński poza pulą nagród w wysokości 17 tys. zł. finansuje działalność jury, i w ograniczonym zakresie pokrywa koszta noclegów artystów oraz rozlicza koszt dojazdów.

Konkurs organizowany będzie w tym roku na malowniczym dziedzińcu Starej Dziekanki w okresie od 20 czerwca do połowy września. Projektujemy jeden spektakl tygodniowo : zawsze we wtorki o godzinie 18:00

Tradycyjnie interesują się nami w lecie media. Telewizje satelitarne, zachodnie i polskie, zawsze pojawia się Kawa czy Herbata lub inne programy letniej oprawy. I zawsze jest to nieco improwizowane. Czasem sam ( jako też człowiek mediów TV) robiłem newsy lub nawet pełne transmisję TV z wozu, czasem występowaliśmy w studio tuż przed lub po przybyciu aktorów spoza Warszawy.

Kroi się w tym roku nawet możliwość umiędzynarodowienia imprez. Dlatego proponujemy działania dwutorowe.

Z jednej strony wprowadzenie kilku- kilkunastominutowej informacji o imprezie do letniej ramówki. W miejscu takim jak Stara Dziekanka rozmawiać można nie tylko o teatrze. Jest to dla nas miejsce spotkania, pretekst do ważnej kulturalnej roznowy.

Z drugiej: zebranie materiału do 30 minutowej relacji podsumowującej całość imprezy. Reportażu przeznaczonego do wyemitowania na przełomie sierpnia i września.

Formuła Telewizyjna: Interwencja letnie z pleneru najlepiej na żywo. O 18:00 pewnie nie możliwe ale wykonalne w trakcie próby. W Dziekance nie mniej od aktorów i jury interesuje nas cały miniony letni tydzień kulturalny. Możemy w niej spotkać kogo chcemy. Od aktorów po Ministrów, wydawców, organizatorów wczasów, samorządowców.

Schemat roboczy: -Znowu w Dziekance, V Konkurs Teatrów Ogródkowych;- Dziś przybyli tacy a tacy artyści;- Na spektakl ” przy piwie” wybiera się ten czy ów; – Rozmowa z tym czy z owym; – Fragment spektaklu;- Do zobaczenia za tydzień.

Organizująca Konkurs Firma Media ATaK, którą prowadzę zajmująca się także produkcją TV ( obecnie emitowany program LOGOS w TVPOLONIA) podejmuje się program ten zrealizować bądź to na zlecenie bądź jako współprodukcję z TVP.

W nieco zmienionej formie po roku proponowałem to Barabarze Pietkiewicz w PolSacie – Także bez rezultatu

Teatr Ogródkowy stworzyła telewizja: „Polonia 1” przy wsparciu samorządu. W sposób naturalny jego byt przedłużyć chciałem w mediach. Nawet firmę nazwałem : Media ATaK. Wiedząc jaka jest cena. Dziennikarze bowiem imprezy nie produkują, oni pomagają jej zaistnieć. Ale też impreza medialna jest w istocie wirtualna, tak jakby jej nie było. Pojawia się zdarzenie, wpada dziennikarz, ileś tam minut spędzasz na wizji, uzyskujesz jakąś oglądalność. Problem zaczyna się wtedy, gdy chcesz byt wirtualny zamienić w realny. Póki byłem dziennikarzem TV kreując ogródkowe zdarzenie sam sobie dostarczałem pożywki. Długo tak zresztą tłumaczyłem narodzenie się teatrzyku. Powstał on jako pożywka dla kulturalnych mediów, które latem w Warszawie nie miały natłoku tego typu informacji. Powstał dla artystów, którzy zbiegali się

„Z różnych stron; z różnych dróg,

I na nogach, i bez nóg

Zbiega się artystów huk.

Ledwie rozbrat wzięli z kurzem,

Ten zadziera czub do góry,

Ta smaruje buzię różem,

Ta wypełnia brak figury,

Ten dziwaczny strój nakłada,

Ten swą fizys na gwałt zmienia,

Ta z pamięci role gada.

I nuż – dawać przedstawienia!

Nawiązywałem do dziewiętnastowiecznej tradycji, ale też określałem adresata imprezy. Było nim środowisko teatralne.

Ludzie, publiczność byli właściwie zbędni. Bywały wszak spektakle na II Konkursie przy fatalnej pogodzie, gdzie na widowni w deszczu siedziało może 5 osób ale aktorzy grali – dla kamer „Polonii 1”, dla jej widowni idącej już w miliony.

Jakkolwiek więc chciałbym wspominać pierwsze Ogródki początkowym ich adresatem było środowisko i media. „Chciałem państwu wszystkim serdecznie podziękować, państwu, którzy zrobiliście ten teatr ogródkowy, czyli państwu aktorom, państwu reżyserom, dyrektorom teatrów” powiedział z całą mimowiedną szczerością burmistrz Jan Rutkiewicz wręczając nagrody i dziekując zebranym po drugim przeglądzie w Lapidarium publiczność przyszłaby również na gorsze spektakle, ale cieszę się, że przyszła na lepsze” – dodał.

A jednak !… To publiczność właśnie ze spektaklu na spektakl, z roku na rok wybijała się na wiodącą siłę tego festiwalu. I to – jakaś inna publiczność niż ta zwyczajowo kompelementowana przez jurorów. Nie ślepych przecież, widzących pragnienie uczestnictwa i ogromny teatralny gust tych osób. Nie była to już „publiczność” (podobnie jak „społeczeństwo” czy „lud”) -  będąca w istocie figurą retoryczną w ustach agitatora. Na ogródkowych placach zaczął pojawiać się jakiś inny, autentyczny  zbiór osób, które nawet ja, tak zapatrzony w siebie i z największym trudem  poznający ludzi –  z roku na rok coraz lepiej rozróżniałem.


Rozdz. XII. Widzowie bardzo wierni

Wszystko można o mnie powiedzieć, ale przecież nie to, że zauważam ludzi. No może jeszcze ludzi tak, gdy mowa o nich w zbiorowości, w ogóle, we wspólnocie, ale wszak nie poszczególne osoby, których po pierwsze nie poznaję. Podaj mi swój wzrost, wagę, rok urodzenia – jakąkolwiek liczbę, byle nie imię czy nazwisko, których nie spamiętam. Nie mam również pamięci do twarzy.

Tu jestem nieodrodnym synem ojca, który opowiadał mi jak po premierze filmowej „Szyfrów” Hasa ( wg. opowiadania i scenariusza A. Kijowskiego) rozmawiając na popremierowym koktajlu z grającą w tym filmie główną rolę, porte parole mojej babki ( Żeglikowskiej z domu) - Ireną Eichlerówną zupełnie nie mógł sobie przyomnieć skąd zna twarz tej rozcharakteryzowanej damy. Na pytanie jak mu się film podoba powiedział jej, że średnio, a już najbardziej to drażniła go aktorska maniera … Eichlerówny!

Takie męki przeżywam codziennie niemal. Pamiętam zdarzenia, utwory, konteksty – tylko nazwiska jakoś uciekają mej uwadze. Jednak do czasu. W którymś momencie ludzie stają się dla mnie bardzo ważni. W którym ? – Chyba wtedy, gdy przestają być elementami ukadanki, gdy czuję, że chodzi im o to samo, gdy widzę jak tworzą, jak rozumieją swoją rolę.

Zacząłem odbierać w domu telefony bywalców. Ktoś kazał się tytułować Wujem, nosił rzadkie nazwisko Żeglikowski. Tak jak mój pradziad opisany przez Seniora w „Dziecku przez ptaka przyniesionym” jako właściciel Powozowni w Krakowie. Pod tym nazwiskiem pisywałem zresztą w Stanie Wojennym w paryskim „Kontakcie” – trudno nie zapamiętać zatem imigrantów z Krakowa.

od lewej: p. Żeglikowska, Wojtek Dąbrowski, p. Żeglikowski

Państwo Dąbrowscy nazwisko mają za to bardzo popularne. Pojawili się na Ogródku  dawno,  jeszcze w Starej Dziekance.

Mniej znającym Warszawę podpowiem, że tzw. „Stara Dziekanka” to wewnętrzne podwóreczko Domu Akademickiego studentów szkół artystycznych mieszczącego się na Krakowskim Przedmieściu na tyłach Pomnika Mickiewicza. Tuż koło Kościoła Karmelitów i Pałacu Prezydenckiego – Namiestnikowskim niegdyś zwanego. To tu w 1988 roku z galeryjki nad drewnianymi podcieniami oglądałem reżyserowane bodaj przez Piotra Cieślaka przedstawienie „Snu Nocy Letniej” wykonane przez studentów PWST z rocznika Edyty Jungowskiej. Drugie ( po sycylijskim) moje ważne doświadczenie plenerowe.

Wracając do Dąbrowskich. Początkowo Pani Ewa wydawała się ważniejsza. Bardzo aktywna. Tak,  to musiał być ’95 rok – nadchodziły drugie wybory Prezydenckie. Pamiętam, że Pani Ewa zaangażowała się wtedy jako rzeczniczka kandydatującego na Prezydenta twórcy jednej z pierwszych prywantych szkół biznesu Tadeusza Koźluka. Bardzo spodobało jej się „moje” w Dziekance miejsce  i zapragnęła zorganizować na jej dziedzińcu   konferencję prasową. Kampania prezydencka trwała krótko, była chyba jednak dobrą promocją szkoły, która od tego czasu zdaje rozwijać się znakomicie. Rozpoznawałem panią Ewę też jako wydawcę, przypominam sobie jakieś rozmowy z wydawnictwem „Trio” nt. redagowania serii teatralnej. Nawet jakiś wykonany (oczywiście con amore) projekt.

Czy mam dodawać, że nic z tych planów nie wyszło… Przynajmniej dla mnie, którego konspektami dyski komputerowe są zawirusowane.

Widoczna więc była Panie Ewa. Wojciech, jej mąż – matematyk,  zdawał się normalny. Do chwili, gdy nie zaczęły się śpiewy.

Rozdz. XIII. O śpiewach i rymach osobno

Śpiewać lepiej czy gorzej nauczono mnie w czerwonym post-kuroniowskim harcerstwie walterowskim. Śpiew jest też może jedną z niewielu rzeczy w moim sposobie bycia, którą uprawiam spontanicznie i … bez ambicji. Mogę śpiewać w chórze, nie muszę być pierwszy i tak myślę sobie, że ten rodzaj śpiewu jest jakoś cywilizacyjnie z południem Europy związany.

Tymczasem Polacy tak strasznie, tak dramatycznie śpiewać nie chcą, ani potrafią. A jeżeli już to od razu solo, od razu popisowo. Więc się każdemu wydaje, że śpiew jest wyrazem próżności, gdy tak naprawdę wynika z poszukiwania jedności. Tego wytęsknionego unissono jakim bywać potrafi teatralna wspólnota.

Czy najpierw był Staszek Górka ze swoim tym „Drogim Lwowem”, z „Hemarem „i z „Wesołego powszedniego dnia” – nie pamiętam. Powiem tyle, że zacząłem odczuwać potrzebę „oprawy”. Tego „dzień dobry” i „do widzenia”, towarzyskiego pozdrowienia, które coraz częściej już bardziej znajomym ( przynajmniej z widzenia) niż widzom należeć się ode mnie zaczynało, spektatorom Ogródków. A, że „przemawiam” chętniej niż „rozmawiam” – przeto konwencjonalna forma piosenki była akuratna.

Zresztą tak naprawdę to zmotywowała mnie telewizja. Na piątym konkursie,  TVP 1 w osobie Andrzeja Rychcika zamówiła u mnie ( czyli w Media ATaKu ) dwa dwudziestominutowe reportaże z V KTO. Pierwszy historyczny, do którego zatrudniłem Jurka Zelnika i Romka Holca został wyemitowany. Drugi skupiony na przebiegu i werdykcie V KTO emisji w całości się nie doczekał. Istotnym powodem był ponoć fakt, że w nagrodzonym „Punchu” wyreżyserowanym przez Włodka Fełenczaka nie sposób było znaleźć pięćdziesięciu telewizyjnych ramek wolnych od słownych czy mimicznych wulgaryzmów.

Dla tego własnie nigdy w całości niewyemitowanego odcinka reportażu TV powstała ta trochę żenująca trzódka, którą na nutę przedwojennego lwowskiego przeboju ” Bo piwo lwowsk’y”  napisałem, a Staszek Górka z Wojtkiem Machickim przy akompaniamencie Zbyszka Rymarza zrobili pierwsze nagranie :

Hymn Konkursu Teatrów Ogródkowych
Dziś do ogródka zbiegła się trzódka

Z całego kraju teatralnych scen.

Tu polskie piwo warzymy żywo,

Kto tego nie wie, nie wie czy to sen.

Ref.

Teatr dla ludzi, który bawi a nie nudzi.

Teatr w ogródku

to jest właśnie to!

Tu polskie piwo pijemy żywo,

Kto tego nie wie, nie wie kto jest KTO – KaTeO !

Trochę się wstydziłem tej trzódki, choć próbowałem w następnym ‘97 roku ( bezskutecznie!) zainteresować „Żywiec”  słowem „żywo”…

Dorota Wyżynska obśmiała mnie po latach chociaż to właśnie „Gazeta Wyborcza”  przypięła piosence estradowe skrzydła. Zresztą, jeśli pamiętam to na VI konkursie ( piosenkę napisałem na finał V-ego) ważnym powodem jej wykonywania była czyjaś prośba serdeczna bym pomógł wracającej do zawodu Marcie Dobosz. Płaciłem Marcie grosze, ale może właśnie jej osoba sprawiła też, że wykonywanie Hymnu opisywano, cytowano. „Po hymnie Teatrów Ogródkowych: „Dziś do ogródka zbiegła się trzódka/Z całego kraju teatralnych scen…”, dziewczyna w kapeluszu z różyczkami, zastępująca gong, zapowiedziała śpiewająco teatr z Bydgoszczy.” pisano w „Gazecie” w roku ’97 gdy pani Dorota zajmowała się recenzjami…

No cóż dżentelmeni z damami o faktach nie dyskutują trochę to jednak dziwne jak Pani Dorota, która jurorem była znacznie później: od 8 do 11 KTO ( w latach 1999-2001) i z takim samozaparciem znosiła wymyśloną trzy lata wcześniej i dość często śpiewaną piosenkę by nagle po 10 latach ( w roku 2006) stwierdzić, że to ten tekst odrzucił ją od Ogródka.

Może jednak nie średnio ( sam przyznaję) udany tekst, tylko ewolucja imprezy, którą zapowiadał,  z wolna od kręgów Gazety Wyborczej i pani Wyżyńskiej mnie oddalały.

Imprezy coraz bardziej publicznej. Czyli ku publiczności skierowanej. Już nie dla aktorów, nie dla reżyserów i cmokierskich stołecznych krytyków,  nie dla mediów nawet, ale wprost i naprawdę -  dla Warszawiaków. Dla  Polaków, dla tych, którzyśmy może nie korzystali ze stypendiów Fulbrighta, którzy nie dostajemy środków od Sorosa, ale których z pewnością do „łże elit” się nie zaliczy. Z roku na rok to moje KTO, choć tworzone z kulturalnej tęsknoty w coraz mniejszym stopniu zaczynało pasować  do elit tak precyzyjnie enumerowanych przez Adama Michnika w jego debiutanckim zestawieniu towarzyskim zatytułowanym: „Kościół. Lewicy. Dialog”.

Towarzystwo Adama zbierało się w Alei Róż u pani Janki i Antoniego Słonimskich, u Julii i Artura Międzyrzeckich na Marszałkowskiej. Bywało też w domu mych rodziców na Jaworzyńskiej. Pamiętam jak mnie jednak zdziwiło, gdym debiut warszawskiego Demostenesa czytał, że mimo wszelkich atencji w jego koteryjnych wyliczankach nazwisko mego Ojca bardzo rzadko pada. Jakbyśmy jednak w jednej armii ale z innych regimentów pochodzili.

Towarzystwo Adama było w Alei Przyjaciół i w salonach Alei Róż.  Swoje odnajdywałem na warszawskich „Plantach”: w Lapidarium, w Dziekance, potem w położonej pod oknami mieszkania Pana Antoniego „Dolinie Szwajcarskiej”.  W plenerach. By nie powiedzieć – na bruku.

Do teatru ogródkowego zaczęli ściągać biedni, przyzwoici, raczej ubodzy inteligenci. Nauczyciele. I to niekoniecznie języka polskiego. Inżynierowie zza biurka, lekarze z przychodni. Tacy jak mąż pani Ewy Dąbrowskiej – Wojciech, emerytowany nauczyciel matematyki, który usłyszawszy w 2002 podczas XI Konkursu, że cała sala ma zaśpiewać w Lapidarium przybiegł do mnie ze swoimi pierwszymi kasetami zatytułownymi po prostu „U cioci na imieninach”.

No i nie ukrywam, że pojawił się dla mnie problem. Pytanie o jakość repertuaru.

Ruch amatorski, amatorska twórczość kojarzą mi się bardzo źle. Na ambicji amatorów przez cały okres komunizmu żerowały instytucje sztuki, którymi zawiadywali pracowicie dobierani, uzależnieni od partyjnych apanaży trzeciorzędni profesjonaliści. Działacze Towarzystw Kultury Teatralnej, Ognisk, Domów Kultury. Najgorsze towarzystwo!

Urzędnicy kultury, związkowcy. To o nich ( choć w sprofesjonalizowanej wersji) napisał Jacek Bierezin we wstępie do wydanego w 1977 roku poza zasięgiem cenzury tomiku poetyckiego „W połowie życia” – Kiedyś legitymacją pisarza były jego dzieła, dziś wielkim dziełem pisarza jest legitymacja.

To oni reprezentują czystą, wyzbytą jakichkolwiek wartości - instytucję sztuki, którą zdefinowałem u schyłku lat osiemdziesiątych, której wytoczyłem świadomy bój i oto teraz ona, ta wszechpotężna Organizacja w swych różnych wcieleniach walczy ze mną i pyta: czyją instytucję sztuki pan Panie Kijowski reprezentujesz ? - Pana Śliwonika (który z organu teatralnych amatorów jakim było wydawane przez Towarzystwo Krzewienia Kultury Teatralnej pismo „Scena” doszedł do pozycji Rektora Akademii Teatralnej), czy pana Michnika, który aspiruje do rządu dusz polskich ? Może państwa Machulskich, z ich sztuką wyławiania talentów z grona amatorskiej młodzieży. Czy też operatywnego Wojtka Dąbrowskiego, który podglądał mój ogródek i z miłego widza przeistacza się dziś w organizatora realizowanego w Krakowie ( o ironio !) festiwalu piosenki retro im. M.Fogga.

Wojtek Dąbrowski. Gwiazdor amatorskich imprez na Ursynowie i w powsińskim Parku Kultury.

Na to więc mi przyszło… W tym kierunku wybije jedno ze źródeł ogródka…

Nie uprzedzajmy jednak zdarzeń. Wszak chronologicznie odbyłem dopierow IV konkurs w Starej Dziekance. Wydrukowałem pierwszy folder i książeczkę, wykonałem kilka zdjęć. W następnym roku pracowałem nadal nad repertuarem. Zrealizowałem też dwa filmy dla TVP I. Drugi niewyemitowany po V KTO używać będę przez cały następny sezon. W trakcie VI KTO pokażę go we fragmentach i w TVP1 i w TV Polonia, a także w Polsacie.

Organizacyjnie wspomagał mnie Urząd Dzielnicy Śródmieście, pojawi się na lat kilka w roli strażniczki ogródka Małgosia Jurkowska, przemiła Agnieszka Wróblewska sprzedaje bilety. Ci pomocnicy będą przybywali i wracali, czasem z polecenia, z przypadkowego spotkania w pociągu. Czasem wakacyjnej pracy podejmą się dzieci znajomych: Mat Rzepkowski syn poznanej jeszcze w NTW Grażyny Stryszowskiej, Marysia Łyszczyńska córka szefowej harcerskiego Hufca Warszawa Śródmieście – Elżbiety Dehnel.

Przyjaciele i marzyciele – takie krążyły wokół mnie organizacje.

Rozdz. XIV. Organizacja

Rozmaicie ją nazywałem: zaczęło się od firmy, której nadałem status s.c. i po głębokim namyśle, bodaj w ’94 roku zarejestrowałem jako Media ATaK. Potem była Fundacja. Nazwałem ją też, żeby było KTO „Kultura Tutaj Obecna”. Ale to jeszcze, potem, potem.  Nigdy nie było mnie stać na księgową. I od tej chwili przez lat sześć czy siedem wykonywałem wszystkie możliwe prace: organizacyjne, projektowe, rozliczeniowe, opanowałem Księgę Przychodów i Rozchodów, a nawet sam tworzyłem strony internetowe.

Słowem robiłem za człowieka renesansu. I to był pewnie mój największy błąd. To, że zaakceptowałem zmienność losu. Postanowiłem nie błagać o posadę telewizyjnego prezentera, na którą z wielu powodów mogłem się czuć najlepiej przygotowany. Więc krążyłem wokół telewizji, po piątym ogródku słałem dziesiątki faksów wykorzystując przejątą po agencji reklamowej włoskiej telewizji Publi Polsce bazę danych. Odwiedziłem osobiście Mazowszankę, Pepsico-Wedla, Zieloną Budkę, Bliklego. Głos wołającego na pustynii… Coraz głośniej mówiłem też o planie zagospodarowania Doliny Szwajcarskiej.

Walczyłem o pieniądze ale nie były one dla mnie celem głównym. Wydawało mi się, że wartość obroni się sama. Nie miałem etatu. Po likwidacji Polonii 1 wywalczyłem jeden kontrakt z KBNu, dla którego zrobiłem łącznie osiem programów poświęconych sylwetkom wybitnych polskich uczonych. Część wyemitowała TV Polonia: o profesorach Bogdanie Lesyngu i Marku Niezgódce z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i  Komputerowego; o genetyku Andrzeju Jerzmanowskim, o Krzysztofie Jakubowskim z PAN-owskiego Muzeum Ziemi na warszqaawskim Frascati,  o Teresie Michałowskiej specjalistce od literatury średniowiecznej wreszcie o  stochastyku Kazimierzu Sobczyku. Ostatnie dwa – o profesorze gastrologu profesorze Stanisławie Konturku i historyku Januszu Tazbirze musiałem już oddać do POLSAT-u.

No cóż… Dużo się nauczyłem. Dowiedziałem się, co to jest kaprolaktam i helicobacter pyliori. Zgłębiałem tajniki strukturalnych modeli komputerowych, a nawet na spacerze z Aleksandrem Wolszczanem po wnętrzy czaszy jednego z największych teleskopów w Piekarach pod Toruniem – pojąłem czym sa Pulsary. Długo, długo potem (choć zanim jeszcze o agenturalnych związkach Wolszczana i jego przyjaciela profesora Kusia zrobiło się głośno)  po rozmowie z tymi wspaniałymi uczonymi taki wiersz ( przez niektórych też śpiewany) – napisałem:

PULSARY

Och znam – na pamięć znam ten szloch,

Byśmy od ziemi oderwani,

Bez ciał płynęli w mętny mrok

I panowali nad zmysłami.

Kosmos Ci szumi? I planety

Tańczą nad głową Twoją biedną.

A kosmos milczy i niestety

Drwi z nas, choć wróżbę zna niejedną.

Nie patrzaj w niebo gdzie pulsary

Nowe okręgi tworzą gwiazd.

Tam nie odnajdziesz ludzkiej miary,

Tam może nawet diabłów zjazd.

Nam „cicho siedzieć” rzekł astronom,

A.T.Kijowski z Alexem Wolszczanem

Gdym go o gwiazd zapytał biegi.

W ziemię spoglądać, krew, i ciało.

Póki w nas jeszcze żyją wieki.

Póki historia w Tobie żyje.

Póki ku życiu skłonność masz,

Kornie wyciągnij ku mnie szyje,

Bym mógł przed Tobą paść na twarz.

Bo w zapomnieniu i w poddaniu

Możemy mówić o pląsaniu.

Rozdz.XV. KTO… (przed deszczem zaklinał)

Skończyliśmy pięć lat. Za nami wstępna nauka życia w sztuce w normalnych czasach. Za nami stawianie zamków z piasku ale także pierwsze lekcje kapitalistycznej fizyki. Za nami Lapidarium. Przygody z mafią na Starówce. Płócienny dach Dziekanki. A przed nami…?

Rekonstrukcja Warszawy! Już nie budynków. Nie Starówki, która wzniesiona dekretem rządowym następnie prosi o ciszę. Przed nami wskrzeszenie warszawskiego ducha.

Zniszczono go, rozpędzono na cztery wiatry, zapomniano. Błąka się gdzieś w kronikach Prusa, wierszach Słonimskiego, czasem przemknie po Wolumenie w swojej najpopularniejszej postaci.

Jego tchnienie dało się czasem odczuć w naszych teatrach ogródkowych. Gdy hrabia Dzieduszycki czy grupa „Pod Górkę” wspominali kulturalny Lwów, gdy studenci prezentowali przedwojenne przeboje Petersburskiego, gdy

Bronisław Wrocławski ( na zdjęciu) -  rozbawiał nas do łez swym teatralnym kunsztem, gdy na naszych oczach rodził się talent Edyty Olszówki.

Wtedy można było przeczuć, że istnieje także inteligencka tradycja Warszawska. Wspomnieć, że były Dynasy, cyrk Staniewskich, Reduty, Kwesty na Krakowskim Przedmieściu, ślizgawki, koncerty i teatralne spektakle w Dolinie Szwajcarskiej…

W trakcie pięciu KTO towarzyszyła nam opieka niebios. Nie będę ukrywał, że w impresariacie teatralnym u świętego Piotra miałem pewne wpływy, dzięki którym – bywało, rozganiano chmury na pięć minut przed spektaklem. Jednak protekcja nieba dobra jest tylko wtedy, gdy towarzyszy jej sympatia widzów.

Na brak przyjaźni nie mogłem przecież narzekać, skoro w 1997 roku chcieli widzowie czekać półtorej godziny w ulewie obrywającej się chmury, skoro wspaniałe dziewczyny pod wodzą Julii Wernio  z Teatru Miejskiego w Gdyni ani na moment nie zwątpiły, że słońce musi zaświecić, gdy one przybyły ze spektaklem „Nie przerywajcie zabawy”. I nie przerwaliśmy ! Mimo, widzowie ulewę przeczekali, artyści chcieli grać i spektakl się odbył. Skoro tak bardzo chcieliśmy stał się teatr. Stał się tym razem,  tak jak i wcześniej w 1993 roku, gdy jeszcze w Lapidarium Teatr Siemaszkowej z Rzeszowa wygrywał  II Konkurs spektaklem „Nienawidzę”. Tak jak i wtedy, gdy chmury pierzchały przed spektaklem „Nic nie jest takim jakim się wydaje” wg. Witkacego w wykonaniu studentów z warszawskiej szkoły teatralnej…

Na palcach jednej ręki można było wyliczyć zagrożone przez pogodę spektakle. Taka bowiem była wola spotkania, że i przyroda także była z nami !

Pas d’place pour s’amuser.(Nie ma gdzie się rozerwać) – ocenił Warszawę wczesnego Gierka w największym skrócie swego argot Dominique, mój znajomy Paryżanin. To było przeszło 30 lat temu. Czy coś się od tego czasu zmieniło? Czy poza możliwością napicia się dużo lepszego piwa i większą nieco liczbą dyskotek Warszawa latem proponuje coś swoim mieszkańcom i przyjezdnym?

Czy jest w Warszawie miejsce, gdzie w sposób swobodny, bez artystycznego pseudo zadęcia rozerwać się mogą ludzie kulturalni. Gdy piszę te słowa 2 lipca 2009 przechodziłem właśnie placem Konstytucji, na którym Krystyna Janda, która debiutowała wszak plenerowo na moim konkursie prezentuje sztuki „Teatru Polonia”.

Deszcz, mokre ławki, nieosłonięta scena, Nieszczęsna aktorka wykrzykuje coś przez mikroport do garstki gapiów ( kilkudziesięciu osób), które z ciekawosci zechciały się zatrzymać.

Na wielkim placu, w zgiełku i smrodzie spalin Władze Miasta Warszawy i Wielka ( oczywiście nieobecna) artystka pokazuje publiczności jak ją szanuje !!!  A artystów utwierdza w  przekonaniu (jak ciężko mi było latami odwodzić ich od niego), że gra w plenerze to najgorsze, co może się przydarzyć i tylko wysokie honoraria mogą skłonić do tego poświęcenia.

Narody, których obywatele się nie szanują i nie wspierają – muszą zginąć.  Kultury, które nie sumują swych doświadczeń – usychają. Ludzie myślący tylko o własnym interesie…. No cóż … „losy jeszcze się ważą…”

A jednak żal mi Polonii, Teatru, Jandy. A najbardziej tej osieroconej, obrażonej, opuszczonej warszawskiej wspólnoty mi szkoda…

Tyle lat walczyłem o cichą Dolinę Szwajcarską, w której właśnie swój koncert w 2001 roku dawała pani Janda. Potem o Frascatii. To zaledwie kilkaset metrów od stalinowskiej architekury Placu Konstytucji !

Popatrzcie jednak państwo jak tam jeszcze przed wojną wyglądało.  Dolina Szwajcarska z lodowiskiem zimą i wrotkarnią latem, z salą balową i koncertową, z teatralnymi scenkami. Niech na to popatrzą rodzice, którym tak trudno zaproponować swym dzieciom sensowną rozrywkę.

Tych, których zmysł  naśladowczy nie wyczerpuje się podczas oglądania szympansa w praskim Zoo, litość nie uruchamia się jedynie na widok katowanego w cyrku słonia, a po to by doznać trwogi nie muszą koniecznie skorzystać z usług rollercoaster, tych wszystkich zapraszałem do restauracji Doliny Szwajcarskiej. Proponowałem powołanie stowarzyszenia, którego celem miało być przywołanie tradycyjnych warszawskich zachowań kulturalnych, urządzanie zimą ślizgawki, rautów, gdzie zabawić by się można na karnawałowych redutach, gdzie urządziłoby  się kwestę, a latem pokazało, że Warszawa nie jest gorsza od Avignonu ani Edynburga.

Położone na przecięciu traktów z Kopenhagi do Odessy i z Petersburga do Rzymu nasze miasto mogłoby stać się pożądanym miejscem letniego spotkania nie tylko mimo braku miejsc kulturalnej rozrywki lecz właśnie dlatego, że tu (jak może w żadnym innym miejscu Europy Centralnej) mamy szanse stworzyć nowoczesną formułę kultury czasu mediów.

A więc kto? Kto zbuduje dach dla KTO? Kto odbuduje Dolinę Szwajcarską?  Pytałem.

My!- Warszawiacy z urodzenia i z wyboru, którzy przybyliśmy tu na zgliszcza

z różnych stron z różnych dróg

i na nogach i bez nóg

(jak recytowano w ogródkowych teatrach przed laty)

My, w przeważającej większości warszawiacy w drugim pokoleniu, potomkowie przybyszów z Krakowa i z Poznania, z Płocka i z Sieradza, następcy gości ze Lwowa i z Kalisza: niezapomnianego Trapszo, Zimajerki i Rapackiego, którzy jesienią 1899 roku przenieśli teatrzyki ogródkowe właśnie do Doliny Szwajcarskiej – tworząc tam pierwszy warszawski teatr prywatny. My mamy szansę odnowić warszawskiego ducha.

My artyści, my publiczność, my dziennikarze, my samorząd. My sami, od  lat uporczywie budujący nasz ciągle bezdomny a przecież chyba żywy teatr.

Głos wołającego na pustynii ! A ścislej „Lament” na Placu Konstytucji …

Dziekanka i piąte KTO stało się asumptem do pierwszych podsumowań. Przewalczyłem wspomniany program w TVP 1.  „ Le théâtre en Pologne” opublikował w dwu językach mój tekst programowy. W tej pracy i ja zsumowałem pozyskaną na temat historii teatrów plenerowych wiedzę.

A swoją drogą ciekawe czy na coś mi się to jeszcze kiedyś przyda ?

Rozdz. XVI. Teatry Ogródkowe w Warszawie

Teatry ogródkowe istniały w Warszawie od roku 1868 do I wojny światowej. Okres ich świetności trwał 20 lat. Na scenach ogródkowych doliczono się premier 80 polskich sztuk.

Alhambra, Tivoli, U Giersza, Pod Mostem, Pod Lipką – były to sceny połączone z restauracjami.

W teatrach ogródowych było coś z wolnej zabawy i sprzeciwu. Podlegały cenzurze, choć akcenty polskie łatwiej było przemycić na scenach uchodzących za ludowe.

Teatru ogródkowy dawał szanse tym wszystkim, którzy w rządowych nie mogli lub nie chcieli występować. Artyści z prowincji przybywali do Warszawy wówczas, gdy aktorzy rządowi udawali się na urlop. Od czerwca do początku września podbijali stolicę przybysze z Kalisza, Radomska, Lwowa, Poznania. A na ich czele opanowywali letnią stolicę aktorzy tej miary co choćby Anastazy Trapszo.

Teatr ogródkowy był w dużej mierze sceną promocji; promował młodość. W ogródkach debiutował Ludwik Solski, Mieczysław Frenkiel. Tu publiczność zobaczyła po raz pierwszy Bolesława Leszczyńskiego. Aleksander Zelwerowicz debiutował w cyrku u Wołowskiego. Nawet Gabirielę Zapolską oglądać można było na warszawskiej scenie Teatru Nowego – u Kwaśniewskiego.

Miał jednak teatr ogródkowy swoje i tylko swoje gwiazdy. Z Rufinem Morozowiczem i Adolfiną Zimajer na czele.

Kariera Zimajerki mogła być wzorcem dla młodych artystek, które przychodząc do ogródka marzyły o wielkiej scenie.

Najdojrzalsze owoce przestawały się mieścić w letniej, restauracyjnej formule. Teatr ogródkowy staje się szczeblem na drodze do powstania w Warszawie teatru prywatnego.

W tym kierunku zmierzali łączący swe siły niewątpliwie utalentowni zawodowcy: Adolfina Zimajer, Marceli Trapszo i Henryk Morozowicz oraz rodzina Rapackich obejmujący w roku 1889 warszawski Odeon.

Mój Konkurs Teatrów Ogródkowych  narodził się nieomal wraz z odrodzeniem samorządu terytorialnego w Rzeczypospolitej oraz zniesieniem cenzorskich barier dla spontanicznych zgromadzeń i twórczości artystycznej. Pierwszy zorganizowałem  w roku 1992.

Konkurs wiele zawdzięczał opiece warszawski śródmiejskich władz samorządowych. Miał jednak zdecydowanie ponadlokalny zasięg i znaczenie. Stał się ważną imprezą na mapie teatralnej kraju. Swoją dobrą sławę zawdzięczał szczególnie bardzo fachowemu jury, którego nagroda zaczynała się już liczyć  w artystycznym świecie.

Teatr ogródkowy istniał dzięki hojności radnych Dzielnicy Śródmieście Gminy Warszawa Centrum. Dyrektor Dzielnicy, fundował  nagrody. A była to jedna z wyższych nagród jakie wręczano w tym czzasie w dziedzinie teatru w kraju. Było 70 000 000 zł (1992), 100 000 000 zł (1993; 1994), 14 000 PLN (1995), 17 000 PLN (1996); 20 000 PLN (1997).

Konkurs Teatrów Ogródkowych, odpowiednio nagłaśniany przez media, stał się jednym z modelowych przykładów pozytywnego wkładu samorządu w dziedzinę kultury. W latach 1993, 1994 transmisje telewizyjne wszystkich spektakli zapewniała Telewizja Polonia 1. Współpracowałem  między innymi z Warszawskim Ośrodkiem Telewizyjnym, Sztandarem Młodych, Radiem Zet i Gazetą Stołeczną. Niezależnie od relacji we wszystkich telewizjach (także zagranicznych np. ARD) oraz Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym w 1996 r. dwa reportaże na temat KTO zrealizowane zostały przez program pierwszy TVP.

Teatr Ogródkowy łączył się z kawiarniami. Po Café Lapidarium, była kawiarenka Gwiazdeczka. W 1995 roku warszawskie KTO trafiło do studenckiej Starej Dziekanki. Łączy te miejsca: otwarte powietrze i ograniczenie przestrzeni oraz fakt, że publiczność nie przychodziła tu do teatru po to by „zachłystywać się sztuką”. Ludzie odwiedzali te miejsca by się spotkać, pogadać, napić kawy lub wina. Ludzie już byli, a teatr przybywał potem. I próbował zagrać swoją rolę.

Nie łatwo było aktorom z tym się pogodzić. Wykształceni na kapłanów w świątyniach sztuk mgr po szkołach teatralnych buntowali się przeciw grze do kotleta. Ale nie było gdzie grać. Nie było jeszcze polskich seriali, a aktor bez publiczności umiera. Więc pocieszałem ich jurorami. Pani Minister, PAN redaktor, pani z telewizji no i oczywiście telewizyjne kamery – czyli promocja. Tu weryfikuje się wasz talent mówiłem. Wspominałem jak jeszcze w Lapidarium u „Kilińskiego” bar ( alkoholowy) sam się zamknął w konfrontacji ze sztuką Wrocławskiego i mówiłem. Tu ludzie przyszli się rozerwać. Napić piwa. W teatrze elżbietańskim też publiczność podjadała, a złych aktorów traktowano zgniłymi pomidorami lub jajkami. Grajcie więc tak by im się odechciało piwa. Uważajcie na puszki po nim.  I pamiętajcie grajcie tak,  by w was pełnymi nie rzucano – okrutnie żartowałem.

Jako się rzekło teatr ogródkowy wypromował już swoje gwiazdy. Występy dwukrotnego (1994, 1997) laureata Wielkiej Ogródkowej dziekana wydziału aktorskiego łódzkiej szkoly filmowej Bronisława Wrocławskiego w sztukach mistrza współczesnej groteski Bogusława Schaeffera (Tutam) czy Erica Bogosiana (Seks, prochy i rock & roll ) – stały się wydarzeniami godnym odnotowanie w teatralnych annałach. Podobnie trimfy święcić zwykł na ogródkach słynny z , niekoniecznie do dzieci adresownych, przedstwień - Białostocki Teatr Lalek ( Parady – 1994, Niech żyje Punch – 1995 , Kabaret Dada – 1996).

Przez deski kawiarnianej sceny przewinęły się zespoły lub grupy aktorskie z prawie wszystkich scen polskich z takimi gwiazdami jak np. Ewa Dałkowska, Jerzy Bińczycki, Wojciech Dzieduszycki, Mirosław Konarowski, Marta Bizoń, Jolanta Fraszyńska czy artyści Teatru 3/4 z Zusna Krzysztofa Raua.

Idea  KTO nawiązuje do formuły teatrów ogródkowych osiemdziesiątych lat dziewiętnastowiecznej Warszawy. Jednak, gdy lepiej przyjrzeć się tradycji okaże się, że wynikała w znacznym stopniu z konieczności, że najzdolniejsi artyści wcale nie marzą o tym by występować pod gołym niebem, przebierać się w nieotynkowanych magazynkach i drżeć czy gwałtowna chmura lub wiatr nie rozpędzi spektaklu.

Jak pamiętamy w tym kierunku zmierzała pod koniec XIX wieku dyrekcja Odeonu uzyskawszy pozwolenie na prowadzenie imprezy również po zakończeniu sezonu letniego. Pierwsze jesienne przedstawienia po sezonie ogródkowym odbywały sie w słynnej także ze ślizgawek Dolinie Szwajcarskiej.

Doświadczenia lat 1992 – 2006 pokazują, że formuła ta bynajmniej się nie zużyła. Teatr ogródkowy nie spoczął na laurach. Nie okazał się też ani przez moment próbą jakiejś  muzealnej rekonstrukcji przeszłości. Zrozumiałem, że  Ogródek to znaczy powietrze

I wypowiedziałem to najprecyzyjniej jak byłem w stanie w artykule, który w formie wywiadu z samym sobą, który przy pomocy  Ani Kowalskiej dla Warszawskiego Inforamatora Kulturalnego (WIK-u) –  napisałem.

Rozdz. XVII. Ogródek to znaczy powietrze

albo  Teatr jak lusterko w kieszeni”    - wywiad z samym sobą

Pyt. VI Konkurs Teatrów Ogródkowych w roku 1997 zbliża się do końca – i co dalej

Odp. Jeszcze 4 spektakle, potem werdykt, finał no i oczywiście VII przelomowe KTO za rok.

Pyt. Przełomowe ?

Odp. Przecież wiadomo, że wszystkie cykle są siedmioletnie

Pyt. I co dalej

Odp. Zdobycie miejsca, rozpostarcie dachu, wzbogacenie repertuaru. Przed nami wskrzeszenie warszawskiego kulturalnego ducha i realizacja moich marzeń. Wiosennego kiermaszu książki, letniego teatru ogródkowego w Dolinie Szwajcarskiej, koncertu jesienią, a ślizgawki zimą.

Pyt. Ślizgawka w dobie łyżworolki ?

Odp. Tak jak estrada w dobie telewizji.

Pyt. Za nami 16 spektakli tegorocznego KTO, relacje Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego, zatrzęsienie informacji radiowych. To była telewizja czy estrada ?

Odp. Moją firmę, firmę, która dzięki hojności Urzędu Dzielnicy Śródmieście może realizować Konkurs Teatrów ogródkowych nazwałem Media ATaK, gdyż sądzę, że teatr jest dziś przede wszystkim miejscem spotkania. A najprostszego spotkania nie zrobisz dziś bez wsparcia mediów. W społeczeństwie informatycznym wszystko co ważne musi być medialne.

Pyt. Okres największej medialności KTO ma za sobą. Nie ma już realcji tv na żywo Polonii 1..

Odp. Rynek mediów jest petryfikowany. Nie głosowałem przeciw konstytucji, mimo, że uderza one we mnie osobiście utrzymując koncesjonowanie częstotliwości telewizyjnych. Ale zgodziłem się na taką jaka jest dlatego, iż gwarantuje ona bezwzględną wolność prasy i zgromadzeń. Zbyt dobrze pamiętam czasy, gdy żądanie tych wolności było mrzonką, by lekceważyć to co mamy tylko dlatego, że daleko nam do ideału. Więc nie mam poczucia cofania się.

Przeciwnie czuję, że udało się stworzyć coś. Chyba ciut więcej niż imprezę. Tworzymy pewien ruch. Teatr ogródkowy ma już swoją publiczność, swoich oddanych widzów, mam coraz więcej pomocników. Wspierła nas też patronatem prasowym Gazeta Wyborcza. Na początku były inne media. Miałem niemal domową telewizję i poparcie tak wspaniałychch i utalentowanych osób jak Izabella Cywińska, Wojtek Malajkat ,Maciej Wojtyszko, Jacek Sieradzki czy Paweł Koniic. Była atmosfera i chęć obcowania ze sztuką tylko tej sztuki było nie wiele. Miniony sezon dowiódł chyba, że nastąpiła jakościowa przemiana. Nie mnie oceniać ale sądzę, że tych dwadzieścia z górą przedstawień które pokażemy w lecie Warszawiakom prezentowało poważny poziom.

Przybycie Teatru 3/4 Krzysztofa Raua, Obecność takich gwiazd jak Jolanta Fraszyńska, Mirosław Konarowski czy

Jerzy Bińczycki. ( na zdjęciu).

Wspaniałe występy teatru Korez z Chorzowa, Ludowego z Nowej Huty, Teatru Wybrzeże – czynią już chyba z teatru Ogródkowego miejsce prawdziwie artystyczne.

Pyt. No właśnie- więc czemu ogródek. Czy udało się wskrzesić tę konwencję. Czy występujące teatry mają cokolwiek z ogródkiem wspólnego ?

Odp. Ogródek dla mnie to wolność. To wolność dla powietrza w teatrze.Teatr jest z gruntu obcy dusznej teatralnej sali w której zamknął go wiek XIX i tylko ten. Cały wielki teatr: Antyczny, Średniowieczny, Elżbietański, Commedie dell Arte, Molier – to wszystko było pisane na wolne powietrze. Dla publiczności, która nie musiała czekać na przerwę by uraczyć się piwem. Dla publiczności która nie była winna przed teatrem klęczeć.

W tym sensie cała tradycja teatralna jest „ogródkowa” i taką chcę odtworzyć. Marzy mi się teatr, który się nie puszy. Nie nudzi, nie udaje świątynii którą nie jest. Kościoła, z którym nie chce ani  wolno mu rywalizować. Teatr, który zawsze służy, a czasem nawet wzrusza.

Pyt. I to ma być w Dolinie Szwajcarskiej ?

Odp. Nie spotkałem jeszcze osoby, która mój pomysł uznałaby za zły. Tak marzę o odtworzeniu w Warszawie przy samorządowym, a także prywatnych sponsorów wsparciu – teatru prywatnego. Teatru, który pewnie będzie po trosze i kawiarnią i wrotkarnią i telewizyjnym studiem. Teatru, który nie będzie placówką kultury lamentującą nad swym ciężkim losem lecz miejscem spotkania ludzi,  którzy chcą pogadać o interasach, poagitować politycznie, poflirtować ale także potrafią czasem spojrzeć na siebie z oddalenia i zadumać się nad kondycją człowieka, swym losem.Teatr, który nie jest zbędny jak cudze ołtarze lecz konieczny jak lusterko w kieszeni.

*                                        *                                          *

W Dziekance zmierzyłem się też po raz pierwszy, z większymi przedsięwzieciami teatralnymi. No bo zasadniczo impreza wymyślona została dla małych zespołów. Dla,  jak je nazywałem „trup teatralnych”. Jednak w miarę rozwoju apetyt rósł, a i większe, w szczególności pozawarszawskie teatry pragnęły pokazać się Cywińskiej, Wojtyszce, Sieradzkiemu.

Nie było chyba reżysera, który nie przewinąłby się przez Starą Dziekankę. I Jarek Kilian, dzisiejszy dyrektor Teatru Polskiego wystawiał tam pod auspicjami Teatru Atlantis i Edek Wojtaszek (późniejszy dziekan w warszawskiej Akademii Teatralnej)  z tym samym firmowanym przez Jacka Pacochę zespołem. I Maja Kleczewska i Julia Wernio i Wojciech Kępczyński i Krzysztof Rau …


Rozdz. XVIII. Towarzystwo

Wszystko to byli znajomi. Bo jakoś tak jest z biegiem lat i dni, że wszyscy się znamy.

Poruszaliśmy się więc w sferze towarzystwa. Edka Wojtaszka, syna Emila – wieloletniego ambasadora PRL we Francji, ministra spraw zagranicznych za późnego Gierka, (od 2.XII.1976 – do 24.VIII.1980) poznałem jeszcze w walterowskich czasach na starym Dworcu Głównym przy Żelaznej, gdy – w 1964 roku – szczepiono nas na cholerę, co wybuchła właśnie we Wrocławiu.

Szliśmy pamiętam jak dwaj skazańcy peronem. Rozmowa szybko zeszała na poezję, akademie, teatr którym obydwa dziesięciolatki się interesowały:

- Pierwszy raz na obóz spytał mnie Edek,

- Tak. Pierwszy – odparłem:

-To trzymajmy się razem.

Niestety, rozdzielono nas do różnych kampusów, więc tylko czasem spotykaliśmy się potem w drodze do stołówki, czy wracając z obiadu i przy myciu menażek piaskiem w wodach Siecina, próbowaliśmy powrócić do przerwanej rozmowy o teatrze.

Zniknął potem Edek we Francji, aż go rozpoznałem siedzącego po turecku w Cyrku na Chłodnej, w którym w 1974 roku w ramach Teatru Narodów. Swój „Rok 1789″

prezentowała w Warszawie Arianne Mnouchkine.   Edward na żywo tłumaczył wówczas improwizowane lazzi.

Potem znów przepadł, by odnaleźć się w późnych latach 80-tych jako szef awangardowego teatru „Pracowania Teatr”,  który próbował zainstalować się w Żoliborskim Domu Kultury przy Teatrze Komedia.

W Ogródku wystąpił z „Paradami” Potockiego, które otrzymały nagrody za rolę Mirosława Zbrojewicza i efektownej Ewy Kobus. Przy okazji porozmawialiśmy sobie od serca.

Poczułem w Edku tę wrażliwość zapamiętaną jeszcze z siecińskiego jeziora, gdy wręcz mnie spytał jak ja sobie psychicznie radzę w obecnej roli, gdy jeszcze nie tak dawno z telewizją: leciałem … wysoko.

Cóż spadam. I jak w tym dowcipie o góralu. Ręce mam całe, nogi całe, a czy będę żyć – nie wiem: jeszcze lecę…

Na VI KTO przybył też Mirek Konarowski, który w tym czasie wyemigrował do Wrocławia. Przywieźli z Januszem Andrzejewskim „Opowiadanie o ZOO” – Albee’go. Po spektaklu Iza Cywińska obdarzyła Mirka krótkim komentarzem „aktorskie drewno”, ale ja co innego zapamiętuję. Spektakl był bardzo przyzwoity lecz co najważniejsze widać było w czasie próby. To właśnie, że Mirek jest z Towarzystwa. Bez wymagań, bez fochów. Gdy czegoś potrzebował pracowaliśmy razem wespół w zespół. Nie musiałem mu tłumaczyć, że nie stać mnie na sześć garderobianych i czterech tragarzy. Ludzie dobrze wychowani czują to instynktownie.

Podobne wspomnienie mam związane z Włodkiem Paszyńskim, też harcerzem, który ( dziś zakładnik LiDu, jako wiceprezydent u pani Waltz) nawet niefortunny wiceminister edukacji – przez kilka miesięcy w rządzie Millera,  jest jednak ( czy był ?)  przede wszystkim twórcą podziemnej oświaty niezależnej. Zapamiętać dał się też przez osiem lat ( od 1990 do 1998 roku), jako bodaj najukochańszy kurator Oświaty w Warszawie. To Włodek właśnie z walterowskich, post-kuroniowskich, rewizjonistyczno-komunistycznych kręgów harcerskich wyciągał mnie  w normalny zuchowy świat.

Otóż jak Mirka Konarowskiego zapamiętałem noszącego dekoracje w upale, tak nie zapomnę gdy wchodzimy z Paszyńskim na Grzybowską do mojej NTW ( Nowa Telewizja Warszawa). Tam jako dziennikarz i marszałek sejmiku odbywałem transmitowane na żywo rozmowy pt. „A Teraz Konktetnie”.  Wchodzimy więc  z…ratanowymi fotelami na głowach. Dzięki zaradnej Uli Rzepczak wyczaiłem właśnie mebelki do dekoracji studia – na barter. Kurator Włodek spotkawszy mnie na parkingu pomagał je taszczyć.

To się nazywa: szyk lub brak kompleksów. Ale wracajmy do naszych baranów. Dygresja o Paszyńskim nie całkiem nie na miejscu. Wychowywaliśmy się z Edkiem i Włodkiem razem czy lepiej powiedzieć we wspólnym towarzystwie: Obozy w Siecinie, Karwicy, Warchałach,  w Gromie czy Wesołowie. Potem nie bez mojego sejmikowego udziału mianowano Włodka Kuratorem Oświaty i Wychowania. Wymyślone przez Paszczaka „Wagary na Agrykoli” w pierwszy dzień wiosny z Hołdysem,  to najbardziej wyrazisty przykład identyfikacji nauczyciela z uczniami. Kochany, uważny, choć – jak mówiła  o nim  ś.p. Irenka Dzierzgowska – z czasem stawał się  coraz bardziej „czerwony”.

No coż – ja jestem daltonistą !  I mam to od okulisty na piśmie! Choć szczerze mówiąc z zielonym i czerwonym, a nawet ze Stendhalem sobie radzę. Dla mnie nie liczy się kolor lecz to, co komu z oczu patrzy. I tu instynkt mam niezawodny, tak samo jak na mowę polską.

Głoszę i akceptuje jedynie takie poglądy, o których zwykłem mówić, że są gramatyczne. Nie głoszę takich, które źle brzmią po polsku. Podpiszę się natomiast prawie pod każdą tezą jeśli będzie wyrażona składnie, stylistycznie i bez błędów językowych, usterek stylistycznych czy logicznych tautologii lub ekwiwokacji .

Opowieść – zanotował kiedyś mój Ojciec –  jest dla stylu – nie styl, dla opowieści.

Co i tej Teatralnej „szkatułki” dotyczy.

Rozdz. XIX. Teatralne szkatułki

Zatem Dziekanka… Co po niej zostało ? Pan Pszczoła, który mawiał, że kelnerów z piany nie rozlicza. Mirek Konarowski, Maja Kleczewska, która jeszcze jako studentka reżyserii w PWST z aktorami z Koła Naukowego wystawiała Ławeczkę Gelmana.

Aktorzy z białostockiego Teatru Lalek, którzy pierwszą nagrodę, nazwaną w którymś momencie przez Jacka Sieradzkiego Wielką Ogródkową zdobywali trzykrotnie.

Dziekanka to też pierwsze „wielkie”produkcje. Wiedziałem już od dawna, że przy bezhonoraryjnej formule konkursu ( dotacja starczała mi z reguły na opłacenie jednego środka transportu, kilka noclegów w tanim hotelu ZNP, który nazwy zmieniał wraz z Ustrojem: „Belfer”, „Techer”, „Logos”, by ostatnio znów niebieski neon ZNP nad Wisłą zapalić).

Zatem przy takiej formule nie miałem co liczyć na większe teatralne zespoły, w których każdy artysta żądał od swego dyrektora honorarium za wyjazd i plener.

Teatr to przecież dwa gatunki ludzi. Tych z „Aktorów Prowincjonalnych” Agnieszki Holland: twórców przez duże „Tfuu…”.  Świetnie sportretowanych też przez Wajdę w „Dyrygencie” wg. opowiadania Seniora. A więc zakładników instytucji: groszorobów, magistrów sztuki wegetujących na etacie aktora w państwowym czy miejskim „przybytku sztuki”. Animatorów kultury w jakimś domu kultury odbierających ZUS a czasem i drobne „podziękowania” od wdzięcznych admiratorów lecz realizujących się w rodzinie, dorabiających dubbingami, objazdami, dziś jeszcze doszły TV reklamy. To spadek po „Dramaturgii Hamburskiej” Gottholda Lessinga ( Och jak mnie korci, żeby podać przykłady..). Ale przecież was jest Legion, czuję jak niektórych mrowi w plecach – oszczędzę więc Totum pro Partum…

No i ta druga: – rybałtowska, rodzinna, prywatna składająca się z postaci wyjętych z „Wieczoru Kuglarzy” czy „Poziomek” Bergmana. Tu już nazwiska wymienię – bo ich niewiele a piękne. Na czele Parady postawiłbym Staszka Górkę z Grupą Pod Górkę ( Wojtek Machnicki, Zbyszko Rymarz, Monika Świtaj) potem by szli Grzegorz z Lidią Stanisławiakowie z Teatru Własnego w Chorzowie, dalej Dagmara Foniok i Tadeusz Hankiewicz z Krakowa. Wreszcie rodzina Krzysztofa Raua skupiona wokół Teatru ¾ z Zusana oraz licznych trup jakie Rau wygenerował wokół Szkoły i Teatru Lalek w Białymstoku.

Los dyrekcji Raua w Teatrze w Bielsko-Białej, gdzie dyrektor zaproponował całkiem nowy sposób pracy artystycznej opartej na grantach, o które mogli się ubiegać wszyscy członkowie Zespołu, potwierdził nie po raz ostatni w Ojczyźnie naszej, że kto stworzy części ludzi szansę rozwoju i pracy, tego filisterska część zazdrośników i leni z pewnością pozbędzie się jak najszybciej.

Zatem Zespołów Miejskich pojawiało się na Konkursie niezbyt  wiele. A jeśli już, to przybywały pod koniec wakacji, we wrześniu, zasilone dotacją która np. dzielnej wicedyrektor Grażynie Nowak z Tarnowskiego Teatru pozwoliła przywieźć do Warszawy na rozpoczęcie roku szkolnego 1997 „Śluby Panieńskie” w reżyserii i z udziałem Jerzego Bińczyckiego. Obejrzeliśmy w rezultacie bardzo statyczne ale też jedno z mocniej teatralnych, klasycznych przedstawień, a kontakt z aktorem, próba, sam spektakl były swoistą nobilitacją Ogródka.

Pojawiły się Teatry z Płocka, z Kielc,  Teatr Wybrzeże z Gdańska, a w czasie dyrekcji Julii Wernio także i  Teatr Miejski z Gdyni. Z ich pobytem w Dziekance 29.VII.96 łączy się jedna z najbarwiejszch sag pogodowych.

Miejski wystawiał o muzyczne, skomplikowane technicznie przedstawienie „Nie przerywajcie zabawy” Jana Kantego Pawluśkiewicza. Produkcja była ogromna, zdecydowania przekraczająca te kilkaset złotych, które miałem na spektakl. Jednak skupione wokół Wernio piękne i chłodne dziewczyny nie znały przeszkód, skoro postanowiły swymi strzałami ugodzić teatralną Warszawę. Umówiliśmy się wiec, że zespół zrezygnuje z hotelu, a ja wszystkie pieniądze przeznaczone na transport i nocleg, nie mówiąc o wartości sprzedanych biletów, przekażę Teatrowi. Tak się też stało. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nas literalnie zalało!. Przed siódmą nad Dziekanką po prostu oberwała się chmura. Wszystkie kable ( a było ich sporo), duża ilości aparatury nagłośnieniowej – wszystko zmoczone. Wydawało się, że nie ma szans na występ, gdyby nie to, że wszyscy go strasznie chcieli. Chcieli go aktorzy, którzy tłukli się do stolicy kilkaset kilometrów by pokazać się Cywińskiej i Wojtyszcze. Dyrektor  Wernio, która wywaliła bezpowrotnie sporą kasę, ja dla którego był to też największy z dotychczasowych spektakli. Przede wszystkim jednak chciała go publiczność, której w ciepły dzień nie zraziła ulewa. Ludzie pochowali się pod balkonikiem Dziekanki i po pompie spokojnie zasiedli pod parasolami. Jak powiedział Jacek Sieradzki: Nie można było nie zagrać. Elektrycy z „Miejskiego” przez pół godziny wykrywali „przebicia” ale wyłapali je wszystkie. Wreszcie po dwóch godzinach, z poważnymi obawami o narażenie aparatury na awarię, spektakl się odbył, dając radość inną niż ingardenowskie „jakości artystyczne”. Dając radość dopełnionego spotkania.

Inną przygodą było spotkanie z Radomiem. Nigdy nie zapomnę pierwszego kontaktu z Wojciechem Kępczyńskim mało jeszcze znanym dyrektorem Teatru w Radomiu, gdzie skupił wokół siebie znakomite grono rozśpiewanej młodzieży. W srodku lipca Teatr był naturalnie na urlopie. Ale cieszący się w swym zespole niezwykłym mirem Kępczyński skonił kolegów bez trudu by poświęcili mu i Warszawie jeden dzień wolnego. Cała obsada szekspirowskiej Burzy zjawiła się w Dziekance z różnych stron. Przybyli z Mazur,  z Tatr, z nad morza.  Przybyli tu z dzwonkami, z zelami, z bębenki… I zagrali, lekko, bezpretensjonalnie. Nagrody wprawdzie nie dostali ale ja ogłosiłem wówczas, że przyznaję swoją, honorową dyrektorowi: za talent organizatorski. I nie pomyliłem się. Jest dziś Wojciech Kępczyński jednym z nawybitniejszych organizatorów teatralnych w Polsce. Twórcą sukcesu Warszawskiej Romy. Sceny, która wprawdzie ku żalowi środowiska wyparła z Warszawy operetkę, jednak przybliżyła Teatr Muzyczny w iście Brodwayowym stylu młodzieży z Warszawy i całego kraju czyniąc z teatru na Nowogrodzkiej  jedną z najbardziej obleganych polskich instytucji kulturaknych..

Nie to, co gdynianie, którzy 21 VII 97 postanowili sobie przybyć do Warszawy z … Muzykoterapią wg. Andrzeja  Strzeleckiego. Tyle, że akompaniator zaspał, i około drugiej po południu, gdy zespół zbierał się do próby wydzwoniono go … trzysta sześćdziesiąt kilometrów na północ. Był daleko i na dodatek … z nutami ! Nie było oczywiście żadnych podkładów, więc sprawa wydawała się przegrana. Tu jednak wykazałem się życiowym refleksem . Wiedziałem, że jest jeden jedyny człowiek w Polsce, który spektakl ten zna na pamięć. To oczywiście śp. Janek Raczkowski. Nauczyciel Szkoły Teatralnej. Towarzysz wszystkich dyplomów muzycznych całych pokoleń warszawskich absolwentów PWST, no ale przede wszystkim „oprawca” muzyczny: Złego ZachowaniaLove czyMuzykoterapii. Akompaniator tych arcyświetnych montaży muzyczno choreograficznych Andrzeja Strzeleckiego z czasów, gdy za późnej komuny zmienił „Teatr na Targówku” w „Teatr Rampa”.

Jan Raczkowski

Nie wiem jakie anioły nade mną czuwały. To wszakże nie był jeszcze czas powszechnie dostępnych komórek. Jak zdobyłem telefon Jasia ?  Jak udało mi się go złapać gdzieś na wakacjach ale pod Warszawą, jakich argumentów użyłem by rzucił wszystko i niemal za darmo zgodził się przybyć do Dziekanki by ratować te biedne gdyńskie fajtłapy,  które pod jego przewodem zagrały pewnie jeden z najlepszych spektakli w karierze.Że wszystkim się chciało, że kochaliśmy naszą wolność, że to było dla Miasta, dla swobody, dla nas.

W Dziekance młodość i godność witały seniorów i amatorów. Pojawił się wychowany zresztą przez Wojciecha Kępczyńskiego w Radamiu kultowo później śpiewający aktor Janek Bzdawka.

Odbywały się finały i pierwsze podsumowania. Akurat w Instytucie sztuki wydobyto szkice Józefa Galewskiego ilustrujące teatry ogródkowe przełomu XIX i XX wieku. Więc teraz na przelomie kolejnych stuleci pozyskaliśmy wspaniałe reprodukcje, które eksponowaliśmy w tunelowej bramie wprowadzającej publiczność do Dziekanki.

Coraz częściej mówiłem też o „Dolinie Szwajcarskiej” wskazując ją jako wymarzone miejsce teatralnego spotkania. Na finale pojawiła się zebrana z pięciu lat plejada moich laureatów: malowaliśmy obrazy, fotografowaliśmy się w jarmarcznym blejtramie

wykonanym przez Olgę Wolniak. Występowała i Olszówka i Fraszyńska, a Okupska improwizowała Rap. W Finale jako gość specjalny z tekstem dziewiętnastowiecznej farsy ogródkowej zgodził się wystąpić, bodajże ostatni raz w życiu pojawiając się na scenie – przyjaciel mego Taty  od zawsze znajomy Andrzej Szczepkowski, ojciec Joasi.

W Dziekance po raz pierwszy pojawili się z Krakowa Tadzio Hankiewicz z Dagmarą Foniok. Ich krakauerski, osnuty na czeskich witzach humor z Grodzkiej nie bardzo bawi warszawiaków. Otrzymali jednak nagrodę. Nagrodę, którą obiecał mi zrealizować Jerzy Koenig szefujący podówczas Teatrowi Telewizji.

No cóż – Jerzy Koenig, krytyk, tłumacz – inteligentny, tchórzliwy oportunista. No ale przecież znajomy od lat, facet wobec którego zachowałem wszystkie należne środki ostrożności. Chyba jedyny, na przykładzie którego Ojciec, świetnie znający go z „Dialogu” – próbował uczyć mnie życia.

Rozdz. XX. Marna pamięć Jerzego Koeniga

Zdaniem Komisji Konkursowej, która w 2003 roku odmówiła mi prawa rywalizowania z imiennikiem Januszem Kijowskim ( zaprzyjaźnionym z ówczesnym Ministrem Kultury Waldemarem Dąbrowskiem) w konkursie o fotel Dyrektora  Teatru Dramatycznego w Olsztynie – nie mam wykształcenia artystycznego czyli tytułu mgra sztuki. Mam wykształcenie wysokie jak stwierdzł wicemarszałek sejmiku jednak nie adekwatne. Niewątpliwie wykształcenia senso stricto artystycznego nie miał ani Leon Schiller, ani Arnold Szyfman ani… Jerzy Koenig, ostatnio przez lata Dyrektor nawet Starego Teatru w Krakowie. Mam za to wykształcenie takie jakiego (w uzupełnieniu studiów polonistycznych) udzielali mi  w Szkole Teatralnej właśnie wymieniony Jerzy Koenig, Zygmunt Hubner, Alekander Bardini, Erwin Axer ( jeszcze jakieś polskie nazwisko…?).

Otóż szczerze powiedziawszy robiąc, w ramach indywidualnego toku studiów polonistycznych te moje 300 godzin w Szkole Teatralnej na Reżyserii -  najmniejszą miałem ochotę wstawać na ósmą rano by słuchać stękania Koeniga o Meyerholdzie czy Wachtangowie. Zależało mi na zajęciach praktycznych. Ale wtedy powiedział mi Ojciec:

- Jędrek! Czas szybko płynie, ani się obejrzysz a będziesz gdzieś z Koenigiem pracował. Bo on jest wszędzie! A to wyjątkowa menda. I jeśli teraz zlekceważysz jego zajecia on zauważy to, zapamięta i wypomni po latach.

No cóż, więc wstawałem skoro świt. Co i tak nie na wiele się zdało. Ojciec się nie pomylił, pracowalismy już wkrótce razem. W Stanie Wojennym spotkałem się z Koenigiem razem w tejże Szkole Teatralnej, do której zatrudnił mnie nieszczery komunista ale przyzwoity Polak Zygmunt Hintz. Nie odczuwałem (do Koeniga) specjalnej wrogości, acz o pobratymstwie dusz trudno w tym wypadku mówić. Kiedyś, dumny z mojego 6 letniego malucha w szczycie kryzysu paliwowego (kartki!) i w mrozy wiozłem pana Jerzego do domu gdzieś na Ursynów. Starałem się mieć tę klasę by nie pamiętać o reglamentacji. Nie było w tym lizusostwa. Przeciwnie jakiś -  pański gest. Koenig się certolił, że coś tam do metra czy przystanku. A ja powiedziałem, że to nie problem, a zresztą samochód musi się rozgrzać i na dłuższej trasie efektywnie mniej pali. – „Trochę to faryzejskie”, rzucił Koenig spod nosa. Zapamiętałem na życie.

Inni go lubili: Wanda Zwinogrodzka, Marek Piekut, Janusz Majcherek. Wydawało się wtedy, że stanowimy paczkę. Rozlazło się to potem, gdy w grę weszły kariery i układy. Wandy rozjazd z Majcherkiem. I jakiś wypad do Radziejowic bodaj, na którym nie znająca mnie jeszcze wówczas swieża minister kultury – Iza Cywińska rozdawała teatralne karty. Wanda ponad rok była recenzentką teatralną „Gazety Wyborczej” dopóki nie ośmieliła się skrytykować Wajdy. Sieradzki utrzymał posadę w „Dialogu”, (uzyskał ją jeszcze za poźnej komuny po śmierci Konstantego Puzyny). Pismo „Teatr” objął zaprzyjaźniony z Koenigiem Andrzej Wanat z grupą młodzieży. Może znalazłoby się tam dla mnie mniejsce, gdybym „w pierwszych słowach mego listu” nie wypowiedział się negatywnie o łódzkim „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego w reżyserii  Macieja Prusa, u którego kierownikiem literackim w „Teatrze Dramatycznym” wkrótce Paweł Konic zostanie. No i gdybym nie ćwiczył marnymi ocenami bystrej acz niedouczonej młodzieży, która jak Igor Janke, Dominika Wielowieyska, Natalia Adaszyńska czy Agnieszka Celeda -. wnet będzie miała wielki wpływ w środowiskach. Tej rady mi już Ojciec dać nie potarfił. A była to zdaje się właśnie Koeniga ewangelia: uważajcie na uczniów i dzieci. Będziecie jeszcze od nich zależeć.

Dla mnie miejsca nie było. Nie należałem do Układu choć byłem z Towarzystwa. Więc kiedy zaproponowałem Koenigowi by potwierdził pisemnie umowę, że przyzna jako dodatkową nagrodę na Konkurs Teatrów Ogródkowych możliwość wskazania przez , nader przecież kompetentne jury, przedstawienia godnego realizacji w Teatrze Telewizji – uwierzyłem, gdy mnie zapewnił, że w tym wypadku wystarczy „gentelmeent agrement”.

Jury była istotnie kompetentne. W pierwszym roku nie znalazło godnego nagrody zespołu i premii nie przyznało. Jednak w  drugim  roku czyli na VI KTO  nagrodę specjalną w postaci rekomendacji do realizacji przedstawienia  w Teatrze Telewizji otrzymał Teatr Tradycyjny z Krakowa za spektakl „Długi, szeroki i Krótkowzroczny”. Szczególnie zachwycił jurorów Juliusz Grabowski w rewelacyjnej roli Królewny Złotowłosej.

Krótko dziś mogę tu skwitować krzywdą Hankiewiczów – Jerzy Koenig pozostawił mi po sobie raczej marną pamięć – dżentelmenem też nie był!

Rozdz. XXI. Wielkie Państwo

Więc Koenig, przynajmniej dla mnie i dla tradycyjnie polskich Hankiewiczów – dżentelmenem nie był. – A kto nim jest ? Ten, kto miejsce jak ja sam sobie wykuwa ? Wpierw krytyczne. Zdobywszy (z pomocą Andrzeja Urbańskiego) pozycję szefa działu kultury w kierowanym przez Jarosława Kaczyńskiego „Tygodniku Solidarność” próbowałem po raz drugi przebić się do krytyki teatralnej.

Po raz drugi, gdyż pierwszy mój debiut był właśnie recenzencki. Debiutowałem w dniu, o którym mało kto wówczas pamiętał, że był rocznicą odzyskania Niepodległości i przedwojennym Świętem Narodowym. 11 listopada 1976 roku ogłosiłem w „Literaturze”  recenzję z „Leonce i Leny” Buchnera w reżyserii Krzysia Zaleskiego. I od tego czasu, poznany na jakiejś sesji teatrologicznej w Katowicach Jan Kłossowicz pozwalał mi czasem coś o teatrze napisać. Do czasu jednak. Do czasu, gdy stwierdziłem, wympsknęło mi się, po wizycie w Teatrze Solskiego w 1978 roku, że tarnowscy aktorzy „gardzą publicznością”. Sporo w tym było prawdy ale zero dyplomacji. A tego też nie wiedziałem, że krytyka teatralna nie polega jedynie  na ocenie lecz w znacznym stopniu też na dyplomcji. A to dlatego (dopiero dziś to pojąłem), że krytyk literacki ocenia autora, jedną osobę i podjętą już decyzję finansową wydawcy. W skrajnej sytuacji krytyk literacki może więc uśmiercić byt artystyczny jednego człowieka. Krytyk teatralny – szczególnie w państwie stotalizowanej polityki kulturalnej jaką była PRL -  może przesądzić o sukcesie lub klęsce całego przedsięwzięcia, w które zaangażowanych jest wiele osób, ich losy, kariery. Ocenia decyzje budżetowe na wiele milionów złotych. Krytyka teatralna jest oceną instytucji, z natury nie może być więc od instytucjonalnych uzależnień wolna.

Ja zawsze byłem wolny i … nietaktowny.

Może mu czasem wyjdzie nietakt

Lecz trudnym każdy jest poeta

A bez poety byłby marazm

A jest dziewczyna i gitara

A bez poety beznadzieja…

I tak by było bez Andrzeja …

Tymi słowami podsumuje mnie po latach Marek Majewski – i pewnie, coś w tym jest. Zawsze mniej intersowali mnie ludzie niż sprawy i skądś mam to bezsensowne pragnienie mówienia ludziom w oczy, co o nich myślę.

Czego o Janie Kłossowiczu powiedzieć się nie da. Jan Kłossowicz sportretowany został najlepiej w „Aktorach Prowincjonalnych” Agnieszki Holand.  Krytyk, żądający by kierowcę w środku nocy obudzić czuł władzę instytucji, którą reprezentował. Kłosowicz najdłużej od lat 70-tych do 90-tych zeszłego stulecia nieprzerwanie  pracował w „Literaturze” – piśmie powołanym po dojściu do władzy Gierka w miejsce „Współczesności”.

Tytularnym szefem i nadzorcą był I sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej Związku Literatów Polskich – Jerzy Putrament. Mimo to stworzenie tygodnika odebrano jednak dość pozytywnie, w znaczej mierze w skutek powierzenia Gustawowi Gottesmanowi stanowiska zastępcy naczelnego redaktora. Miało to  być próbą zasypania podziału stworzonego w środowisku literackim w 1963 roku gdy likwidacja kierowanego przez tegoż Gottesmana „Przeglądu Kulturalnego” i „Nowej Kultury” spowodowała długo trwający w części środowiska literackiego bojkot  „Kultury” redagowanej przez  Janusza Wilhelmiego.

Mówiąć krótko w drugiej połowie lat 70 tych „Literatura” Gottesmana była koszerna. Debiutować w niej ( w odróżnieniu od „Kultury” w której nb. pisywał o filmie Janusz Kijowski) wypadało. No więc debiutowałem u Kłossowicza, który w mej osobsitej biografii źle się nie zapisał.  Zauważył mnie najpierw na sesji teatrologicznej. Komplementem obdarzył, stwierdziwszy, że coś wymyśliłem twórczego pisząc o napięciach teatralnych. Dał wreszcie szansę debiutu w „Literaturze”.  Nawet ostrzegał czyli uczył . Przypominam sobie jak  podsumował próbę debiutu Magdy Raszewskiej ( pod nazwiskiem Łazarkiewicz też o żywym teatrze pisać próbowała). Szepnął mi wtedy do ucha: no cóż napisała nieostrożne zdanie będę ją musiał odstawić. Wstrząsnął mnie jego cynizm ale nic nie zrozumiałem. To i mnie z przegonił. Za brak taktu. No cóż – mea culpa. Spotkałem Pana Janka już po upadku „Literatury” w latach 90 tych jako rektora Wyższej Szkoły Dziennikarstwa. Studentki jak wieść niosła gminna wystawiać mu miały  najlepsze refererencje. Powiadają, że od czasów Volmonta najlepszy to sposób na awans.

Bo awans to nie to samo, co kariera. Karierę pewnie jakąś tam zrobiłem, gdyż karierę można zrobić samemu. Awansować musi cię ktoś.

Zatem – odwołany z krytycznej funkcji teatralnego krytyka przez Kłossowicza w roku 78 przywróciłem się na to stanowisko samowolnie po 15 latach na łamach „Tygodnika Solidarność”, a potem dziennika „Nowy Świat”. Gdy kierowałem działami kultury tych pism recenzje teatralne podpisywałem anonimowo jako KAT ( Kijowski Andrzej Tadeusz). 

Podobnie, dostawszy się do telewizji Chojeckiego wykorzystałem moment zagapienia, by włamać się na wizję i udowodnić, że chcę i potrafię prowadzić żywe programy. Realizować transmisje telewizyjne,  nawet ścigać się z mym mistrzem i promotorem Stefanem Treuguttem ( że o Koenigu nie wspomnę) starając się pokazać, iż potrafię stanąwszy przed staromiejskim Lapidarium, poprzedzić teatr w telewizji lapidarnym wstępem. Wygłaszałem je przez dwa sezony przed transmisjami Konkursu Teatrów Ogródkowych realizowanymi dla całej Polski przez  „Polonię 1”.

Wreszczie korzystając z funkcji radnego samozwańczo ochrzciłem się dyrektorem teatralnego festiwalu.

Po trzykroć jestem samozwańcem!

Z tym wszystkim przed szóstym konkursem w roku 1997 naprawdę wiele wydawało się możliwe. „Gazeta Wyborcza” dawała patronat. Na rozmowy zapraszała i TVP Polonia i TVP 2 i Polsat, który wydawał swoja poranną audycję. Pojawił się nawet sponsor. Kandydujący na radnego Witek Romanowski z Dembudu. Obiecał 15 000 PLN, dał jak mnie pamięć nie myli 7 cz 8, a jeszcze prosili potem o rachunki, generowanie kosztów … cuda niewidy.

Przed szóstym konkursem zadzwonił też Włodek Bolecki i polecił mi do współpracy Marynę Bersz-Szturo, która właśnie przestawała pracować w Impresariacie Teatru Małego. O ! – Marynia to była Pani Wielka – po prostu Wielki Świat. I trzeba przyznać, że konkurs z jej pomocą stanął na innym poziomie.

Marynka namówiła do przyjazdu Krzysztofa Raua z teatrem ¾ z Zusna. Ściągnęła Teatr K-2 z Wrocławia  z Jolantą Fraszyńską, zadbała też o poziom wydruków i wydawnictw: skromnie ale estetycznie robionych przez panią Anię Jedlińską i Janusza Wójcika z firmy Cezan.

Szósty konkurs miał niezwykle bogatą oprawę medialną. Jakoś przeprosiłem się z WOTem. Co nie było dla mnie łatwe. Pamiętajmy, że ciagle jeszcze spadałem z bardzo wysokiego konia: najpierw Polonii 1 z oglądalnością lepszą od TVP2, potem zaś własnych produkcji dla KBNu jeszcze w ’96 roku, czyli w trakcie V KTO realizowanych. Miałem więc prawo sądzić, że teatr ogródkowy powinien stać się moim produktem. Ale na to nikt nie chciał mi pozwolić.

Nie było wyjścia. W ’97 przed VI KTO dogadałem się z panem Andrzejem Piotrowskim ( z-cą szefa WOTu) i gdy przestałem pleść o produkcjach czy współprodkcjach, słowem gdy zgodziłem się oddać imprezę za darmo – relacji z VI KTO wykonywanych przez debiutującą jeszcze w NTW Sylwię Borowską doczekałem się sporo.

Aż przyszedł ten dzień. Pod sam koniec VI ogródka, we wrześniu znów były wybory i ktoś z powstającego AWSu upatrzył sobie dziedziniec Starej Dziekanki na rodzaj konwencji wyborczej. Jako półgospodarz zostałem tam zaproszony i przysiadłem się do Piotra Wejcherta, koło którego siedziała elegancka dama: Małgorzata Bocheńska ! 

Mój Boże – sama Bocheńska ! Czegom się ja o niej przez lata nie nasłuchał. W czasach, gdy jeszcze na przełomie 90 i 91 roku po wygraniu wyborów samorządowych ściągnął mnie Andrzej Urbański do Tygodnika Solidarność przejętego przez Jarosława Kaczyńskiego – nazwisko Bocheńskiej padało na każdym kolegium, głównie z ust ówczesnego bywalca Salonu 101 – Józka Orła: posła I kadencji, socjologa i dziennikarza, teoretyka, rezonera.

Sama Bocheńska najbardziej jest pewnie … no właśnie kim ? Wtedy jej nazwisko brzmiało tak dobrze jak Beaty Chmiel czy Hanny Bakuły pań,  które ustawiają środowiska. Miała jak nakazuje obyczaj kilku mężów i pewną ilość mężczyzn, no i oczywiście … dwór. Z tego co dziś wiem o Małgosi pierwszym jej mężem był niejaki Cichocki – malarz, świetny kopista, ojciec Majki. Z arystokratycznym Bocheńskim arabistą i namiętnym graczem spędziła znaczną część Stanu Wojennego gdzieś w Magrebie dając światu dwie piękne córki: Amirę i Matinę oraz syna Michała.

Trzecim jej mężem z początkiem 15 lecia międzysojuszniczego stał się Jan Parys. Nie, nie ten od pięknej Heleny lecz ten, co (trzeba mu to przyznać) jako minister obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego wraz z Lechem Wałęsą sprawił, iż Polacy wykonali wielki krok w stronę niepodległości. Wtedy to połączono nasze struktury wojskowe  z NATOwskimi tak dalece, że ich następcy w ’99 roku nie mieli wyboru i musieli przystać do Paktu Północno Atlantyckiego. Dziś wydaje się to oczywiste. Ja przecież nie zapomniałem jak jeszcze w 1995 roku poseł Aleksander Kwaśniewski pytany przeze mnie o chęć przystąpienia do NATO wypowiadał się pozytywnie, zaprzeczając wbrew faktom, że (co sprawdziłem) poprzedniego dnia udzielając wywiadu na rządzonych podówczas przez komunistów Węgrzech był w tej kwestii o wiele bardziej wstrzemięźliwy. Do czego wszakże w Polsce już się nie przyznawał.

Jeżeli Marynka Szturo kształcąca dzieci w lauderowskim przedszkolu to był „wielki świat”, kim zatem mogła zdawać się Bocheńska, w której domu na ulicy Saskiej zwanym Salonem 101 wykuwały się zręby niepodległości…?.

Rozdz. XXII. Figura Mityczna

Przecież, kiedy przez pięć lat słyszało się o Bocheńskiej szedł za nią hyr majątku i możliwości. Układu i kontrwywiadu. A pojawiający się wokół Małgosi Mężczyźni świadczyli o niej lepiej niż o sobie.

Zobaczyłem maleńką osobę, o małych, drobnych rękach i filigranowych stopach mojej matki. Matki, która dla większości mężczyzn jest ponoć figurą kochanki, dla mnie zaś (z powodu wyjątkowej atrofii jakichkolwiek uczuć wyższego rzędu u speniającej rolę żandarma mego dzieciństwa Kazimiery) – matka była właśnie i jest – kochanki zaprzeczeniem.

Moje osobiste uczuciowe nieszczęście wynika pewnie z tej dychotomii odrzucenia tego, co znajome i zagubienia się w obcości. Wybierane przeze mnie czy raczej te, które pokochałem za to, że zwróciły na mnie uwagę kobiety nic nie rozumiały z hierarchii wartości patriotycznych, a nade wszystko estetycznych i kulturowych,  w których przez Ojca zostałem wychowany. O jednej z mych żon dobrze pisał wszak Senior: „zachowała się […] brutalnie, niedelikatnie, i w myśl jakiejś zasady życiowej, która mi jest tak obca i wstrętna, jak np. zamiłowanie do słodkiej wódki.”

W Bocheńskiej ( choć woli rum od wina) już po kilku minutach rozmowy odnalazłem znajomy system wartości i przywar. Rozmowy nakierowanej na absolut choć traktujacej o konkrecie.

Rozpoznałem kobietę bezgranicznie dobrą, a wykorzystaną i spostponowaną przez osadzonych we wszystkich tajnych słuzbach pozornych sprzymierzeńców prawicy
center""

Dostrzegłem naiwną kandydatkę na posła z ramienia PSLu zatrudnioną w komuszym PolSacie przez skorumopowanych członków Krajowej Rady, którzy Solorzowi od pięciu paszportów, miast mojemu Grauzo ( od Berlusconiego…)  koncesję dali.

Zobaczyłem stracone zachody i płonne nadzieje. Jakąś prawdę o sobie. O sobie mitycznym.

O sobie mitycznym…
50""""""
Tym który od dwudziestu lat, od pierwszego spotkania Magdaleny z Kagankiem de La Toura jeszcze w wielkiej Galerii Louvru dzień po dniu rozumie, że każda godzina daltonisty zakutego w okowy polskiego języka, jest pokutą jaką ponoszę nie za współczesność lecz za to co zdarzyło się w poprzednim wcieleniu: gdy nazywałem się Stefan i byłem synem malarza.

50""""""

O sobie mitycznym, który kończyłem malowane przez Ojca obrazy Matki tracącej mych braci, zaspokajając ją jak Ojciec, a potem, po ich śmierci ukrywałem płótna niszcząc pamięć o Ojcu jako o konkurencie i malarzu.

Ten mit poprzedniego wcielenia – w mojej faktycznej roli potomka dysydenckiego pisarza i figurze mitycznej – sprzeniewierczego syna barokowego malarza skazanego na rolę antreprenera w dwudziestym wieku oraz mit Małgorzaty z rodu wielkiego Wacława Gąsiorowskiego, która jest siostrą komunisty, a była też żoną kopisty – zaciążył nad trwającym dziesięć lat związkiem Fundacji, stanowisk, zadań.

Kończył się bowiem czas improwizacji, a nawet prywatnych firm. Nadchodził czas Fundacji.

XXII

Rozdz. XXIII. Czas Fundacji

Małgorzata zakładała właśnie Fundację Salonu 101. Także  czułem, że jako osoba fizyczna dłużej nie uciągnę imprezy. W wydaniu Bocheńskiej współtwórczyni słynnego Studia Irzykowskiego w TVP w latach siedemdziesiątych, zaangażowanej w ruch Solidarności RI w czasie karnawału roku 81, w stanie wojennym tworzącej z Grupą Filmową „Index” reportaże filmowe, nareszcie próbującej wzruszać, w krótkim w okresie prezesury Romaszewskiego, zmurszałe struktury publicznej TV - jej związki z PSLem czy trwalsze z PolSatem znaczyły, znaczą mało.

Choć oczywiście w kontaktach naszych nigdy nie zapomniałem, że jako pracowniczka TVP w latach 70′tych – należała do grona tych ludzi, którzy za komuny i potem mogli przynajmniej skorzystać z szansy by się uczyć. Synowi autora rezolucji marcowej z 1968 roku przeciw cenzurze, nawet dostęp do kulturowych środków produkcji ( tj. ludzi i maszyn) był wzbroniony.

Małgosia zaś będąc eteryczną damą, jednocześnie w wielu momentach twardo chodzi po ziemi. Lecz ten twardy chód ( inaczej niż u innych bliskich mi kobiet) nie kończył się na generowaniu układu czy nie płaceniu rachunku. Małgorzata Bocheńska nie jest kobietą ani intrygantaką, ani pozerką – jest instytucją. I można jej zarzucić wszystko. Tak jak hierarchom katolickiego kościoła można wypomnieć liczne grzechy prócz jednego – prócz braku miłości, nadziei i wiary. Tak i Małgorzat Bocheńskich jest Troje.Trzy figury: Safony opuszczającej mężczyzn w lesbijskiej samotni, rozwiązłej i inteligentenej Pani de Merteuil i litościwej Soni.Trzy Figury kobiet oszukanych, wyrwanych przyrodzonej im zmysłowości.

A każda skierowana jest do mężczyzny, który nie wywiązuje się ze swojego podstawowego wobec kobiety zadania. Nie zespala jej z naturą. Tego mężczyznę można poniżyć jak salonowa dama z Laclosa, można go opuścić  dla Afrodyte, można się nad nim litować jak bohaterka Dostojewskiego.

A swoją drogą Bocheńska to też figura. Kobieta zagłębiona w ezoterycznych i logicznych dywagacjach Platoników. Publicystka i salonowa dama, która kulturze polskiej przybliżyła i dała się poprowadzić duchowo dominikaninowi Ojcu Józefowi Marii Bocheńskiemu, temu co tradycyjnemu podziałowi nauk na dedukcyjne i indukcyjne przeciwstawił metody myślenia dedukcyjnego i redukcyjnego.

Bocheńska, salonowa dama – mówi po to by do niej mówiono, maluje by ją odmalowywać, jest opisywana z woli zatrzymania chwili.  Pragnąc, jak  gdzieś napisała: „dać się opanować strachowi, malować się, stroić, pogardzać po cichutku i być taka uległa, dla dobra rodziny, dzieci, dla wygody, dla godnej starości…”

Te Trzy Figury Małgorzaty towarzyszyć mi będą przez dekadę (1997-2006) w różnych wcieleniach Ogródka. Podczas pierwszej bardzo eleganckiej kolacji w Fukierze u Gesslerowej była chyba pozytywnie zaskoczona jakością spotkania w towarzystwie sernika, który z Wiednia poprzez Galicję przedarł się do Warszawy i jej nagle brutalnie konkretne pytanie: to czego chcesz ? Właściwie nie wiedziałem. Najbardziej pewnie potrzebowałem partnera. Kogoś z kim można by się sprzymierzyć i kogoś, dla kogo mój sukces czy realizacja mojej sprawy byłby także autopromocją własną.

Snuliśmy jakieś plany na huczny,  połączony z paradą finał VI Ogródka. Plany, które jednocześnie promować by miały Małgorzatę jako warszawską posłankę PSLu. Wtedy po raz pierwszy pojawiłem się na Saskiej pomagając przygotować się Małgorzacie do jakiegoś promocyjnego wywiadu. I jeden z tych wywiadów zapamiętałem na życie, gdy opowiadała jak w Maroku przegrana w karty czy kości przez męża ucieka z trójką dzieci przez pustynię – do Polski.  Do kraju Stanu Wojennego i przydziałowego mieszkania na Saskiej - kwaterunkowego posagu, z którego uczyniła Salon.
Z finałowych planów nic nie wyszło. Finał był już przeze mnie dobrze zaplanowany. Nasza współpraca rozwinąć się miała za rok.

Rozdz. XXIV Genius Loci

Gdzieś na początku 98 roku dowiedziałem się, że Dziekanka idzie do remontu.

500""
Tym samym układ w jaki zostałem wprowadzony przez urzędników i ajentów traktujących mnie jak tę pianę od piwa uległ rozbiciu. Nie miałem już sojuszników poza prasą i ciągle jeszcze bardzo nielicznymi Wiernymi Widzami, którzy czasem potrafili dzwonić do mnie zimą z pytaniem o lato.

Rok 1997 dobiegł końca. Bocheńska oczywiście wybory parlamentarne przegrała. W samorządzie miejskim zawiązał się sojusz Unii Wolności z SLD reprezentowany w Dzielnicy Śródmieście przez Marka Rasińskiego, Teresę Stankową i kontrasygnowany przez radnego SLD: Przemysława Zająca. Ten asystent, któregoś z postkomunistycznych posłów, zastąpiwszy mnie w 1994 roku na stanowisku Przewodniczącego Komisji Kultury Dzielnicy Warszawa Śródmieście trwa na posterunku czwartą już ( a w Waszawie, po epizodzie Zarządu Komisarycznego i wyborów 2000 roku)  nawet piątą kadencję.

Jan Paweł Gawlik

Jan Paweł Gawlik

Zatem Dziekanka do Remontu. Wspomniałem Jana Pawła Gawlika twórcę renomy Starego Teatru. Około 1970 roku, gdy byłem uń z Ojcem po premierze „Dziadów” Mickiewicza w inscenizacji Swinarskiego Jean Paul był przerażony, gdyż: Teatrowi – jak nam wyznał -  groził remont.

I skąd ta prawidłowość znana ? Im większy sukces odnosi kształtująca się wokół instytucji wspólnota, tym większy niepokój powstaje wśród urzędników pragnących za wszelką cenę rozpędzić zgromadzenie. Pamiętam jak Jan Paweł mówił Ojcu, że właściwie jako dyrektor ma tylko to jedno zadanie – chronić genius loci przy placu Szczepańskim. Nie dopuścić do zamknięcia budy. Teatr raz zyskawszy dobrą opinię tworzy się właściwie sam. Byle go tylko nie „naprawiać”.


Oczywiście to “sam” – w PRLu co innego znaczyło. W istocie nie dotyczyło braku pieniędzy. W ramach powszechnie akceptowanej biedy swoistych problemów finnasowych sztuka nie miała. Nie było  zagrożenia instytucji. Panowało poczucie bezpieczeństwo warunkowane jedynie – konformizmem wobec ustroju. I ten konformizm lub jego brak czy też granice kompromisu leżały u podstaw w sumie artystycznie płodnego dylematu. Problemu prawdy, swobody artystycznej wypowiedzi, słowem –  walki z cenzurą.stary_teatr15

Wspólny za to PRL-owskim i współczesnym czasom był problem wieczysty i nie tylko pewnie polski. Problem, który znał Wyspiański, któremu radni odmówili dyrekcji Teatru Słowackiego, z którym borykał się J.P. Gawlik, doświadcznie które nie ominie żadnego teatralnego antreprenera – zmora miejskiego urzędnika.

Rozdz. XXV. Pisarz Gminny

Pamietam ich. Znam. I chciałbym szanować. Jako krakauer i potomek wielu chyba pokoleń galicyjskch zarękawków akceptuję urzędnika w sposób naturalny. Z drugiej jednak strony jako syn uciekiniera z banku traktuję urząd lekko.

Przez pięćdziesiąt lat od 1939 do 1989 roku niszczono w Polsce klasę urzędniczą. W 89 roku przyszedłem do samorządu aby ją odrodzić. Chcieliśmy by radni byli intelektualistami, urzędnicy inteligentami. I to się w jakiejś mierze udawało. Szczególnie w pierwszej kadencji. Kadencji architeków, urbanistów, lekarzy, nawet pisarzy.

Potem, co naturalne, następowała specjalizacja. Tworzyły się grupy nacisku. Struktury pośrednie. Radnym I Kadencji zostałem z Ramienia Komitetu Obywatelskiego Starego Miasta. Tworzyli go wtedy Jacek Kiliński, złotnik Zdanowicz, moj kolega ze szkoly teatralnej Jerzy Jackl ( twórca nazwy Porozumienia Centrum – pierwszej partii braci Kaczyńskich). Państwo Bojanowiczowie. Na  kilka posiedzeń wpadali nawet Magda Umer z Przyborą, który w telewizji lansował właśnie swoje  „Dobranoc Ojczyzno”. To musiało trwać krótko. Mnie delegowali warszawscy Starówkowicze. A moim mottem był ten tekst.

Pisarz gminny

Pytają mnie dlaczego zająłemsię polityką. I pytają mnie o to jako twórcę, jako człowieka związanego z kulturą. To mi pieści uszy. No bo oczywiście – moje ambicje są czy też były głównie artystyczne. Artystą nie zostałem. Jestem może pisarzem, może krytykiem, na pewno nauczycielem akademickim. Ale przecież nie jestem artystą. Bycie artystą jest znakiem jakiegoś braku. Wyrównaniem jakiejś niemożności, jest kompensacją. Bo w ogóle sztuka jest kompensacją. Jest wyrównaniem braku. Braku osobistego albo braku narodowego. Właśnie – braku narodowego. I stąd rola jaką sztuka w Polsce pełniła. Była dla nas zastępnikiem. Zastępnikiem wszystkiego: ekonomii, polityki, wojny. Przez dwieście lat, a może dłużej. Na pewno od czasów Oświecenia, a może już w czasach saskich jedynie kariera artystyczna była godną szacunku. Jedynie ona nie była podejrzana. Jedynie takie ambicje mógł Polak w Polsce realizować. I cieszył się prestiżem. – Jakim prestiżem cieszył się Balzac we Francji ? –  No, sporym ale przecież po cesarzu, po ministrze, po finansiście, pewnie i  po merze. Może gdzieś na poziomie miejskiego rajcy. A Lelewel, a Prus, a Sienkiewicz któremu dom w Oblęgorku  podarowano.  A Orzeszkowa, a Wyspiański, a Przybyszewski ? Ci średni europejscy artyści cieszyli się w Polsce większą estymą niż uwikłani w konflikty z zaborcami galicyjscy rajcy, pruscy, poznańscy ministrowie, z Królestwa pochodzący generałowie.I właściwie podobnie było po drugiej wojnie światowej. Mój osobisty los tak zdarzył, że nie przyniosłem ze sobą żadnego osobistego nieszczęścia. A chciałem być artystą. No bo było przecież oczywiste, nawet w tych złotych gierkowskich latach było oczywiste, że młody chłopiec z dobrego domu nie może babrać się w życiu. Może skończyć uczelnie artystyczną, jakąś polonistykę, ale przecież nie prawo. A kto wie, może moje talenty i ambicje do tego mnie predestynowały. Więc pochłonął mnie teatr, a raczej to, co w teatrze najmniej artystyczne. Czytałem i pisałem o teatrze życia. Zachłystywałem się teatrem życia codziennego. Studiowałem socjotechnikę, żywoty świętych i retorów. Retorykę i poetykę uczyniłem swoją sztuką. Ale sztuką nie w znaczeniu twórczości artystycznej lecz w znaczeniu umiejętności. Tej umiejętności, której udzielano niegdyś szlacheckim synom, którzy mieli zająć się polityką, w ostatnich klasach jezuickich albo pijarskich kolegiów. I dziś ja tej samej wiedzy studentom udzielam. Udzielam jej aktorom i reżyserom i młodym teatrologom. Udzielam jej w popijarskim budynku Collegium Nobilium, gdzie przychodzę z terenu dawnego konwiktu Teatynów, gdzie kształcił się Stanisław August, a potem była Komisja Edukacji Narodowej, a gdzie teraz jest budynek, w którym mieszkam. I gdy tak idę ulicą Długą czuję jak czają się duchy. Duchy Kołłątaja i Dekerta, Bohomolca i Stanisława Augusta, Konarskiego i Staszica. I czuję. Czuję jakby się coś odkręciło. Jakby te dwieście lat niewoli – w szponach artyzmu, który był jedyną wolnością: jakby to się skończyło. I oto znów nadchodzi okres, w którym wchodząc w wiek męski można działać swoją siłą, a nie swoją słabością. Swoją mocą stwórczą, a nie kompensacyjną.No tak, ale brak mi wiele. Nie studiowałem prawa, ani nie terminowałem w organizacjach młodzieżowych, jeśli nie liczyć harcerstwa. Nie mam też nawyku rządzenia. Ani doświadczeń organizacyjnych. Co więc mam ? – Mój styl, moją retorykę, znajomość historii, no i jak sądzę – umiejętność odróżniania złego i dobrego. Z tym przychodzę: uczyć się i budować – naprawdę, a nie na niby. Nazywać i argumentować i – formułować. Jeśli w pisarskim domu wychowano mnie na człowieka pióra – to dzisiaj zgłaszam się : na pisarza – do gminy. -Gromko na koniec zawołałem.

Rozdz. XXVI. Wybrańcy

To był zarazem pierwszy felieton radiowy z jakim zaprosiła Mnie Iwona Smolka do II pr. PR.Skoncentrowałem się i od tamtej chwili datowała się nasza współpraca, która trwała prawie dwa lata. Jakoś zamarła, gdym biegał z piracką przepaską Grauso na medialnym oku lecz odrodziła się, gdy kierowałem Domem na Smolnej, w którym Iwona ( do dziś) prowadzi Biesiady Literackie.
Do radia został także wtedy zaproszony Piotrek Bratkowski jako przedstawiciel Środowisk Twórczych. W efekcie został nawet radnym Sejmiku zaszczycając obecnością bodaj jedną sesję…
Piotr jest synem reżysera teatralnego, o którym, gdy mój ojciec wraz z Andrzejem Szczepkowskim opuszczali w 1968 roku Teatr Dramatyczny śpiewaliśmy na melodię „Samosierry”:
Skoczył wnet Szczepkowski, zabił kirasjera,
ale Jan Bratkowski zniósł z siodła frajera.
Bo właśnie Bratkowski ojciec (całe życie związany głównie z Teatrem Telewizji, wykładający też na łódzkiej filmówce) –  został wówczas nowym szefem  teatru.
Andrzej Szczepkowski podał się do dymisji po tym jak polecono mu zwolnić mego Ojca z posady kierownika literackiego. Zrezygnował zarówno z funkcji dyrektora Teatru Dramatycznego jak i przewodniczącego Związku Zawodowego Aktorów przy CRZZ.
Zwolnienie mego Ojca było karą za marcową rezolucję pisarzy, pióra Seniora.  Szczepkowski zdecydował się wykonać osobiście polecenie partyjne chciał bowiem zapewnić moralny komfort swemu zastępcy i przyjacielowi – Mieczysławowi Marszyckiemu.  Świetnemu organizatorowi, który ubezpieczony w ten sposób przetrwał w Dramatycznym dwadzieścia lat.
Mieczysław Marszycki? – Urodzony we Lwowie w 1923 roku, zmarł w roku 2006. – Też dylemat. Organizator, kunktator. Stworzył Warszawskie Spotkania Teatrealne lat 70-tych. Potem w Stanie Wojennym w szczycie aktorskiego bojkotu nie zawahał się ( wraz ze wspominanym J.P.Gawlikiem) – przyjąć posady dyrektora tzw. Teatru Rzeczpospolitej. Miał to być rodzaj sceny kolaboracyjnej. Marszycki jednak idealnie rozmydlił instytucję skłaniając partyjnych ideologów do wydania jakichś orgiastycznych pieniędzy na zaprosznie w 1983 roku spektakli w ramach z Festiwalu Teatr Narodów. Sprowadzając do Stodoły Tadeusza Kantora z „Umarłą Klasą”. I tyle, zanim się zorientowano, stan wojenny minął, bojkot też słowem – świeczka zgasła.
Kim zatem był Marszycki ? Mało wiadomo. Ogłaszam research. Na czym polegała jego potęga? Jakie miał zaplecze – jakie lobby za nim stało ? I czy to jego znajdujemy w składzie polskiego dywizjonu 315 w czasie II Wojny Światowej ? Rocznikowo by pasowało ? – Podobny ?
Wracając do radnych, nominatów, Bratkowskich… Wszystko wskazywałoby na  to, że nie należymy z Piotrem do tego samego środowiska.
Nie wiem nawet czy pochodzę z tego samego świata, co dużo przyjaźniej zawsze ku mnie nastawony przedwcześnie zmarły Paweł Konic
To też syn reżysera znanego głównie ze „Stawki Większej Niż Życie”, którą Andrzej Konic realizował na przemian z Jakubem Morgensternem. Paweł miał jakieś niezwykłe środowiskowe oparcie. Przemiły człowiek, acz chłodny. Jak sam wyznał w jakiejś ze mna szczerszej rozmowie nie miał zwyczaju „zaglądać innym w lewą komorę”. Paweł pelnił cały szereg funkcji teatralnych: był redaktorem „Teatru”, potem „Dialogu”, kierownikiem literackim „Teatru Dramatycznego” w okresie dyrekcji Macieja Prusa. Wtedy zaprosiłem go do jury konkursu, nie wycofując ku jego zdziwieniu zaproszenia nawet wtedy, gdy na czas jakś straci wszelkie formalne tytuły. Będzie jeszcze Pawełek współpracował z tymże Marszyckim kierując z nim wspólnie przerobionym na scenę impresaryjna „Teatrem Małym”. Wreszcie umrze nieoczekiwanie i młodo – na raka mózgu jako Redaktor Naczelny Teatru Telewizji, które to stanowisko objął  po Jacku Wekslerze.

Przyglądam się dziś z perspektywy 55 lat przeżytych, 33 poświęconych pisaniu i 15 sezonów oddanych Ogródkowej rozsadzie, patrzę na moje teksty i produkcje tworzone w tych krótkich momentach, gdy dopuszczano mnie do kulturowych środków produkcji i pytam: dlaczego mili skądinąd ludzie mogą być ponad potoczne oceny jak Marszycki, któremu nikt nie miał za złe kolaboracji. Ponad powinność ( jak Piotr Bratkowski, który zmarnował środowiskowy mandat radnego, dopuszczając do karygodnej działalności samozwańczego „artysty samorządowego” Jerzego Zassa). Ponad twórczość jak przemiły Paweł, jeden z grona, jak mi o sobie kiedyś bodaj Roman Zimand powiedział: autorów książek nienapisanych.
Pytam czemu nie są samozwańcami ?  Kto daje im prawo ustawiania i bycia postawionymi ? Stanowiska w licznych redakcjach, w których pracował Bratkowski, w najpoważniejszych instytucjach kultury, którymi zawiadywał Paweł ?

Rozdz. XXVII. Dzieci Rabina

Ten reakcyjny wywód, w którym zabraknie tylko jednego przymiotnika podjąć można tylko z pozycji przyjaźni. Wychowałem się przecież w Gminie. Najbliźsi przyjaciele moich rodziców to Jula Hartwig i Artur Międzyrzecki, Kazimierz Brandys i Joanna Guze. No oczywiście także Zbyszek Herbert czy Jarek Rymkiewicz ale te kontakty już bardziej doraźne, rzekłbym efemeryczne.

Kiedy więc poprzez polonistykę wkraczałem w świat kultury już na pierwszym spotkaniu Koła Polonistów rozróżniłem znajome typy: Szefowa Sekcji Teatrologicznej Jula Zakrzewska  (dziś Pitera) to oczywiście: Joanna Guze, niegdyś markietanka I Armii LWP, która z Rosji umykała na czołgach Berlinga,.

Ryś Holzer to naturalnie Arturek Międzyrzecki.  Był też Piotr Bratkowski, Jurek Kapuściński ( wielu było – był i Michał Boni i Marek Karpiński o Oli Jakubowskiej nie zapominjąc) – o Andrzeju Urbańskim: osobno,  no i wspominany często Paweł Konic. A później nieco,  już w Paryżu u Brandysów w 84 roku poznana Agata Tuszyńska to oczywiście Hartwig – czyli Jula.

Kazimierz i Maria Brandysowie, Olga Scherer, Agata Tuszyńska ( fot.© A.T.Kijowski)

Wy czy mnie wspominacie… Ja ilekroć marzę

O mych przyjaciół śmierciach, wygnaniach, więzieniach…

Toutes proportiones gardees: Jakubowska i Zaleski siedzą (czy siedzieli) za demokracji , Urbański siedział za komuny , Chojecki, Wildstein byli na wygnaniu. Zaczynamy umierac: Paweł Konic nie żyje.

Do każdego z nich się uśmiechałem. Każdemu ofiarowywałem przyjaźń. Nie było we mnie dumy  ani nawet nadmiernego poczucia własnej wartości. Jednak ich uśmiechy były jakieś … rzadkie.

Ktoś ostatnio powiedział, że do dziś płacę cenę za Ojca wystąpienie marcowe. Pamiętam ten dzień. Rodziców w domu nie było. Radio lampowe właśnie wymieniono na czarny, eNRDowski tranzystor.

Tata był w Oborach. Trochę żeby pracować, a trochę chyba by zejść z oczu po pobiciu mieszkającego nieopodal na Szucha Stefana Kisielewskiego. Mama poszła na telewizję do Zelników .

Rodzice Jurka – Faraona: Jan z Haliną mieszkali na tym samym piętrze. Jan był reżyserem radiowym, Halina pracowała w readakcji Marksizmu i Leninizmu wydawnictwa „Książka i Wiedza”. Miesiąc potem w ramach czystki antysemickiej straciła pracę. Jan (podbnie jak Joanna Guze) przybył tu z I Armią.  Z partii wystąpił dopiero w 81 roku. W czasie solidarnościowego karnawału. Dopiero wtedy pan Janek

Jan Zelnik

przyznał się, że był taki czas, gdy  w koszarach nad Oką spał na jednej trzypiętrowej pryczy z Wojciechem Jaruzelskim i Florianem Siwickim.

Z partii nie wystąpili, do Izraela (przez Wiedeń …) nie wyjechali – zostali tu klepać Polską biedę, bo przecież czuli się bardziej niż niejeden małorolny Polakami.

Więc Mama u Zelników, a ja do radia, w którym usłyszałem dochodzący z Latawca głos Władysława Gomułki. Boże jaki jak byłem dumny gdy usłyszałem te słowa o wstecznych i wrogich Polsce siłach by wreszcie usłyszeć: “przemówienie zakończył Kisielewski oświadczeniem, że opowiada się za rezolucją kolegi Kijowskiego,  która stawia sprawę całościowiowa na tle tej skandalicznej (cytuję)  dyktatury ciemniaków w polskim życiu kulturalnym”.

Nazwisko Ojca wymienione między Międzyrzeckim, Jasienicą, o którym nieomieszkał Gomułka dodać, że nazywa się naprawdę Beynar  oraz Stefanem Kisielewskim.

Poczucie dowartościowania. Koledzy cenią Ojca, nareszcie będzie znany. To więcej niż jego nazwisko na plakacie Teatru Dramatycznego, gdzie je raz czy drugi miałem okazję zobaczyć odkąd przyjął Senior  tytuł Kierownika Literackiego w tym teatrze. ( Nigdy w żadnym gabinecie teatralnym mego Ojca nie byłem, ani w Dramatycznym, gdzie szefował literacko bodaj półtora roku ani w Teatrze Słowackiego, którego dyrektorem będzie niespełna pół sezonu).

Strasznie życzyłem Ojcu (pośrednio sobie ?) sławy. Wszystko jedno co mówią – mawiała babcia z Krakowa – byle głośno i z nazwiskiem. Zatem – cienia strachu. Następnego dnia do szkoły (to była siódma klasa) wkraczałem godnie z wyrazem lekkiego męczeństwa na twarzy. “Grażynę” oczywiście znałem doskonale. Lecz na lekcji polskiego, która była moją ( nb. jedyną!) mocną domeną – postanowiłem sprawdzić siłę pozyskanego immunitetu. Zgłosiłem nieprzeczytanie  lektury Mickiewicza. Nieco zszokowało to panią Płoskoń. Lecz ja odpowiedziałem zgodnie z prawdą – “wczoraj jakoś nie miałem do tego głowy”. Wszyscy patrzyli na mnie z zazdrością, może tylko w oczach jednego przerośniętego zobaczyłem zdziwienie, że nie dostaję dwójki czy choćby minusa. Wszyscy: Ania Tanalska – córka wykładowcy w Wyższej Szkole Partyjnej,  Andrzej Wrembiak – syn ściągniętego właśnie z Gdańska  na stanowisko z-cy kierownika wydziału propagandy KC aparatczyka – mały Barac syn ekspedientki z Galluxu ( już po miesiącu wyjechali). wszyscy byli ze mną. Czy wszyscy byliśmy tu – obcy ?

Przecież  innych nie było. W czytankach stało, że wszystkich zabili Niemcy. Potwierdzała to pani Płoskoń do momentu, do którego nie zaczęła już ośmielona wystąpieniem Gomułki mówić o niezbyt lubianej, a bardzo zdolnej Ani Tanalskiej, że… nie jest – nasza. Ona coś plotła, Ci zaprzeczali. Koledzy powtarzali. Wróciło polaczkowate piekło.

W naszym słowniku pojawiło się nowe słowo. Raczej nieprzyzwoite – semantycznie kojarzone nawet z kleksem czy gilem cieknącym z nosa. Słowo, którego  obiecywałem nawet nie wymienić. Które boję się wymówić, zapisać. Nie, w tym kontekście nie powiem. Nazwijmy to inaczej, może: dzieci rabina ?

Rozdz. XXVIII – Sahibek

Na przerwie spotkałem Sahibka, mojego przyjaciela i przybocznego w drużynie zuchów, której dowodziłem.  Andrzejek Axer ( syn Zosi Mrozowskiej i Erwina Axera) długie opadające powieki miał jakby podgrążone od napięcia czy może nawet lęku albo płaczu.  Szliśmy wąskim, burym  korytarzem łączącym szkołę podstawową nr 48 przy ulicy Sempołowskiej dwa z ulokowaną w tym samym budynku szkołą nr 43, w której mieściła się stołówka. Tuż przed drzwiami dzielącymi korytarz Sahibek chwycił mnie za rękę:

- Wiesz Mama powiedziała mi wczoraj, że jesteśmy: no … wiesz. Powiedział ze ściśniętym gardłem.

- Nie rozumiałem. Była to dla mnie informacja absolutnie abstrakcyjna. Jakby mi powiedział, że nie wiem Pani Zosia pochodzi z Francji.

-No i fajnie, czym się tu przejmować. Chyba coś tak powiedziałem.

- Jak to przecież na nas teraz napadają.

Nie znaliśmy słowa pogrom.

-Mówisz, zamyśliłem się, – Ale to przecież mojego Ojca, a nie Twojego wczoraj Gomułka wymieniał powiedziałem.

– No bo pewnie i ty jesteś też, Sahibek na to.

-  No pewnie, zgodziłem się chętnie.

Weszliśmy na teren 43-ciej.  Szkoły skautowskiej jak nazywaliśmy 263 WDHiZ działającą za murami.  My byliśmy harcerzmi drużyny kultuwującej tradycję Walterowców stworzonych  przez Jacka Kuronia odsiadującego właśnie od roku wraz z Karolem Modzelewskim wyrok za – słynny List do Partii.

Mieliśmy swoje przyrzeczenie i czerwone chusty. Przyrzeczenie brzmiało: „Przyrzekam całym życiem służyć Tobie Ojczyzno. Stawiać sprawy zastępu ponad sprawy własne. Sprawy drużyny ponad sprawy zastępu. A ideę komunizmu – ponad wszystko! „

– Tak nam dopomóż Bóg,  dorzucił scenicznym szeptem, przyjmując ode mnie to przyrzeczenie w 64 roku w Siecinie  z-ca komendant szczepu – Włodek Frenkiel. Czerwoną chustę przyjąłem klęcząc niemal, harcerskie krzyże z Inicjałami ONC (Ojczyzna, Nauka, Cnota) dorzucał Frenkiel w pociągu kiedyśmy wracali. częstując nimi z plastykowej torebki. Jak cukierkami.

No cóż. Podobno nie było uczciwego człowieka, który nie doznał ukąszenia heglowskiego i nie był komunistą. Ja zatem komunistą byłem: od 10 do 14 roku życia. Byłem także – odrzuconym.

A właściwie stałem się nim w w chwilę po wyznaniu Sahibka, gdy w naszych czerwonych jedwabnych pionierkach (dla  kadry przywoził je z Moskwy wraz z najnowszymi nagraniami Okudżawy  Saszka Gurjanow – syn inżyniera Edmunda Goldzamta ober-architekta Warszawy z czasów stalinowskich ) wkroczyliśmy na teren sąsiedniej szkoły. Pamiętam teczki, dużo teczek czarnych skórzanych po prawej stronie korytarza i dzieci odwracające się od nas plecami. Zatykając nosy wołali:

- Uś, uś, uś…  idą.

- A to chołota – zawołałem buńczucznie do Andrzejka, –  Chodź dowalimy gojom!

- Nie, lepiej nie, pociągnął mnie w stronę stołówki. – Lepiej nie zadrażniać.

Przyjażń z Andrzejem trwała długo. Wielu przyjaciół z harcerstwa wyjechało. Wyjechał nasz szczepowy uwielbiany geodeta Jurek Sarnecki – jest profesorem socjologii, mieszka w Szwecji. Rodzice Włodka Frenkla wraz młodszym synem Sergiuszem udali się do Francji, gdzie Serek ma dziś sieć stacji benzynowych. I Andrzej też wyjechał. Dopiero w 1990 wybrał Stany. Mieszka ( jak mnie pouczył Internet) w Portland, OR, gdzie kieruje ośrodkiem rehabilitacji psychiatrycznej dla osób poważnie chorych psychicznie.

Frenkiel został by stać się w czasach 15-lecia ober szefem wiekszości warszawskich lokali rozrywkowych ( Pod galerią na Chmielnej,  potem Labirynt, Klub Kon-tiki nad Wisłą, Tango&Cash, Dawne kino „Klub”) – tylko z Domu na Smolnej 9 (nb. podobnie jak Tango&Cash pod numerem 15 zaprejektowanego przez rodziców Saszki Gurjanowa)  w 2003 roku go wykurzyłem. Ale wybaczył mi to chyba jakoś – po starej przyjaźni.

Rozdz. XXIX Saszka

Saszka Gurjanow

______________________

Jeszcze Filip – fizyk w Moskwie,

Dziś nagrody różne zbiera

Jeździ kiedy chce – do Polski.

Był przyjęty przez Premiera.

Ile razy słuchałem tego fragmentu  „Naszej Klasy” Jacka Kaczmarskiego wspominałem Saszkę Gurjanowa. Mieszkał niepodal i mnie i Jacka Kaczmarskiego,  który na Polnej,  ja na Armii Ludowej, a Saszka na Litewskiej się chował. Jedna wieś! Jazdów w Warszawie. Czy Jacek też znał Saszkę czy Filip  to postać uniwersalna ? – Już nigdy się nie dowiem.

Saszka urodził się w Moskwie w ’50 roku jako syn inżyniera Edmunda Goldzamta, Polaka, który uciekł przed faszystami do Moskwy i tam studiował architekturę. Ożenił się  z panią Gurjanow , Rosjanką studiującą architekturę i … około 52 roku przyjechali do Polski – Goldzamt miał za zadanie nadzorować Sygalina – naczelnego architekta Warszawy. Pamiętam jak w jakimś 63 czy 64 roku dziesięcioletnia Ania – urodzona już w Polsce siostra Saszki pokazuje mi ogromny czerwony album w płótnie, a tam marzenia jej Ojca – jak miał wyglądać Plac Na Rozdrożu, estakady spadające ku Wiśle. Wszystko monumentalne, klasycystyczne – synkretyczne.[1]

Działalność Edmunda Goldzamta do chlubnych raczej nie należała. Można go z całą odpowiedzialnością nazwać rusyfikatorem.  Choć … kiedy popatrzymy dziś na znienawidzony Pajac czy bloki przy placu Konstutytucji i porównać je przyjdzie z budowanymi na francuskich wzorach za Gierka mrówkowcami z Fabryk Domów, np.  za Żelazną Bramą  …

Pierwszy raz wspomniałem Goldzamta w Normandzkim Breście. Mieście zmiecionym  przez aliantów podczas inwazji w 45 roku z powierzchni ziemi. Brzmi mi w uszach „Barbara”  Jacquesa Preverta w wykonaniu Yves Montanda:

Yves Montand – Barbara(recit)

Il pleut sans cesse sur Brest

Comme il pleuvait avant

Mais ce n’est plus pareil et tout est abîmé

C’est une pluie de deuil terrible et désolée

Ce n’est meme plus l’orage

De fer d’acier de sang

Tout simplement des nuages

Qui crevent comme des chiens

Des chiens qui disparaissent

Au fil de l’eau sur Brest

Et vont pourrir au loin

Au loin tres loin de Brest

Dont il ne reste rien.

______________________________

Co się w luźnym przekładzie tłumaczy:

______________________________

Pada ciagle tak  samo na Brest

Choć  już inaczej  jest

Skoro wszystko przepadło.

Pada tak  żałobnie tak strasznie

Tak rozpaczliwie.

To  już nie  te rozbryzgi,

Broni na  krwistym żeliwie,

To tylko smętne chmury,

Które jak psy zdychają

Psy, co z prądem od Brestu,

Płynąc się rozkładają

Daleko, daleko –

Za rzeką.

Od Brestu,  po którym –

Ani gestu !


Tak jak i  po przedwojennej  Warszawie.  - Ewakuowany przed bombardowaniem w  trakcie desantu na Normadię,  Brest odbudowali następnie Francuzom – Amerykanie .  Mnie miasto to w największym stopniu przypomina … Nową Hutę.  Tak naprawdę “socrealizm” był wspólną postcourbierowską  architekturą lat czterdziestych, a problem krajów socjalistycznych polegał nie na tym jakie stawiano mury, lecz czym potem te mury oddychały, jakie biło w nich serce.

Architektura Goldzamtów,  Dworakowskich,  Sygalinów to była architekturą projektu, a nie wykonania, pomysłu a nie funkcji.  To były dzieła ideologii,  a nie praktyki.  Jednak pokazana mi przez Anię Gurjanowę książka na długo widać zapadła w mojej pamięci. Czuło się w tych rysunkach pasję i wizję. I marzenie !

Marzenia prysły w ’68 roku. Koledzy z harcerstwa rozpierzchli się po świecie. O Segiuszu Frenklu  i  Jurku Sarneckim wspominałem. Znikł także Włodek Pszenicki. W Stanie Wojennym zostanie  szefem polskiej sekcji BBC, a potem i całej londyńskiej radiostacji.

A Gurjanow ?  Po maturze, którą zrobił w zacnym liceum Reytana w Warszawie Saszka oświadczył, że wyjeżdza do Leningradu – studiować fizykę i astronomię.  Jeszcze wpadał. Przywoził jedwabne pionierki i świeże nagrania Okudżawy z Pieśnią Leningradzkich fizyków na czele.

Zagonim wsie narody w katakomby

S’ wiercha brasim atomnyje bomby

Kak prosta byt’ ab niczom nie znakomym

Sowsiem prostym uczionym – uczionym.

Zniknął Saszka.  A gdy zacząłem o nim pisać postanowiłem sprawdzić, co się stało z tym pół Rosjaninem, pół Polakiem, który ( choćby się nie wiem jak się  wypierał – nie uwierzę) – przed polską ksenofobią i nienawiścią do Rosjan zbiegł po ojcowskich śladach do Matuszki Rosji. W odróżnieniu od polskich pobratymców miał bowiem radziecki paszport,  z którym nie można było emigrować na Zachód.  Odnalazłem Saszkę w Internecie. Po raz pierwszy dostrzeżony, gdy ( dzis ma już swoją notkę na polskiej Wikipedii): „16 kwietnia 2005 roku Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Aleksander Kwaśniewski złożył wieniec upamiętniający 65. rocznicę Zbrodni Katyńskiej na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Po uroczystościach przed Grobem Nieznanego Żołnierza Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Aleksander Kwaśniewski wręczył w Pałacu Prezydenckim ordery i odznaczenia obywatelom polskim – członkom Federacji Rodzin Katyńskich oraz obywatelom Rosji i Ukrainy, którzy swoją działalnością przyczynili się do ujawnienia prawdy o Zbrodni Katyńskiej i upamiętnienia jej ofiar.

Odznaczeni zostali: (m.in)

KRZYŻEM KAWALERSKIM ORDERU ZASŁUGI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ – Pan Aleksander GURIANOW,

Zwracając się do zebranych Stanisław Jankowski powiedział m.in.:

W imieniu Federacji Rodzin Katyńskich, w imieniu wszystkich, którym jest bardzo drogie słowo Katyń – dziękuję. Piętnaście lat temu z przejęciem większym niż dzisiaj, bo Moskwa, bo kilometr od Kremla mówiłem o Katyniu, a zdjęcia przygotowane przez Rodziny Katyńskie w Krakowie wisiały na wystawie. Byliśmy bardzo dumni wszyscy z polskiej delegacji, że możemy te zdjęcia prezentować. Te zdjęcia, żeby nas nie narażać na kłopoty kiedy jechaliśmy jeszcze do Związku Radzieckiego, przewiózł Pan Aleksander

Gurianow.”

Aleksander Gurjanov

Ot ! Historia ! Wychowany w Polsce syn rusyfikatora, który praktycznie musiał  uciekać z pierwszej przybranej  Ojczyzny, gdy zaczyna się wolność narodowa  - we własnym kraju staje się –  “polskim dysydentem” !

Jan Strękowski w wydanej w 2003 roku książce „Polska w oczach cudzych” dowiedział się od Saszki tyle: „Moja teza jest taka, że wszyscy o wszystkim wiedzieli. Ja to odnoszę również do siebie, bo też właściwie twierdziłem, że o niczym nie wiedziałem. Ale  kiedy sobie przypominam, to widzę, że w gruncie rzeczy o wszystkim wiedziałem. O Katyniu wiedziałem od wczesnego dzieciństwa, bo już wtedy ktoś mi o tym powiedział, ale odrzucałem tę prawdę. I myślę, że ludzie, w latach 30, podczas Wielkiej Czystki wiedzieli. Lecz nie można było z tym żyć przyznając się przed sobą, że wie się, co się dzieje i nic z tym się nie robi. To jest mechanizm samookłamywania się.”.

Dowiedział się fizyk i zaczął liczyć polskie trupy na sowieckiej ziemi. Jakby z Ducha Pana Cogito o potrzebie ścisłości:

” wchodzi

na najwyższy chwiejny

stopień nieokreśloności

jak trudno ustalić imiona

wszystkich tych co zginęli

w walce z władzą nieludzką

dane oficjalne

pomniejszają ich liczbę

raz jeszcze bezlitośnie

dziesiątkują poległych

a ciała ich znikają

w przepastnych piwnicach

wielkich gmachów policji”.

Odnalazłem Saszkę przez rosyjskie stowarzyszenie  ”Memoriał” i oto co mi, odpisał:

„ Nigdy nie słyszałem, żeby tata projektował Park Frascati. Co najwyżej mógł wysuwać jakieś pomysły w swojej książce z 1955 (czy 1956?)  roku. Zdaje się, że ta książka nie cieszy się w polskim środowisku architektonicznym zbyt dobrą sławą. Przyznaję ze wstydem, że sam jej nie przeczytałem. Ale dom Smolna 9 (i jednocześnie dom Smolna 15) autentycznie zaprojektowali moi rodzice jakieś 45 lat temu.”

A potem – w tym domu, z jednej strony ja do niedawna pod 9-tym  kierowałem domem kultury, a z drugiej nasz kolega z harcerstwa Włodek Frenkiel  pod 15-tym Tago & Cash – prowadzi…

[1] ( Realizm socjalistyczny szczególne miejsce w systemie sztuk wyznaczał architekturze. Również Bolesław Bierut uznawał architekturę za niezwykle ważny element ideologii. W rozmowie z Edmundem Goldzamtem Bierut miał powiedzieć, że partia interesuje się architekturą dlatego, że jest ona „szczególnie doniosłą formą ideologii, a ideologia nie może być partii obojętna. Ideologia to postulowanie pożądanych na przyszłość wartości, rysowanie obrazu przyszłości. A architektura z samej swej istoty kształtuje zabudowę przeznaczoną na długie trwanie. Ideologia znajduje w architekturze wspaniałą formę swego ucieleśnienia. Jakże lepiej możemy przedstawić nasze cele jak nie za pomocą panoram i modeli nowych miast. A obraz przyszłości jest orężem ideologicznym”.37
Edmund Goldzamt relacjonujący stanowisko Bieruta, stał się w 1949 roku ważnym łącznikiem między środowiskiem polskich architektów, niezbyt zorientowanych w wymaganiach politycznych dysponentów, a sowiecką praktyką realizmu socjalistycznego, którą poznał podczas wieloletniego pobytu w Kraju Rad. Goldzamt uchodząc w 1939 roku przed Niemcami znalazł schronienie w ZSRR i tam rozpoczął studia architektoniczne. Bardzo duży wpływ wywarł na niego (to historyczny przypadek) znany nam z publikacji w „Architekturze i Budownictwie” Anatolij Żukow, pod kierunkiem którego się kształcił. Do Polski trafił dzięki inicjatywie Józefa Sigalina – naczelnego architekta Warszawy, który na przełomie lat 1948-1949 przebywał w Moskwie. Oficjalnym celem wizyt było zamówienie schodów ruchomych dla trasy W-Z, nieoficjalnym miało być uzyskanie poparcia architektów radzieckich dla koncepcji odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie. Goldzamt pośredniczył w nawiązaniu kontaktów ze środowiskami radzieckich architektów, którzy na specjalnie zorganizowanym wieczorze dyskusyjnym, jednogłośnie poparli ideę odbudowy zamku. Według świadectwa Goldzamta, Sigalin mówił o krytycznym stosunku do architektury funkcjonalizmu, o „burzeniu się przeciwko ortodoksyjnym funkcjonalistom” i wyczuwalnym w atmosferze politycznej nowym podejściu do zadań architektury. „We mnie” – stwierdza Goldzamt – „znalazł obkutego rozmówcę. Przedstawiłem mu teorię realizmu socjalistycznego, którą poznałem podczas studiów w Moskwie. Ja to muszę mieć, towarzyszu Mundku – powiedział Sigalin. Pamiętam tę noc, gdy siedziałem i pisałem. Napisałem mu elaborat.”38 Referat Goldzamta, po akceptacji na najwyższych szczeblach, został ostatecznie przedstawiony jako główny tekst programowy na zwołanej w gmachu KC 20 i 21 czerwca 1949 roku naradzie aktywu partyjnego architektów, na której przyjęto realizm socjalistyczny jako „obowiązującą metodę twórczą”.39

Waldemar Baraniewski

MIĘDZY OPRESJĄ A OBOJĘTNOŚCIĄ

Architektura w polsko-rosyjskich relacjach w XX wieku

Z katalogu wystawy „Warszawa-Moskwa / Moskwa-Warszawa 1900-2000″

Rozdz. XXX. Maruderzy

Zostali sami. Mam dwu takich kolegów:  Leszka Szarugę i Włodka Frenkla.   W 68  byli już pełnoletni. Leszek miał 22, Włodek zaledwie 19  lat. Ten pierwszy to syn poety Witolda Wirpszy i Marii Kureckiej, znakomitych tłumaczy, którzy przyswoili polskiemu językowi m.in. Doktora Faustusa – Manna. Oboje postanowili wyemigrować w 68 do Niemiec.

Leszek Szaruga

Leszek Szaruga (Aleksander Wirpsza)

Aleksander powiedział:  - nie. W jakimś opowiadaniu Marka Nowakowskiego znalazłem to zdanie : „Szaruga, to dobry pseudonim dla komunisty”.

Przyznał mi się kiedyś, że też to zdanie odczytał  i stąd wziął sobie pseudonim. Zmienił także imię. I został. Komunistą jednak już być nie potrafił. Stał się Leszkiem Szarugą i  wlazł w opozycję po uszy. Studia polonistyczne  musiał kończyć zaocznie. Potem pracował w jakimś pisemku typu „Hotelarz” czy „Pies”.  Dziś pisze ciemne wiersze. Jest też  profesorem.

Frenkiel

Włodek Frenkiel

Frenkiel podobnie – choć całkiem inaczej. Też odmówił wyjazdu z rodzicami. Ale nazwiska nie zmienił. Jego rodzice byli jakoś w Rosji zakorzenieni ale już na polskich paszportach. Więc dla nich otwarty był Wiedeń. Włodek zaś z tego co wiem przejął mieszkanie w Al. Wyzwolenia. Stał się beniaminkiem organizacji partyjnej. Skończył rusycystykę, zajął się handlem. Szczególnie w późnych latach 80 tych i wczesnych 90 tych handel via Rosja to była złota żyła. Towary płynęły ze wschodu. A jak ktoś dobrze znał rosyjski i … duszę moskiewską. Można było w sowieckiej tiurmie życie stracić albo  budować – kapitalizm…

To był szok, jak w późnych latach 80’tych niechciany przez nas w szkole rosyjski zapamiętany w wierszykach Simonowa, nagle wypłynął na dworce, jak młodzi komputerowcy wykrzykiwali przez pierwsze komórki :

- Da da, pokupaj. Da wsio. I zołoto toże.

W 1993 czy 94 roku ciężka limuzyna Frenkla dotknęła delikatnie mojego redaktorskiego malucha pod „Zieloną Budką” na Puławskiej  w Warszawie. Byłem wtedy wicemarszałkiem Sejmiku, znanym publicystą więc  Włodek z atencją  pokazywał mi swoje włości. Pokazał, że  no jakby to delikatnie powiedzieć: rządzi Warszawą i nie tylko.  Chętnie  mi  pomagał.

Nagrywałem wtedy niemal bez pieniędzy moje spotkania zatytułowane „ATaK Show” w Polonii 1. To był już czas po likwidacji stacji naziemnej. Skończył się live z Nowej Telewizji Warszawa, gdzie wśród stu gości  ”A Teraz Konkretnie” w latach 1993-1994  niemal wszyscy moi rozmówcy: od Balcerowicza, porzez Geremka, Olszewskiego czy Najdera, Kawalca, Niezabitowską, Chrzanowskiego, Sztrzembosza i obydwu Kaczyńskich, Krzaklewskiego,  a nawet Boniego , że o prezydencie Wałęsie nie wspomnę – mieli reprezentować stronę solidarnościową. Jak sądziłem różniących się poglądami lecz – patriotów i przyzwoitych ludzi.

Teraz programy musiałem rejestrować.  Rządzili komuniści Oleksego. Nolens volens zacząłem i z nimi rozmawiać.  Na programy umawiałem się  z Kwaśniewskim, Blidą,  Jakubowską, Liberadzkim, Koładką, Frasyniukiem ( jeszcze go miałem za swego …) . W sumie kilkadziesiąt  nagrań. Do studia prosiłem sekundanta, mój rozmówca swojego i w gronie  zaproszonych przez gościa przyjaciół dyskutowaliśmy godzinę. No ale takie towarzystwo trzeba było jakoś przyjąć. Ugościć  przed i po nagraniu. A Włosi byli skąpi. Więc w zamian za barterową  reklamę młody Piotrek  ocierał się w towarzystwie i przysposabiał do  zawodu serwując fundowany przez ojca catering.

Włodek miał wtedy  restaurację na Chmielnej  przy tzw. Towarzystwie Sztuk. Nazywała się Klub Pod Galerią. Tak, to to miejsce,  gdzie mieścił się „Kabaret pod Egidą”. Czas jakiś zresztą Jan Pietrzak u Frenkla występował.

Jak pisała „Rzeczpospolita”: „Frenklowie postanowili stworzyć w stolicy imperium rozrywkowe. Ich pierwsza knajpa Pod Galerią przy Chmielnej ruszyła w sylwestra 1992 r. W 1996 r. w podziemiach kamienicy na Nowym Świecie 23/25 otworzyli dyskotekę Studio Stereo – zamknięto ją w 2000 r. Nie osłabiło to pozycji Frenklów na rynku, bo w 1998 r. wybudowali Labirynt przy Smolnej 14. Są też właścicielami kilku innych klubów w Warszawie, m.in. Tango & Cash i Kwadro”.

To prawda, później pokazywał mi  Frenkiel dawne baseny miedzy mostem Berlinga, a Poniatowskiego z praskiej strony Wisły, które zajmował na  wielki klub Kon-Tiki.  O ile wiem wiele koneksji Frenkla sięga naszych dawnych harcerskich czasów. Stąd np. współpraca ( właśnie w tym Kon-Tiki)  z  byłym harcerzem-wodniakiem: Tadeuszem Miętusem, co uściskiem zwykł miażdzyć podane mu dłonie, a  który przez dwie kadancje (1994-2002) będzie trząsł z ramienia SLD  Zarządem  Śródmieścia.

Klub Labiryn na Smolnej

Klub Labirynt na Smolnej

No ale co by nie mówić  ten  ”Labirynt” na Smolnej  w lokalu po drukarni Chłopskiej Drogi (moja Mama pracowała niegdyś  w Gromadzie Rolnik Polski na Smolnej 12  tuż obok) – to było coś !   Poszedłem tam raz ( z ciekawości i pod nieobecność gospodarza)  i nie ma co kryć – nie był to niewinny teatrzyk lecz miejsce zorganizowane zostało wspaniale. Mało, mówiąc szczerze obchodzi mnie czy samowolnie czy nie dokonano przeróbek – skoro miejsce żyło. Dyskoteka mieściła się w starej drukarni na trzech poziomach, które pokonywało się metalowymi, kręconymi  schodkami. Na każdym piętrze był oczywiście bar i na każdym inna muzyka. Na dole spokojniejsza dla moich rówieśników: Beatlesi, Bony M czy Presley. A im wyżej tym więcej czadu… Wstęp do górnego baru  kosztował bodaj sto złotych ale … tam już za tę kwotę można było pić bez ograniczenia. – Takie All inclusive w  słowiańskim stylu.  Nie wszedłem na takie obroty acz podejrzewam, że stamtąd odziedziczony po drukarni  taśmowy podajnik do gazetowych nakładów zwoził delikwentów wprost – w ręce sanitariuszy z Izb wytrzeźwień.

Frenkiel ma fantazję.  Jeszcze mam w oczach  jak tańczy rockandroll’a z Iwoną Kamińską na Sylwestra w Kościeliskiej.  Przypominam sobie urządzane przezeń  ( w opustoszałym po wyjeździe rodziców i brata  mieszkaniu w alei Wyzwolenia 10)  śniadania w drugi dzień Świat Wielkanocy łaczone ze Śmingusem. Mieliśmy po szesnaście, osiemnaście lat. Grała gitara. Nielegalny Wysocki i Okudżawa wtórowali z taśm szpulowych magnetofonów. Innych „dopalaczy” nie trzeba nam było.

Opowiadam to,  co barwne. Może są i inne odcienie w tej tęczy ale wiem, że ludzi z fantazją szkoda. Szkoda Labiryntu nie mniej niż Frascatii. I szkoda, że  Kaczyński inaczej – pstrokaty.

Więc wykurzono Włodka pod jakimś zdaje się dość idiotycznym pretekstem (brak koncesji na alkohol po którejś godzinie) i teraz  procesuje się  Frenkiel  z miastem o miliony. Mądre to nie jest. Można było rozstrzygnąć sprawę koncesji na alkohol. Można też było pewnie ucywilizować „Ogródki Piwne” nad Wisłą. Tętniły życiem coś cztery sezony w latach  1998-2002 za rządów Piskorskiego. Ten pasaż między mostami Śląsko-Dąbrowskim i Gdańskim  to była akurat domena Tadeusza Miętusa. Robili tam panowie jakieś interesy, nawet krążyłem wokół z moim tetrzykiem – jednak trzymali na dystans….Cóż –  czuli, że prędzej czy później wszystkich obsmaruję.

A przecież wcale się do tego nie rwałem. Ani ja ani Polska, która też wolałby być chyba zagospodarowana  niż soczyście – opisywana. Tak jednak widać musi być. Choć nie ma nic głupszego niż odbieranie ludziom zarobku, a Warszawiakom zabawy  i formy i stylu…

Przedsiębiorca sobie poradzi. Wykurzony z Warszawy Frenkiel prowadzi jakieś kluby na Mazurach, dyskotekę – syn przeniósł do Łodzi.  No, a tam, gdzie była w 60 latach restauracjia Sofia we wspominanym domu Gurajanowów u zbiegu alei Jerozolimskich i  Smolnej 9/15 prowadzą Frenklowie inną restauracyjkę : nazywa się Tango&Cash

Włodek mieszka teraz gdzieś pod Olsztynem. Z „naszej klasy’ dowiadujemy, się, że to Wieś.  Nazwa wypadła mi z głowy. Coś jakby –   Korleone ?

XXXI. Szczęście ludzi – ponad wszystko

Z komunizmem skończyliśmy, gdzieś po roku ’69 gdy komendantem szczepu został Stefan Kawalec

Ania Tanalska, Stefan Kawalec, Andrzej Purchała

Ania Tanalska, Stefan Kawalec, Andrzej Purchała

(późniejszy wiceminister finansów i główny realizator denominacji złotówki w ramach  reformy Balcerowicza).

Byłem „zuchowym” zastępcą Stefana.

Spotkaliśmy się u Andrzejka Axera w domu: i zdołaliśmy przekonać całą kadrę, mimo oporu Frenkla i Gurjanowa -  do zamiany w przyrzeczeniu szczepowym słowa „komunizm” na „szczęście wszystkich ludzi na świecie” – ponad wszystko.

Teraz brzmiało lepiej:

Przyrzekam całym życiem służyć Tobie Ojczyzno

Stawiać sprawy zastępu ponad sprawy własne

Sprawy drużyny, ponad sprawy zastępu,

A szczęście wszystkich ludzi na świecie – ponad wszysztko

Tak oczyszczeni z pryszczy janczarskiej ideologii z Sahibkiem jeszcze w trzeciej klasie liceum jeździliśmy razem do mazurskich Krzyży z pierwszymi dziewczynami.

Andrzej po roku socjologii przeszedł na świeżo stworzony przez Czesława Czapów IPSIR (Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji).  Do śmierci opiekował się swoją matką – wielką aktorką i znakomitym profesorem szkoły teatralnej – Zosią Mrozowską.  Potem – wyjechał.

W połowie lat siedemdziesiątych asystowałem jego Ojcu Erwinowi, gdy reżyserował Kordiana w Teatrze Współczesnym. Kordiana z Wojtkiem Wysockim, Mają Komorowską w roli Laury, niezapomnianą parą Wołłejką i  Czechowiczem – jako Konstanty i Car.

Andrzeja Axera z Pawłem Konicem łączyła nadzwyczajna więź z matką. Ojciec Andrzeja – Erwin nie był z Mrozowską nigdy formalnie związany, gdyż po prostu nigdy nie rozstał się z matką  Jurka, dziś wybitnego profesora filologii klasycznej. Jednak Mrozowska do śmierci  pracowała w  teatrze Axera.  Ojciec był jej  szefem, a syn opiekunem.  Rodzice  Pawła byli „normalnie” rozwiedzeni.

Obydwaj chłopcy w moich oczach zaczynali pełnić rolę mężczyzn i opiekunów. Robili prawo jazdy, dosiadali matczynych maluchów, punktualnie odwożąc lub przywożąc ukochaną do domu czy z pracy.

Zazdroszczę im – moje stosunki z matką z wiekiem stawały się coraz gorsze. Nie umiemy zgodzić się na siebie. Można by powiedzieć, że to inteligencki przerost ocen  nad emocjami. A przecież – Andrzej i Paweł to też  inteligenci w każdym calu i w gruncie rzeczy samotnicy. Jednak przez nich przemawiała wspólnota. Wspólnota, tym silniej strzeżona im bardziej zagrożona. Przez wroga, ojca, nawet przyjaciela – w centrum pozostawała matka pewna jak rodzina. Lecz i  Ojciec jest też poza osądem. Hierarchia niewzruszona nakazuje szacunek… Tradition…

„Ja tego instynktu właściwie nie miałem. – mówił mój Ojciec w radiowym „Notatniku ze współczesności” – i w tym młodym człowieku, który czasem przychodzi, którego bardzo lubię i, z którym lubię rozmawiać -  najbardziej mi pewnie przeszkadza, że jest moim synem.”

Także  i ja – po Ojcu czy wręcz po Ojczyźnie ? – nie pojmuję wspólnoty. Je me sens exclu de l’horde. I nigdy nie znałem miejsca w szeregu. Zawsze wybiegałem przed orkiestrę. Choć – starałem się, czy może sam przed sobą udawałem, że się staram. No ale co to był za pozór, gdy nie brałem serio –  nawet perror Adama Michnika.

Rozdz. XXXII. Adaś

Michnik 1985

Adam Michnik na Nowolipkach - zima 1986/87

Michnika  poznałem, gdzieś około ’71 roku. Wyszedł z więzienia i został sekretarzem Antoniego Słonimskiego.

W niedzielę na obiady chodziło się do SPATiFu. Bywaliśmy tam z Ojcem, czasami i pamiętam ten stolik pod ścianą, przy którym zasiadał Szczupły Przechodzień w otoczeniu Alinki Lorenzówny ( dziś profesor Kowalczykowej) i Adasia Michnika w  nienagannie  przybrudzonym podkoszulku.

– Witaj Antoni, co dobrego,  kłaniał się wytwornie Ojciec.

– Ot, karmię personel, odpowiadał poeta.

- Czym mogę panu służyć: kelner w palcem w zupie prezentował SPOŁEM-owski szyk,

- ku…ku..ku.. męczył się warszawski Demostenes,

- Tak, tak Adasiu, zamówimy kuropatwę, dobrotliwie kończył zamówienie pan Antoni.

Adam poznał mnie z Mirkiem Chojeckim, wiedząc, że po pierwszym ślubie dysponuję na Nowomiejskiej  mieszkaniem udostępnionym mi przez osiadających już w Paryżu Marię i Kazimierza Brandysów.

Założyliśmy tam skład i introligatornię. Czarną księgę cenzury składaliśmy z Andrzejem Urbańskim, Markiem Karpińskim i jego ówczesna żoną Kasią Deniszczuk. Moja Ania drżała ze strachu w ciemnej kuchni. My zaś zbijaliśmy bibułę wykradzionymi przez Choja ze Świerku nitami, w takt proletariackich pieśni odnalezionych na jakimś starym longplayu z płytoteki pana Kazimierza.

A swoją drogą – chciałbym widzieć jak moi mieszczańscy rodzice wyjechawszy na rok czy półtora zagranicę zostawiają swoje wypieszczone klepki jakiemuś synowi znajomych z małżonką…?

Gmina jest bowiem Solidarna. A wtedy, a wó wczas

WSZYSCY BYLIŚMY …

zresztą… niech to już lepiej Marek Edelman słowami wywiadu udzielonego w 1985 Ani Grupińśkiej wypowie.

- Dlaczego pan nie został syjonistą?[1]

- Syjonizm to jest w ogóle przegrana sprawa. I wtedy, i teraz. […] nie można wrócić do tego, co było dwa tysiące lat temu, bo to jest niemożliwe. W morzu stu milionów Arabów nie można robić państwa, które jest przeciwko nim, bo tych Żydów tak samo wyrżną lada dzień, jak wyrżnął ich Hitler. […]

Tak samo się mówi, że Ziemie Zachodnie są polskie. Ludzie! Siedemset lat tam mieszkali Niemcy! Czy Kijów jest polski dzisiaj, chociaż Polska tam kiedyś władała?

- Ale państwo Izrael w końcu powstało i istnieje.

No, Rosjanie zrobili im państwo polityczne. Potem Żydzi wykiwali się od Rosjan i poszli do Amerykanów, ale i tak zginą. Trzymilionowe państwo w morzu stu milionów Arabów nie może istnieć. Nie ma żadnych szans. Będą tak samo wyrżnięci i cofnięci do morza. Ameryka będzie tak długo dawała im samoloty, jak długo będzie tam miała swój lotniskowiec. Niech Amerykanie dogadają się nie z Mubarakiem, tylko z innym fakiem, to wypną się na te trzy miliony ludzi. […]

Powiedzieć to dzisiaj w Polsce to straszna rzecz. To przez ten katolicyzm polityczny, który tutaj wyrósł; dziś każdy wierzy w Pana Boga, żeby czerwonemu przypieprzyć. Ludzie chodzą do kościoła i robią te pozory, ale tak między nami mówiąc, to Polska nigdy nie była krajem za bardzo wierzącym. Kościół był zawsze polityczny, był zawsze z państwem. Taka sama była ta żydowska religia: była polityczna. […]

- Z czym się powinien według pana identyfikować człowiek, który mówu o sobie „jestem Żydem”? Gdzie powinien szukać swego miejsca?

- Jeśli myśli o sobie, że jest Żydem w Europie, to on zawsze będzie przeciwko władzy. Żyd ma zawsze poczucie wspólnoty ze słabszymi.

-  Czy wobec tego jest jakaś różnica między Żydem, który jest ze słabymi, a słabymi nie-Żydami?

- Czy jest różnica? Nie. Żadna. Bujak, Kuroń, Michnik, Jaworski, Lis, Frasyniuk są   ŻYDAMI TEGO USTROJU.


[1] „Rozmowa z Markiem Edelmanem”. Przeprowadzona przez Ankę Grupińską i Włodzimierza Filipka dla poznańskiego podziemnego kwartalnika „Czas” w 1985 roku  (fragmenty)

Rozdz. XXXIII. Człowiek na rubrykę.

Najdłuższą rozmowę z Michnikiem odbyłem w towarzystwie Boba Kierklanda, który  był amerykańskim korespondentem i asystentem Leonarda Bernsteina.

Pomagaliśmy Robertowi z moją,  już nieco odważniejszą ówczesną żoną,  przełożyć na angielski  dla amerykańskiego Newsweeka, wywiad Grupińskiej z Edelmanem. Wspólnie słuchaliśmy pierwszych cyfrowych nagrań odtwarzanych jeszcze z czarnych analogowych płyt. Odkrywał przed nami tajemnice swego  mistrza Leonarda Bernsteina lecz także (znał dobrze Niemcy) – fascynował m.in. Lottą Lenya śpiewającą songi Brechta i Kurta Weilla.  My  jego zadziwailiśmy Polską, a w niej najsilniej  - Michnikiem.
Michnik & Kierkland 1985
Adam Michnik i Bob Kierkland na Nowolipkach – zima 1986/87
Wkrótce po wyjściu Adama z więzienia w 1986 roku spotkałem go przypadkiem – w Szkole Teatralnej. Poszliśmy do mnie na Nowolipki. To musiał być grudzień ’86  lub początek  ’87  roku.  Adam pił Maxima z meniskiem wypukłym. Puszył się  i gadał, gadał, gadał…

W więzieniu czytał wszystko. Przypominam sobie, że wyśledził nawet jakąś moją recenzję w „Twórczości” nt. wydanego wówczas „Pożegnania twierdzy” – Witolda Zalewskiego. Napisałem tam, że bohaterstwo nie zawsze popłaca,  że Miłosz w sumie dobrze wyszedł na tym, że nie zginął jak Baczyński, Trzebiński czy Gajcy  lecz Powstanie przesiedział w Milanówku.

- Takich rzeczy pisać nie wolno! Pogroził mi Rabbi.

- Jak nie wolno, gdy prawda.

- Ani prawda, ani wolno. Uciął.

Rozmawialiśmy o książkach, pieniądzach, karierze.

Opowiedziałem mu również o jakichś planach Marcina Niziurskiego, tworzenia pisma kulturalnego w oparciu o Warszawski Ośrodek Kultury z Elektoralnej. Otóż Adama nie oburzyło bynajmniej, że próbuję coś nadziemnie kombinować ( takie już wszakże nadchodziły czasy) lecz ambicje nadmierne.

- Ty nie jesteś człowiek na pismo. Ty jesteś człowiek na rubrykę. Zawyrokował.

No cóż, zgłosiłem się doń po tę rubrykę w ’90 do Wyborczej. Przyjął mnie łaskawie. Jeszcze w żłobku na Iwickiej. Wyściskał na oczach załogi. Wszystko odbywało się transparentnie, Adam urzędował bowiem w przeszklonej  dawnej kuchni skąd niegdyś wydawano posiłki,  więc cały news-room widział co dzieje się w gabincie szefa. I Michnik  zaprotegował telefonicznie kandydata na radnego ze Starówki do ówczesnej minister Cywińskiej w sprawie rzecz jasna czysto pu, pu, pu – blicznej.

Jednak ani mój tekst o tejże Starówce pt. „Starówka prosi o zgiełk”, ani recenzja z pierwszego odcinka „Dekalogu” Kieślowskiego, który właśnie zaczynała emitować telewizja, w Gazecie Wyborczej miejsca dla siebie nie znalazły. W Polsce rządzonej przez Adama i jego kolegów dla takich jak ja pozycja radnego i  felieton kulturalny w II pr. PR u Iwony Smolki na pociechę miał to być szczyt kariery. Oczywiście do chwili, gdy więcej nie zapragnęli.

Po epizodach z „Tygodnikiem Solidarność” i „Nowym Światem”, zacząłem przecież pracować w prywatnej  ”Nowej Telewizji Warszawa: finansowanej przez włoskiego potentata medialnego Nicola Grauso. W moim programie „A Teraz Konkretnie” rozmawiałem niemal ze wszystkimi politykami o solidarnościowym rodowodzie włącznie z samym Prezydentem Wałęsą. I nigdy wcześniej ani później nie czułem się tak wolny ! Michnik jednak moje zaproszenie zignorował. Uznał, że jak ja z jakimiś „Krzaklewskimi” gadam, to dla niego nie ma tam miejsca. Stację Adam odwiedził tylko raz.  Zaszczycając odwiedzinami jedynie Michała Komara. Później jednak  Gazeta zaangażowała cały swój autorytet by nie dopuścić do przyznania  koncesji Włochom. Włochom sprowadzonym wszakże  przez najbliższego współpracownika Michnika  w latach 76-80  jakim był twórca Niezależnej  Oficyny Wydawniczej –  Mirek Chojecki. Ten ostatni próbował jeszcze rozszczepiać włos na czworo: tu wspierał Włochów zostawiając ich z Komarem,  tam się sam wycofywał lansując własny projekt Niezależnej Telewizji Polskiej. Gazeta była jednak nieubłagana. Koncesję dostali Walter, Solorz i Canal Plus. Nasza strona jak ktoś gdzieś Chojeckiemu, pocierając charakterystycznie kciukiem o palce, powiedział - za małą miała siłę przebicia.

Tak więc gdy Michnik mną wzgardził, a piracka przepaska na oku przestała być w dobrym tonie –  z felietonem w publicznym radio też musiałem się pożegnać. „Znaj proporcje mocium Panie”. Zacytowałby w tym momencie Fredrę Senior.

Wtedy, zimą ‘85 zbierając się by odwieźć Michnika  moim maluchem w Aleję Przyjaciół,  spytałem jeszcze Adama czemu właściwie nie ma samochodu.

-Widzisz, powiedział,  - prawdę powiedziawszy stać mnie dziś na każdy wóz. Sęk w tym, że w Polsce wszystko, co przekracza skalę malucha budzi emocje. No cóż nigdy bym nie pomyślał, że będę kiedyś sławny i bogaty. Ale bogaty musi dwakroć uważać.  Po co mi zresztą rzeczy, samochody, forsa nawet:  czy to ja kolegów nie mam, wyznał coraz mocniej wstawiony Adam tłumacząc mi w ten sposób, że najpierw trzeba znać miejsce w szeregu, potem mieć kolegów, nareszcie napisać książkę.

- Bo jak mnie los na białego konia wsadził – powiedział na koniec, gdym wychwalał jego więzienny heroizm – to ja się na nim ku…, ku…, ku…, -  zapiał po swojemu -  nie zesram !

Tak. Michnik, to bon moty.  Ledwie kilka spotkań I to wtedy, gdy naprawdę  nie było wiadomo, że to on okaże się się Noem formacji, a z każdej: zapamiętane zdanie.

Uważaj na Kaczory – powiedział mi w ‘93 roku, gdym znów go odwoził, tym razem z domu Jacka Bocheńskiego, po ostatnim wręczeniu nagrody im. Andrzeja Kijowskiego ( której wszakże w ’85 roku był pierwszym laureatem) :  - To czyste ka,ka, ka…rierowiczostwo.

Z akcentem na słowo czyste. Dla Adama znaczyło to inaczej bezideowość. Karierowiczami wszak jesteśmy wszyscy, chodzi nam o siebie, o to by być ważnym. Ale nie wolno zapomnieć o sprawie, o Bogu, o Księdze. I o szabasie.

Rozdz.XXXIV. Stygmat obcości

Między siedemdziesiątym szóstym, a osiemdziesiątym szóstym – dokonywał się wielki powrót. Sporo konwersji. Najbardziej spektakularna Kostki Geberta, który w podziemiu publikował jako Dawid Warszawski. Ale pamiętam też przebudzenie Kasi Hanuszkiewiczowej, córki Adama i Zofii Rysiówny. Wydano „Dzienniki”: Czerniakowa. Jarek Rymkiewicz w podziemnym wydawnictwie wydał „Umschlag Plazz”, który przeczytawszy zrozumiałem, że przez lata nic nie wiedząc w tym miejscu uczyłem  się wręczać pierwsze łapówki i tankowałem kartkową benzynę.
Na Muranowie

Na Muranowie

Mieszkałem wtedy najpierw na Chłodnej u zbiegu z Białą,

potem na Nowolipkach w jednym z tych domów wznoszących się na zwałowanych gruzach.

Nagle uświadomiliśmy sobie jak mało wiemy o tym co się w tej przestrzeni działo, że nie wiedzieć czemu:

„Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto

I wapnem sinym czysto wybielono ściany

Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto”

jak- śpiewał Antoni Słonimski, w „Elegii”

Więc wszyscy byliśmy ofiarami tamtego ustroju. Ustroju zacierania pamięci i podszywania się. Ci co przeżyli mówili, że wszyscy zginęli. Nawet nie przyznawali się do tego, że sami  ocaleli. Zmienili nazwiska, ukrywali pochodzenie. Moi koledzy tak jak Sahibek swoją tradycją domową byli nagle i nieoczekiwanie zaskakiwani. Nagle zdaliśmy sobie sprawę, że tak naprawdę nic nie wiemy o tych co odeszli. Byli abstraktem skremowanych liczb.

Teraz zaczynano przypominac sobie konkrety. Dostałem do recenzji wewnętrznej z Czytelnika „Chanukowe Świece” czyli Pamiętnik Esterki Antoniego Reńskiego, który pozytywnie przeze mnie zaopiniowany doczekał się publikacji we wczesnych latach 90’tych. Spacerując Karmelicką w stronę basenów na Inflanckiej trudno było zapomnieć o ostatniej „wycieczce”  dzieci z korczakowskich sierocińców, o samobójstwie Czerniakowa, o śladach po Warszawskiej Karuzeli. Jakoś to wszystko zbiegło się ze Stanem Wojennym. Bo Stan Wojenny okazał się tak naprawdę czasem prawdy. Zaczęto mówić i o AK i o Katyniu i o procesie szesnastu,  i o odtransportowanych z Placu Muranowskiego – o wszystkim o czym tak długo milczano.

Patrzyłem na zieleń za oknami wewnętrznego podwórka z trzepakami i stolarniami,  gdzie swe dywany wywieszali i bieliznę bardzo z wiejska suszyli liczni jeszcze potomkowie budowniczych Muranowa. Zapuszczałem wzrok w głęboki wykop ( blisko 20 lat zresztą budowanego) drugiego pawilonu Pałacu Mostowskich, zastanawiając się czy patrzę na strukturę cel, które jeszcze kiedyś niczym mieszkańcowi Zamku If przyjdzie mi pazurami rozrywać. Brałem sukę   (pudliczkę), szliśmy demonstrować pod ten Pałac rysując na brudnych szybach samochodów literę S z kotwicą, a spod tych zarośli, zza węgła stalinowskich kantyn wyglądały ku mnie duchy.

I te duchy zaczynały mówić swoim językiem. Domagały się pamięci. Potępiały zbrodniarzy. Lecz przypominały też, że ci ocaleni mądrzejsi, inteligentni, wielomówni  bracia, którzy wyparli się wiary, tradycji i języka, którym z pochodzenia pozostała jedynie solidarność uciekinierów, którzy starają się zapomnieć o swych pozostawionych gdzieś pobratymcach i zwieść tych, wśród których żyją –  są oszustami, a może nawet zaprzańcami.

I choć można zrozumiec ich traumę, lęk  a nawet cynizm – to jednak budzący nas świadkowie niepamięci przywoływali wspomnienia tysięcy prześladownych i  wytrzebionych  narodów i ludzi: Jaćwingów, Prusów, mieszkańców Wandei,  wzywanych przez Herberta obrońców Dalaj Lamy, Kurdów,  Afgańskich Górali. Tych, których w pień wycinano, gdyż mimikrę mieli za godną bezwzględnego potępienia.

Dla ludzi, którzy wypierają się przeszłości nie ma miejsca ani wśród zmarłych braci ani wśród żyjących towarzyszy.

Tak więc odzyskiwaliśmy naszą przeszłość. Zaczynaliśmy się rozpoznawać. Pytać o pochodzenie. O cenę naszego życia. O wierność. Rozróżniać kto swój, a kto obcy. Bo przez trzydzieści lat znaczna część społeczeństwa polskiego pokolenia Kolumbów nie wyszła faktycznie z konspiracji. Dopiero, gdy ukształtowało się Pokolenie Solidarnosci niektórzy dziadkowie wyznawali wnukom kim są, gdzie leży zakopana jeszcze w 44 czwartym broń, pod którą klepką znajdą chowane na czarną godzinę złoto, gdzie skrywa się szlachecki rodowód, akt własności fabryki czy Chanuki Srebrzone.

XXXV. Inteligenckie Getto

    
    

Trzeba było 33 lat bym zrozumiał, że wychowałem się wśród innych. Wśród polskiej inteligencji wyobcowanej z narodu.

Czy była  pośledniejsza ? – Oto najbardziej dramatyczne pytanie. Przed wojną ta inność to był plebs, i brud, handełe i choroba.

Na przeciwległym krańcu inności stała: „swojskość” czy ‘naszość”,  sparodiowana przez Żeromskiego w Nawłoci  i spotęgowana w obrazie  Estancji  z „Transantaltyku” Gombrowicza. Tromtadracja, narodowość –  tym wszystkim słowom współczesny inteligent nadał pejoratywne brzmienie.  Może jeszcze słowa patriotyzm i wspólnota nie brzmią podejrzanie choć pozostają w osamotnieniu niepojętym jeśli zważyć, że jeszcze w 1949 roku autor „Społecznej Genealogii” twierdził, że „Dla zrozumienia genealogii inteligencji polskiej ważnym momentem jest fakt, że w okresie porozbiorowym inteligencja była jedyną spadkobierczynią szlacheckiej idei państwowej i stanowiła „moralny” rząd narodu polskiego”.

Ale Chałasiński właśnie, ten syn pisarczyka gminnego – rząd ów poddaje miażdżącej krytyce wskazując, że polska inteligencja była warstwą nieproduktywną. Zachowując jedynie towarzyskie formy nie potwierdzała swojego znaczenia ani gospodarczą ani polityczną aktywnością.  Wyrzucając poz swój nawias nawet zawodowych  intelektualistów ( pisarzy i naukowców) przekształciła się zdaniem Chałasińskiego w wyizolowana biurokrację i stworzyła – jak je socjolog nazywa; „inteligenckie getto”. „Inteligenckie getto – powiada Chałasiński – a w tym i getto uniwersyteckie nie jest terenem do zdobywania sławy lecz reputacji”.

W getcie zamykają się inni. Ci, którzy chcą się odróżnić. Nie ulega wątpliwości, że wychowany na Gombrowiczu i Schultzu, Tuwimie i Jasieńskim, Andrzejewskim i Konwickim – współczesny polski inteligent najabrdziej chce się odróżnić od  Estancji i Nawłoci, wyrzeka się polskości Sienkiewicza szukając uniwersalizmu w Gombrowiczu. Zachłystuje się polską Anty-Inwokacją z „Trans-Atlantyku”:

„Płyńcież Rodacy do Narodu swego! Płyńcież wy do Narodu Waszego św. chyba przeklętego. Płyńcież do Stwora tegoż Św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież wy do Cudaka waszego Św., od natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony.  Płyńcież, płyńcież, ażeby on wam ani żyć, ani zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was między Bytem i Niebytem trzymał. Płyńcież do Ślamazary waszy Świętej, żeby ona dali Ślimaczyła…” .

Zachłystuje tak dalece by dziś piórami każdego pismaka  postkomunistyznej Trybuny powtarzać : „że zacna skądinąd myśl, by uczyć młodzieży upodobania do poznawania historii i kultury własnego narodu, bardzo łatwo przeradza się w propagandę nacjonalizmu. Uczucia narodowe i nacjonalistyczne, w przeciwieństwie do wartości humanistycznych i uniwersalnych, możliwych do opanowania przede wszystkim rozumowo, mają głównie  charakter emocjonalny. Są one niejako naturalne, atawistyczne i łatwo je rozhuśtać kilkoma chwytliwymi hasłami. Europa przez całe stulecia, żmudnie i z wielkim wysiłkiem, dochodziła do poszanowania indywidualistycznego humanizmu i praw człowieka.”[1]

Współczesna elita intelektualna chce być ponadnarodowa. „Międzynarodówkę” śpiewali komuniści – ideą był internacjonalizm. Dziś z „Hymnem do Radości” Beethovena na ustach mamy stawać  się członkami Wielkiej Europejskiej Rodziny.

Mamy więc dwie inności. Dwa getta. Getto inteligenta z Nawłoci Żeromskiego i całkowitego jego przeciwieństwo jakim jest izolacja „klerka z Krakowskiego Przedmieścia” – sportretowanego w „Kalendarzu i Klepsydrze” Konwickiego.

No, ale nad tym słowem ciąży przecież jeszcze jedno, wyjściowe w końcu znaczenie, dosadnie scharakteryzowane przez Żeromskiego w „Ludziach Bezdomnych”: „zamieszkujący lub zatrudnieni w tych stronach tworzyli tak zwane getto. Lecz to ich osiedlisko nie powstało w przeszłości, nie miało za sobą historii. Same nazwy ulic wskazywały, że tak nie było. Nikt ich tutaj nie osadzał osobno, jak, dajmy na to, papież Paweł IV w Rzymie aby się z chrześcijanami nie stykali, nikt ich nie zmuszał do zamieszkania tutaj właśnie, a nie gdzie indziej. Sami spłynęli w tę dzielnicę, zeszli się tu jedni do drugich, a przyrastając stale, stworzyli samochcąc getto..

Otóż nie ulega wątpliwości, że ten element inności, zrośnięty z polskim obyczajem. Ten cwaniak, handlarz, brudas  opisywany w „Eli Makowerze” Orzeszkowej  czy u Żeromskiego zniknął do jednego.

Kto za to odpowiada ? Kto sprawił Shoah?  Nie wiem i nie tu miejsce dywagować jaki np. mieli w tym udział amerykańscy arystokraci finansjery  nie dopuszczający już w czasie II Wojny Światowej by statki z ludźmi uchodzącymi z Europy przed pogromem nie były do Stanów wpuszczane; by w kraju w którym obcej biedoty było najwięcej właśnie dlatego, że nigdy nie było w nim podobnych choćby hiszpańskim prześladowań, by w Polsce dokonała się rękami nazistów eksterminacja tego „chwastu kulturowego”.

Nie wiem. Wiem tylko, że raz jeden miałem ochotę kogoś gołymi rękami udusić. Było to w 1975 roku, gdy głodny i zmęczony dotarłem na szczyt Autello Nationale w Rzymie.  Podszedłem tam  do grupy francuskich studentów. Ot tak, pogadać.  Gdy po wstępnych grzecznościach powiedziałem, żem Polak, nagle usłyszałem z ust wyglądającego jak młody esesman blond żabojada, że on jest: z diaspory, a Polacy wymordowali jego Naród.

Nie chcę pamiętać co było dalej.  Ani zmyślać.  Po bezskutecznej dyskusji moja reakcja pogłębiła zapewne u przysłuchujących się awanturze europejczyków stereotyp,  że Polak zobaczywszy obcych dostaje szału…

W Polsce wybito chyba do jednego biednych z tych miasteczek, w których  niekoniecznie po polsku mówiono. Przecież urodzony w w Leoncinie koło Nowego Dworu Isaac Singe,  który  32 lata życia spędził między Warszwą a Biłgorajem by w wieku Chrystusowym  zbiec przed Hitlerem do Stanów  - nawet dobrze polskim nie władał.

„Polacy winni wdzięczność Adzikowi” ironicznie pisał Jacek Kaczmarski w „Tunelu”.  O nie !  Nie Polacy.

Zresztą ja nie znam takiej opozycji Polak – ktoś z diaspory. Znam tylko opozycję polski inteligent z getta i polski warchoł, cham, antysemita.

Rzecz w tym, że dla większości klerków z Krakowskiego przedmieścia opozycja ta dzisiaj się odwraca przeciwstawiając europejskim inteligentom z aspiracjami do Hollywoodu – ksenofobijnego narodowca z  „Kompleksem Polskim”. A to też antynomia fałszywa.

[1] Krzysztof Lubczyński, ,,Trans-Atlantyk” znów straszy ,,Trans-Atlantyk” znów straszy , Trybuna

Rozdz. XXXVI – Uchodźcy z pogromu

Zbiegł kto zbiec zdołał. Niektórzy niepomni przestróg Marka Edelamana wyjechali by już lat 60 walczyć z Arabami. Ludzi biednych i niewykształconych wymordowano milionami. W Treblince, Majdanku i Oświęcimiu spłonęło jedno getto. Drugie – to inteligenckie, narodowe, „tromtadrackie” ginęło w Palmirach i w Katyniu, w Oświecimiu  i w Miednoje, lało krew pod Lenino i Monte Casino, w Powstaniu Warszawskim i jeszcze w sowieckich więzieniach w latach pięćdziesiątych dobijano resztki ‘inteligenckiego getta’ ze szlacheckim rodowodem.

Wojnę przeżyła za to,  w znacznym stopniu zasymilowana a zatem polska inteligencja pochodzaca z diaspory. Byli w Armii Andersa jak Artur Międzyrzecki, przechowali się z Rządem Londyńskim w Angli  jak Antoni Słonimski. Wielu, przed Hitlerem uciekło do Rosji, by jak inżynier Goldzamt  ojciec Saszki Gurjanowa wrócić tu z internacjonalizmem komunistycznym na ustach.

Z Krzysztofem Wolickim w Nowej Telewizji Warszawa - 22.II.1995

Krzysztof  Wolicki, tłumacząc swoje związki z komunistami i Rosjanami powie mi już w 90’tych latach. -Bo w życiu Panie Andrzeju ważne jest tylko, kto Pana bił – mnie bili Niemcy.

Niemcy wybili cały lud, całą diasporę getta. Rosjanie zaś znaczną część czysto polskiej inteligencji ze szlacheckim rodowodem. Rosjanie byli ‘lepsi’ – uciekinierów z getta nie zabijali. I tak jedna diaspora zastąpiła drugą. Getto inetligenckie zostało zastąpione przez uciekinierów z getta. Ci uciekinierzy stworzyli w Polsce tę swoistą „enklawę klerków”.

Po 1945 roku odwróciły się intelektualne proporcje społeczeństwa polskiego. Twierdząc, że obcych nie ma wszystkie sfery opiniotwórcze i polityczne nowej Polski opanowane zostały przez wykształconych Polaków z kompleksem uchodźcy z pogromu.

Profesor Józef Chałasiński sformułował tezę o szlacheckim rodowodzie inteligencji polskiej.  Pisał o inteligenckim gettcie.  Myślę, że po hekatombie II Wojny Światowej teza to już tylko w połowie aktualna. Inteligenckie środowisko zachowało cechy diaspory zamkniętej w gettcie. Lecz nie jest to już dzisiaj warstwa będąca „jedyną spadkobierczynią szlacheckiej idei państwowej”. Przeciwnie na współczesnej polskiej inteligencji ciąży stygmat ucieczki z getta współbraci. I wina odtworzenia getta obcego większości rodaków. Dużo prawdziwsze będzie dziś zatem stwierdzenie odszczepieńczego stygmatu współczesnych polskich  elit intelektualnych. ( Czyżby „łże elit” stojących na czele wykorzenionych „wykształciuchów”  – jak się wyrwało  swego czasu wpierw  Jarosławowi Kaczyńskiemu , a potem Ludwikowi Dornowi, gdy jeszcze działali w tandemie).

Ale nawet Kaczyńscy wiedzą, że sami sobie nie poradzą. Walcząc z Unią Wolności dziś rozrzedzoną w Platformie wiedzą, że w szczególności w kulturze, ale podobnie w adwokaturze czy medycynie środowisko jest przez inteligenckich odszczepieńców zdominowane. Pamiętam mój szok, gdy w Szkole teatralnej  uświadomiłem sobie, że stróżami piękna polskiej mowy są Erwin Axer, Leon Schiller, Alexander Bardini, Zygmunt Hubner, Jerzy Koenig – wspaniali znawcy i piękni Polacy, lecz dlaczego ani jednego wśród nich polskiego nazwiska ?

Dlatego Andrzej Urbański, z którym przyjaźnię się lata nawet się nie zająknął objąwszy fotel wiceprezydenta Warszawy by w inne ręce dać Biuro Kultury. Chciał jak najwyżej.  Gdy jednak zarówno Antoni Libera jak Wanda Zwinogrodzka mu odmówili – skończyło się na Małgosi Naimskiej, która w pierwszych rozmowach informuje, że jest czystą Polką( bo kulturę innych  dziedziczy się wszak  po matce) wnet jednak dodaje, że poza tym jest … córką Rabina.

Polscy solidarni, posiadający zaplecze na zachodzie odszczepieńcy i samotnicy, obrabowani z tradycji,  pozbawieni rodzin, często ochrzczeni, miotający się między lękiem, a chęcią odwetu za doznane krzywdy,  doświadczeni hekatombą, ciężko przestraszeni  uciekinierzy z getta – takimi treściami nasycaja polską  kulturę. Lud patrzy na to z mieszaniną podziwu i narastającej niechęci.

Podziwu:  bo przecież nie sposób odmówić talentu Zimmermanowi czy Huellemu,  Lebensteinowi czy Polańskiemu, Preisnerowi czy Agnieszce Holland. Z niechęcią – bo cały ten internacjonalistyczny nurt, to artystyczne cmokierstwo i  Hollywood, do którego dzieci rabinów coraz otwarciej dziś się już przyznają  – nie jest wszak wszystkim, co sztuka może.  Ale czy może coś innego, tego nie wiemy.

Nasza kultura staje się w ten sposób kulturą mniejszości. W polskim języku formułuje się myśli pognębionych, wygnańców i osamotnionych. Tych, którzy nie mając swego miejsca na ziemi – szukają wciąż Ziemi Obiecanej. Tych, co uciekają z Egiptu od potęgi, wiary i siły faraona. Tych, którzy cudze ziemie chcą przejąć i przedstawić za swoje.

Kultura Polska kierowana od przeszło pół wieku przez getto uciekinierów z getta staje się przybytkiem niszy i kultywuje wszelkie słabości. Staje się ekspresją tych, którzy mówiąc słowami Marka Edelmana będą zawsze przeciw władzy i mają poczucie wspólnoty ze słabszymi.

Obsesja strachu przed pogromem prowadzi do wykluczenia, zamknięcia kultury narodowej dla wszystkiego co czysto ojczyste, co z mową polską, tradycją zwycięską, snem o potędze związane. Dla wszystkiego, co chce być silne, radosne, może nawet dominujące czy imperialne. O tym może marzyć Rosjanin, Amerykanin, Francuz czy Brytyjczyk ale point de reveries Polonais – wam to zakazane.

Gdyż w Polsce –  zdaniem jej ocalałej z pogromu elity każda wspólnota nie kontrolowana przez obcych może się stać ksenofobijna, obskurancka, antysemicka – słowem ‘polaczkowata’. Czy lepiej więc by jej nie było ?

Rozdz. XXXVII – Góral z Góry Synaj ( albo z Wildsteinem na Charenton)

Spotkanie z Lutkiem Stommą w jakiejś kafejce w XVIII dzielnicy. Przypominam sobie: Paryż – rok 1984. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu żeśmy obaj uciekli z kart „Straconych Złudzeń”: on zakorzeniony już od lat kilku Rastignac tłumaczył przybyłemu z prowincji wielkiemu człowiekowi, że się spóźnił – już wszystkie miejsca powstałe z solidarności Francuzów zajęte. Można jednak spróbować wejść na  któryś z salonów.

Masz dziś trzy drogi rzekł: możesz przystać do gejów, księży lub zgłosić akces do Gminy. – No coż tobie, westchnął,  przyglądając mi się krytycznie – jedni tylko księża pozostają.  To jednak najbardziej kruche wsparcie.

Potwierdził to Marek Tabin, który właśnie z  gminnego klucza  po wracającym do Polski ( by zostać deportowanym) – Sewku Blumsztajnie otrzymał posadę w CGT ( francuskiej centrali związkowej przy której działało paryskie przedstawicielstwo podziemnej Solidarności) . Tylko Gmina jest skuteczna.

- No ale co ty masz z nią wspólnego, pytam.

- Nie ważne.  Istotne, że się do niej przyznaję, zresztą moja pierwsza żona miała gminne korzenie. To wystarczy.

boguslawscyW diasporze nie trzeba się urodzić ani nawet wychować – wystarczy przyznać się do niej.  Można to zrobić z pokorą  lub też autoironicznie jak choćby Bronek Wildstein – poznany na przyjęciu w Charenton w przeniesionym z ulicy Kieleckiej w Warszawie salonie Noemi i Andrzeja Bogusławskich.

A ty skąd jesteś Bronku, pytam ówczesnego redaktora naczelnego paryskiego „Kontaktu” wydawanego przez Mirka Chojeckiego. Ciekaw z jakiego w Polsce miasta pochodzi.

Ja jestem góral z Góry Synaj, odparł mi na to Mazur spod Przemyśla, co studiował w Krakowie.

Przyznam, że mnie wparło.  I ciągle nie mogę wyjść z zadziwienia.  Ja po prostu ani wtedy, ani dziś nie umiem dzielić Polaków. Nigdy nie było we mnie poczucia innej niż językowa,  jakiejś plemiennej wspólnoty. Nauczono mnie, że wszystkie kryteria winny być obiektywne, kumoterstwo zakazane, nepotyzm grzeszny, protekcja skandalem.

I cóż mam powiedzieć dziś, gdy nie mający swych korzeni w diasporze ludzie  coraz częściej czują się odrzuceni – jakby we własnym domu byli intruzami !?

W czasach walki o niepodległość nie było  to odczuwalne. Wszyscy byliśmy prześladowani przez ustrój. Do naszej więc dyspozycji, wszystkich opozycjonistów, były środki zgromadzone na ratowanie diaspory.

Korzystałem z nich w drobnym zakresie. Przecież ambicje były większe. Marzyłem wtedy by zostać w Paryżu, dostać się na Uniwersytet, zgłębiać teatrologię, z której już miałem doktorat.  Moim oparciem w tym mieście była od zawsze, jeszcze przed wojną zamieszkała na paryskich  Bagnach ( le Marais) Olga Scherer-Virsky.

Olga Scherer

Olga Scherer

Olga była cztery lata starszą,  przyjaciółką mego ojca jeszcze z krakowskich czasów szkolnych. Zajmowała się językoznawstwem, komparatystyką,  generatywistami. Pisała też powieści po polsku takie jak choćby wydany w paryskiej Kulturze „W czas morowy”.  Związna długo z malarzem Janem Lebensteinem była duszą polskiej emigracji, dysponowała funduszami na wspieranie polskiej kultury niezależnej.  Niezawodna depozytariuszka pieniędzy, informacji i … miłości dalmatyńskiej Damy.

Olga z Dalamatyńczykami Dama i Laszką

Poznałem ją  jeszcze w 1975 roku podczas mego pierwszego pobytu w Paryżu. Między kartami wielotomowego Słownika Języka Polskiego przechowywała Olga studolarowe zaskórniaki dla przybyszy zza żelaznej kurtyny. Zapraszała na lody, wspierała radami.  To ona wprowadziła mnie na Surcouf do Księży Palottynów.  Tego czerwcowego dnia poznałem Miłosza i księdza Józefa Sadzika, a także już u Lebenstina w domu – twórcę socjologii teatru – Aleksandra Hertza.

Teraz w ‘84 Olga pracowała jako profesor na Uniwersytecie Saint-Denis. Wyznałem jej, że marzę o poznaniu pracującego na tej uczelni guru francuskiej teatrologii Andrais Veinsteina. Olga natychmiast zaaranżowała mi spotkanie z autorem „La mise en scene théâtrale”. W umówionym dniu zabrała mnie swoim samochodem na ten skądinąd paskudny, oblegany przez komunizujących kolorowych kampus. Kiedy jednak już wchodzić miałem do gabinetu profesora ujęła mnie jakoś tak serdecznie i powiedziała dość dobitnie. Tylko pamiętaj Jędrek jak będziesz rozmawiał z profesorem – nie zapomnij powiedzieć, że jesteś moim kuzynem.

Zgłupiałem. Miałem równo 30 lat i w ogóle nie rozumiałem o co Oldze chodzi. Veinstein,  Lebenstein, Wildstein czy  Scherer – a mnie nawet do głowy nie przyszło, że poza polską czy zawodową może ich łączyć jakaś więź silniejsza. Uciekinier z polskiej utopii mimo przeżycia Marca 68 nadal nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak Gmina. – A przecież wg mej wiedzy nie byliśmy rodziną. Przyjaźń to jedno – kłamstwo to rzecz druga.

Rozmowa z Profesorem była miła i ucząca. Nie znalazłem jednak w niej miejsca na wtrącenie wątpliwych informacji rodzinnych, którymi profesor jak sądziłem mało by był zainteresowany. Przekonać  próbowałem go moją teorią teatru, daniem mi szansy kształcenia się u jego boku. No cóż,  usłyszałem kilka komplementów. Parę ważnych rad i z nimi – przyszło powrócić do Polski. Do Polski, w której długo, bardzo długo nie mogłem jeszcze elementów tego puzzla poskładać. A kiedy poskładałem ? Może dopiero wtedy, gdy nieoczekiwaną konwersję zaczęła przechodzić – Bocheńska.

Rozdz.XXXVIII Obyś nie miał wnuków

poprzedni pierwszy następny

O Bocheńskiej  już było. I było, że jest ich wiele. Może nawet więcej. Małgosia z domu nazywa się  Gąsiorowską i jest kuzynką wybitnego polskiego pisarza,  autora „Huraganu” i „Księżny Łowickiej” – Wacława Gąsiorowskiego. Jest też siostrą rodzoną marksizującego poety z pokolenia Hybryd – Krzysztofa Gąsiorowskiego.

Małgosia ma w sumie czwórkę dzieci, w swym Salonie  101 hołubiła polską prawicę z zajmującym nawet krótko stanowisko jej męża Janem Parysem czy stawiającym pierwsze kroki na polskich salonach Radkiem Sikorskim. Słowem – jak ją kiedyś podsumowała Iza Cywińska: prawicowa kanapa.

Ta kanapa  poniosła jednak w Polsce Niepodległej totalną klęskę. Upadł Rząd Olszewskiego. Wszystkie próby stworzenia instytucji kultury czy mediów rodzimymi rękami spaliły na panewce. Gazety, telewizja, prywatne radio  – wszystko znalazło się pod  obcnym wpływem. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy siłowo zamknięto moją „Nową Telewizję Warszawa” tworzoną przez Mirka Chojeckiego, czyli około 1995 roku – Małgorzatę brutalnie wyrzucono z Telewizji Publicznej.

Znalazłszy się bez środków do życia –  nie od razu,  nie od razu wcale musiała uznać, że nie ma wyjścia. Zgłosiła akces do gminy. Nic pewnego nie wiedząc o Ricie -   swej matce włoskiego pochodzenia  przyznała się do diaspory.

Znów oniemiałem,  znając na dodatek jej opowieść o bracie Krzysztofie. Gąsior bowiem by żyć publicznie  - miast z diasporą bratał się z komuną. A czynił tak także  i dlatego, że jak mi to sama Małgosia powiedziała kontrolujący środowisko poetyckie depozytariusze diaspory wyraźnie i wprost  mu powiedzieli, żeby się strzegł bo jest – cudzy. W Polsce komunistycznej bowiem,  poza tymi trzema wskazanymi mi przez autora „Żywotów zdań swawolnych”   klasycznymi drogami nowożytnej kariery, była jeszcze czwarta:  możliwość akcesu do Partii. Tę wybrał był Krzysztof, co dowodzi, że kariery pragnął nadmiernie jednak,  przynajmniej rodzinnie,  z żadną zdolną mu to ułatwić wspólnotą –  nie czuł się związany.

malgosia_ryngrafTymczasem jego rodzona:  z tej samej matki i ojca powita siostra, po opozycyjnych bojach, telewizyjnych przejściach i prawicowych ekscesach nagle odkryła w  sobie duszę szabaśnika. Dom Bocheńskiej  na Saskiej stał się z początkiem nowego tysiąclecia  miejscem spotkań rabinów. Przyjdzie taki dzień, gdy niczym paryska Olga, ofiaruje mi myckę i  łańcuszek z  Gwiazdą Dawida.

No cóż, gest miły. I akt solidarności się liczy. Ja jednak nie potrafię wyrwać z serca szkaplerza z chrztu  i odżegnać się od medalika dzieciństwa z Matką Boską Ostrobramską w szczerym złocie…

Więc przyjdzie i taka, bardzo już,  bardzo niedawna chwila,  gdy już wszystko niemal pojąwszy – w rozgoryczeniu wyrzucę Małgosi to szaleństwo zamykającej się diaspory.

- Jak kiedyś sklepiarze i chłopi mieli dość tandety sprzedawanej w sklepikach z getta, powiem tak nadejść mogą czasy, gdy inteligenci europejscy przypomną sobie, że nie wszyscy pochodzą z Góry Synaj. Jeszcze nie ja, zbyt dobrze znam dzieje holocaustu, nawet nie córki moje. Lecz jak tak dalej pójdzie  nasze wnuki  mogą  panoszącym się  ponad miarę drzwi  na pustynię wskazać.

- Obyś nie miał wnuka – klątwę rzuciła konwertyczka.

XXIX – Instytucja Gminy

CDN

Rozdz. XXXIX – Instytucja Gminy

poprzedni pierwszy następny

  1. Instytucja Gminy

Wszędzie tam, gdzie mechanizm dziedziczenia czy wręcz wojennej zdobyczy chce być zastąpiony przez system dotacji, budżetów  czy posad – wszędzie tam rozpoznaje się Gmina. Rozpoznaje się, gdyż to na jej modłę wymyślone zostały wszystkie: czy to komunistyczne dotacje czy z tej samej utopii sprawiedliwego podziału wyssane: unijne fundusze strukturalne oraz bezpośrednie dopłaty.

Pojęci Instytucji stoi jak wywodziłem w rozdziałach V i VI tego studium u podstaw romantycznej episteme ukształtowanej przeszło dwieście  lat temu. Wyrazem tej epoki jest laicka instytucja. Jej organizację najlepiej wciela w sobie gmina. Gmina jest więc zapleczem instytucji i jej pierwowzorem. Określa mechanizm, który w XIX i XX wieku podporządkował sobie praktycznie wszystkie sfery życia nazywanego społecznym. Jej współczesnym kształtem jest biurokracja, zapleczem urzędnicza inteligencja, główną bazę materialną: media,  handel i banki.

A przynależność do niej nie jest kwestią genów czy rasy lecz zgodą na mimikrę, wyparcie się wiary ojców, akceptację uproszczonego  światopoglądu, który niegdyś nazywano materialistycznym, a dziś sprowadzony został do jeszcze banalniejszej postaci. Zdefiniowany jeszcze przez socjologów amerykańskich „proletariat w białych kołnierzykach” najkrócej scharakteryzować  dziś można przez ochraniającą wszystkie mniejszości słabszych –  tzw. „polityczną poprawność”.

Wszystkie te sfery, które podlegają instytucjonalizacji stają się zarazem zakładnikami zasad funkcjonowania gminy. Przejawia się to, co oczywiste w szczególnym  zinstytucjonalizowaniu  środowisk naukowych, artystycznych  i filmowych. Także – teatralnych. A poziom dominacji  jest pochodną stopnia skomplikowania i kosztowności  organizacji artystycznej. Stąd w sferach filmowych jest on zdecydowanie największy. W teatralnych – też nie mały.

Powoli – bardzo powoli to do mnie docierało, że teatr jest nie tylko recytacją, nie tylko zachwytem,

Świsnął szablą koło ucha

Świsnął szablą koło ucha

„Świśnięciem szablą koło ucha” –przedszkolakom słuchającym „Pani  Twardowskiej”, że teatr jest nie tylko ideą, fascynacją i porwanym tłumem lecz także urzędem i instytucją. Instytucją, na którą przekładają się mechanizmy ustrojowe.

Kiedyś – to znaczy w czasach realnego socjalizmu – wystarczyło mieć poparcie w Wydziale Kultury KC nad którego składem najczęściej panowała Gmina.

A dziś ? – Cofnijmy się jednak do korzeni…

XL.  Narodowy

CDN

Rozdział XL. Narodowy

poprzedni pierwszy następny

Moje  teatralne życie zaczęło się w Teatrze Narodowym w okresie dyrekcji Kazimierza Dejmka. „Akademia Pana Kleksa” latająca pod sufitem, a potem Holoubek z prześliczną Marią Wachowiak

Gustaw Holoubek jako Ryszard II ( 1964)

Gustaw Holoubek jako Ryszard II ( 1964)

w Ryszardzie II Szekspira i w roli Przełęckiego w „Przepióreczce” Żeromskiego i jeszcze Mizantrop.

Tu zaczął się teatr, który trwał aż do marca 1968 roku – do „Dziadów”.

Gustw Holoubek jako Konrad w "Dziadach" reż. Kazimierz Dejmek 1967

Gustw Holoubek jako Konrad w „Dziadach” reż. Kazimierz Dejmek 1967

Byłem na tym słynnym przedstawieniu razem z ojcem w połowie listopada 1967 roku. Miałem 13 lat. Zapamiętałem improwizację Holoubka, anioły Stopki no i oczywiście Salon warszawski z tym słynnym:

“Nie dziw, że nas tu przeklinają,

Wszak to już mija wiek,

Jak z Moskwy w Polskę nasyłają

Samych łajdaków stek.”

Istotnie wypowiadanym z proscenium, rzuconym  na jakiś podatny grunt Sali, która podchwytywała te słowa, oklaskiwała – doznawała częstego w historii polskiego teatru zbiorowego katharsis znanego  choćby z wystawień Halki, z pieśnią Matko Moja Miła, gdzie wszyscy wiedzieli, że „Matka” to znaczy „Polska”.

Tak, wtedy poczułem po raz pierwszy siłę teatru, ale potem zrozumiałem, że to – zapośredniczenie emocji zbiorowej nie musi być koniecznie patriotyczne. Może mieć korzenie religijne, moralne, środowiskowe.

Może być nawet inspirowane, podgrzewane. Jak od dawna podejrzewają niektórzy zwolennicy spiskowej teorii dziejów, że cała sprawa była przygotowanym atakiem moczarowców. Może…

Może nawet Duch Święty inspirował nie tylko  Konklawe lecz wywierał wpływ na członków Opus Dei, wierzycieli Banku Watykanskiego, a także policje jawne, tajne i dwupłciowe po obydwu stronach żelaznej kurtyny.

Może działali nawet za pośrednictwem Hollywoodu, na co wskazuje kompletnie zapomniany film z Anthony Quinem. Film z roku 1968 zatytułowany „Trzewiki rybaka” (Shoes of the Fisherman) będący swoistą antycypacją,  nieprawdopodobnym wręcz proroctwem zapowiadającym – na 10 lat przed wyborem polskiego Papieża -  słowiański pontyfikat powołanego na Stolicę Piotrową fikcyjnego biskupa Lwowa .

Jakkolwiek było interwencja ducha w dzieje i jego objawianie się w przestrzeniach teatralnych, jakimi już za kika lat miały się stać msze papieskie w plenerach – nie ulega dla mnie wątpliwości

Tak, wszelka kreacja, a nawet i  prowokacja, jeśli ma być skuteczna musi wiazać się wprost z autentyczną potrzebą grupy. Właśnie choćby taką jak proste spotkanie. Ze sporym obrzydzeniem oglądałem ostatnio w TVP Kultura  jakiś program o dejmkowskich „Dziadach”. Co ciekawe sam Dejmek się tam nie wypowiadał. Mówili za to wiele, by nie powiedzieć pletli, występujący w tym spektaklu aktorzy. W ich wspomnieniach naczelne miejsce zajmowała środowiskowa intryga, bojkot, który scenie Narodowej próbowało zafundować środowisko. Zmiany pracy i posadki. Byłoby o czym mówić, gdyby te prześladowania były realne. Ale wbrew pozorom tak nie było. Miejsce partyjnego Dejmka w Teatrze Narodowym zgodził się zająć bezpartyjny Hanuszkiewicz!

Adam to konformista, rzecz jasna, jak wszyscy gotowi działać publicznie w owym czasie. Niezwykle jednak utalentowany artysta, któremu los pozwolił już wkrótce nawiązać autentyczny kontakt z młodzieżową publicznością.

Zatem kolejny początek czy raczej – korzeń – to „Kordian” z Andrzejem Nardellim -

Andrzej Nardelli
Andrzej Nardelli

jeszcze w Teatrze  Powszechnym. „Kordian”  bez kurtyny, co było wówczas nowością, „Kordian” rozdwojony na dojrzałego Adama i tańczącego jazz w takt muzyki Kurylewicza na łóżku Wioletty niewinnego Młodego. „Zabił sie młody” tak samo jak Ludwik Spitznagel.  Przepadł Nardelli  w nurtach Narwi.

Tak! – Nie zdołam opowiedzieć mojego konserwatywnego ogródka, a może nawet bezkrwawej rewolucji Solidarności  bez wytłumaczenia czym była

XLI. Adama Hanuszkiewicza klasyczna awangarda

CDN

Rozdział XLI. Adama Hanuszkiewicza klasyczna awangarda

poprzedni pierwszy następny

Nie można recytować Inwokacji z „Pana Tadeusza”   tak samo jak się nie da „ładnie” zmówić Modlitwy Pańskiej. Więc wystawiając Pana Tadeusza  w Teatrze Narodowym kazał  Hanuszkiewicz zespołowi wypowiadać słowa skierowane do „Panny Świętej, co jasnej broni Częstochowy”, tonem chóralnie powtarzanej modlitwy. Nie było to pierwsze takie, intonacyjne „zagranie”. Podobnie zachował się wprowadzając do „Dziadów” inscenizowanych w Teatrze Małym w 1979 roku   fragmenty „Ustępu” III części nucone w melodyce mszalnego kantora.

Asystowalem przy tym spektaklu. Moim zadaniem było zbieranie latających kartek tworzonego między widownią, a sceną egzemplarza i układanie ich w całość.

"Dziady"  reż. A.Hanuszkiewicz, T.Mały (Narodowy) - 1978

"Dziady" reż. A.Hanuszkiewicz, T.Mały (Narodowy) - 1978

Teatr Hanuszkiewicza kojarzy się   z rekwizytami, z elementami dekoracji, nabierającymi na scenie nieprzewidzianych znaczeń. Z ową drabiną , z której szczytu Andrzej Nardelli wygłaszał monolog Kordiana na Mont Blanc,

Kordian z Nardellim - 1970 ( Teatr Powszechny&Narodowy)

Kordian z Nardellim - 1970 ( Teatr Powszechny&Narodowy)

z nie mniej sławną Hondą, na której, niczym na nowożytnej miotle latała Goplana (Bożena Dykiel) w przedstawieniu Balladyny.

Balaldyna - A. Chodakowska; Goplana ( na Hondzie) - B.Dykiel

Balaldyna - A. Chodakowska; Goplana ( na Hondzie) - B.Dykiel

Reżyserski styl Adama Hanuszkiewicza  wywodzi się z techniki nakładania planów właściwej  teatrowi telewizji, którego był on,  jeszcze w latach sześćdziesiątych,  jednym z pierwszych twórców.

Typowym przykładem telewizyjnego myślenia może być w teatrze ukazanie adresata, do którego Konrad  (Krzysztof Kolberger) kierował słowa Wielkiej Improwizacji w Dziadach.  Ten niby Pan Bóg, niby Szatan odsłaniał w finale Wielkiej Improwizacji pod czarnym płaszczem mundur carskiego żołnierza  przybyłego do celi Bazylianów po to, by pomóc „słowo ostatnie wyrzygnąć”.

O teatrze Hanuszkiewicza zwykło się mówić, że nie jest to scena aktorska. Istotnie nie stworzył ten reżyser i dyrektor, „komisu” aktorskiego podobnego warszawskim teatrom Ateneum  Janusza Warmińskiego czy Powszechnemu, jakim ( po okresie jego, Hanuszkiewicza dyrekcji i po remoncie ) stała się ta scena w rękach Zygmunta Hľbnera. Stworzył  jednak teatr inscenizacji, w którym lepiej dostrzegamy reżysera nie dlatego by się aktor nie liczył lecz dlatego, że kreacje sceniczne zapamiętujemy na tle całego zespołu. U Hanuszkiewicza aktor nigdy bowiem nie jest sam. Widzimy go zawsze wśród mówiącego, śpiewającego bądź  tańczącego chóru albo w  duecie. Efekty  nie są najgorsze biorąc pod uwagę, że przez ręce Hanuszkieiwcza przeszło grono najzdolniejszej młodzieży teatralnej dwóch pokoleń. Wystarczy przypomnieć nazwiska: Andrzej Nardelli, Anita Dymszówna,

Daniel Olbrychski (Hamlet) i A.Hanuszkiewicz (Duch)

Daniel Olbrychski (Hamlet) i A.Hanuszkiewicz (Duch)

Daniel Olbrychskim, Anna Chodakowska,  Wiktor Zborowski, Krystyna  Janda,  Grażyna Szapołowska czy

Wacława Dzieje - Krzysztof Kolberger - 1973

Wacława Dzieje - Krzysztof Kolberger - 1973

Krzysztof Kolberger to tylko niektórzy spośród rzeszy aktorów, stawiających  pierwsze sceniczne kroki  pod okiem Adama Hanuszkiewicza.

Można powiedzieć, że zasada dopełniania się aktorów określa istotę zespołowości teatru Hanuszkiewicza. Do niezapomnianych par zaliczyć trzeba  duety  samego Adama Hanuszkiewicza z Andrzejem Nardellim ( Kordian, Nie-Boska  Komedia ), z  Zofią Kucówną ( Wesele, Święta Joanna  ), z Danielem Olbrychskim (Hamlet, Beniowski ) czy z Anną Chodakowską (Antygona ) .

Antygona w reż. A.Hanuszkiewicza - 1972 - Dyplom PWST

Anna Chodakowska - Antygona w reż. A.Hanuszkiewicza (1972)-Dyplom PWST

Hanuszkieiwcz sam jest aktorem. I to bardzo wybitnym. Można go nazwać mistrzem dyskretnej uwagi. Hanuszkiewicz-aktor pilnuje w swoich spektaklach kompozycji, precyzji myślowego przewodu. To on stworzył pierwszy akt  Norwida , który mimo wszystkie zabiegi inscenizatorskie, mimo muzyki Kurylewicza i mimo „pomysły” musiałby uciec w rezonerstwo bez czujnej obecności głownego protagonisty.

Norwid - 1970, na pierwszym planie reżyser A.Hanuszkiewicz

Norwid - 1970, na pierwszym planie reżyser A.Hanuszkiewicz

Obecność Hanuszkiewicza – komentatora  często wywołuje efekt osobliwości, nakłada kanwę narracyjną.

Operując schematem doświadczony – niedoświadczony prowadził Hanuszkiewicz na swojej scenie przez lat wiele ów podstawowy dialog między romantykami a pozytywistami. Dopasowując go każdorazowo do sytuacji współczesnej Polski, weryfikując w słowie i w czynie, wpływając na dzieje i program kierowanej przezeń długo Sceny Narodowej. Opowiadał  się Hanuszkiewicz zawsze konsekwentnie za trzeźwością, za realizmem ale był jednocześnie głosicielem nadziei i buntu.

Nieboska  Komedia - A. Hanuszkiewicz z A.Nardellim i Z.Kucówną ( dyskretna uwaga)

Nieboska Komedia - A. Hanuszkiewicz z A.Nardellim i Z.Kucówną ( dyskretna uwaga)

W przedstawieniach Adama Hanuszkiewicza   zabawa sceniczna splata się zwykle  z piosenką i liryczną tyradą. Jego teatr opiera się na kontrastach nastroju, którego klamrą bywa dowcipnie i lekko rozgrywane przejście od przytaczania do bezpośredniego uobecniania zdarzeń. Teatr ten rodzi się na skutek nałożenia na klasykę wrażliwości dzisiejszego odbiorcy. Odczytania jej post-gombrowiczowską świadomością i przetworzenia post-brechtowską wyobraźnią. Jednak dystans do roli, autoironiczne, a nawet groteskowe chwyty są bardzo silnie nacechowane emocjonalnie. Słychać to było w  Norwidzie  czy w  Beniowskim  gdy – transakcentując rytmikę i  wzbogacając zawartość iloczasową strofy – wybija Hanuszkiewicz swoje racje ponad zgiełk  i wszechogarniającą drwinę. Objawia się wtedy prawdziwe oblicze artysty, w braku współczesnej literatury wypowiadającego się językiem sceny.

Wszędzie tam gdzie nie wchodząc w kompetencje Pana Boga można przeciwstawić rozsądek entuzjazmowi, doświadczenie naiwności, słabości siłę, a nadziejom trzeźwą ocenę realiów; tam gdzie odzywa się Prezes w Kordianie  czy Nieznajomy w  Wacława Dziejach  Garczyńskiego; tam gdzie  można bronić racji Kreona czy ukazać przesłanki postępowania Enony z Fedry, wszędzie tam  usłyszymy głos hanuszkiewiczowskiego teatru. Głos głębokiej wiary w słuszność postawy pragmatycznej i organicznikowskiej racji.

Został ten teatr zamieszany w politykę. W roku 1968 po zdjęciu ze sceny Teatru Narodowego  Dziadów,  po związanych z tym faktem słynnych Wydarzeniach Marcowych i usunięciu ze stanowiska dyrektora tej sceny Kazimierza Dejmka  – Hanuszkiewicz zgodził się połączyć dyrekcję  kierowanego wówczas przez siebie, a wymagającego kapitalnego remontu Teatru Powszechnego i przejąć Teatr Narodowy. To pragamatyczne zachowanie przysporzyło mu wielu wrogów. Stało się jednak, że nie kto inny lecz właśnie Hanuszkiewicz, jeszcze ze sceny Teatru Powszechnego, opowiedział inscenizując Kordiana  historię słusznego buntu studenta, który nie koniecznie zostanie rozstrzelany. Hanuszkiewicz odezwał się językiem rock opery i jazzu zrozumiałym dla   big-beatowej młodzieży pokolenia marcowego.

Andrzej Nardelli jako Kordian w tle zespół A,Kuryleiwcza ( pierwszy z lewej)

Andrzej Nardelli jako Kordian w tle zespół A.Kurylewicza ( pierwszy z lewej)

Od tej chwili zaczął się, tak go można nazwać, romans Hanuszkiewicza z nastolatkami tłumnie przybywającymi na kolejne premiery romantycznego kanonu: na Nie-Boską Komedię, na Norwida,, tryptyk zatytułowany Mickiewicz, którego kulminacją stały się Dziady  wystawione w 1978 na  afiliowanej przy Teatrze Narodowym scenie Teatru Małego.

Jednym z ostatnich  spektakli pokazywanych w Teatrze Narodowym, granym w ciągu roku 1982 i jeszcze w pierwszych miesiącach roku 1983 (już po karnym odwołaniu w stanie wojennym, tym razem Hanuszkiewicza ze stanowiska dyrektora Teatru Narodowego) stała się  inscenizacja Pana Tadeusza.

Pan  Tadeusz   Mickiewicza chodził  za Hanuszkiewiczem niemal od zawsze. Wystawiał go już w telewizji, w odcinkach, w ramach tzw. Studia 63.

Zofia Kucówna i Adam Hanuszkiewicz - 1963

Zofia Kucówna i Adam Hanuszkiewicz - 1963

Teraz reżyser ukazał na scenie  zminiaturyzowaną dekorację – niczym zabawki, wspomnienia dziecięcych lat, niczym lalkowe dekoracje plączące się u nóg aktorów przywołał:        ” bramę na wciąż otwartą”, „stogi użątku”, ów „dwór szlachecki z drzewa lecz podmurowany”.

Wrażenie wynikające ze skojarzenia miejsca, czasu oglądania, treści i formy widowiska pozostanie niezatarte w swej mocy. Podobnie jak i kreacja

Kucówna (Matka Boska Poczajowska) - Beniowski - 1971

Kucówna (Matka Boska Poczajowska) - Beniowski - 1971

Zofii Kucówny, owej  towarzyszącej Hanuszkiewiczowi w artystycznej drodze  przez lata mistrzyni obecności bezpośredniej. To ona w tym spektaklu wypowiadała wstrząsajce ludźmi świeżo zakneblowanymi po wybuchu sierpniowej  wolności słowa:

O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju,

Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!

[...]

Obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna!

Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna!

Urodzony w niewoli, okuty w powiciu,

Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu.

Hanuszkiewiczowi i nam udało się przeżyć takich wiosen więcej. Już nie tak burzliwych, nie tak porywających, nie wyzwalających tak wielu nadziei. Przychodzi zapytać co znaczy dziś romantyczna treść literacka i awangardowa forma teatralna. I jedna i druga są składnikiem naszej tradycji, są bogactwem kultury, osią wykształcenia. Jesli coś konstytuuje mickiewiczowskiego Pana Tadeusza to pewnie  -  „malowanie słowem”, jeśli Hanuszkiewiczowi coś jest właściwe to: śpiewanie kształtem.

Teatr Hanuszkiewicza to bowiem głównie forma: bezbłędna, ostra, kontrowersyjna lecz obecna. Może się jakiś spektakl bardziej, może mniej Adamowi Hanuszkiewiczowi udać. Mogą komuś: jego fraza, wyobraźnia, skojarzenia i inteligencja nie odpowadać – ale pewne jest to, że obcuje ze skończonym kształtem. Konstrukcją samoświadomą, wykształconą konsekwentną. Sztuką, którą można pewnie ( i słusznie) kojarzyć z awangardą lat dwudziestych, skąd ogromna ilość środków została zapożyczona i w klasycznej formie utrwalona. Bo Hanuszkiewicz jest klasykiem – klasykiem awangardy teatralnej, któremu dobrze służy obcowanie z innymi. a najlepiej z romantycznymi  klasykami.

XLII. Alians z Widzami

Rozdz. XLII Alians z widzami

poprzedni pierwszy następny

Tak, od Hanuszkiewicza, nauczyłem się, że teatr nie jest dla aktora, związku zawodowego, nie jest dla cmokierów spod znaku Marty Fik, która w „Polityce” Rakowskiego udawała świętszą niż sam Papież. Teatr jest dla publiczności. Od Adama nauczyłem się także, aż po dziś dzień tą widownią się bronić. Po 68 roku mój ojciec otrzymał zakaz druku pod nazwiskiem. Mógł jednak funkcjonować i zarabiać pod pseudonimami. ( Nb. ja dziś w pod nazwiskiem funkcjonować mogę w  dość ograniczonym zakresie – zarabiać nawet anonimowo nie jestem w stanie…). Zaczął zatem Senior  pod kryptonimem Dedal publikować Przeglądy Prasy, zwolna przekształcane w stały felieton.  Do Powszechnego na Kordiana poszliśmy zatem ( znów razem) nastawieni negatywnie – by sponiewierać zdrajcę, co śmiał Teatr Narodowy Dejmkowi odebrać. Miałem już lat niespełna 16 – byłem bardzo buńczucznie nastawiony.  Ale … no właśnie to jedno niedogmatyczne – ale, które kazało zmienić osąd. To był Nardelli, Hanuszkiewicz, muzyka  i przede wszystkim reakcja publiczności. Włacznie z moją.

To sprawiło, że autor Rezolucji Marcowej Pisarzy zdecydował się podać rękę Hanuszkiewiczowi. Publikując w „Twórczości”, recenzję zatytułowaną „Kordian dziecko” Senior sprzeciwił się cmokierom, specjalistom i środowiskowym autorytetom z zaprzyjaźnionym od lat Ketem Puzyną na czele, którzy uznawali, że Hanuszkiewicza zwalczać jest dulce et decorum. Miało to dla Adama spore znaczenie. W dużym stopniu pomogło mu zrzucić z siebie odium towarzyskiej infamii.

Jadało się wtedy w stołówce Związku Literatów na Krakowskim Przedmieściu. Hanuszkiewicz podszedł do nas w Związku, podziękował. Potem dosiadał się już coraz częściej. I tak zaczęła się przyjaźń. Spędziłem w domu Hanuszkiewiczów wiele dni. Adam z Zosią Kucówna opiekowali się mną, gdy mój Ojciec był w Stanach, a ja miałem zdawać maturę.  Jeśli naturalnie można nazwać opieką kompletną swobodę i zgodę na permanentne wagary na widowni i w kulisach Narodowego.

Skolimów maj 1973 - Zosia Kucówna i Adam Hanuszkiewicz

Skolimów maj 1973 - Zosia Kucówna i Adam Hanuszkiewicz

Hanuszkiewicz bowiem wprowadził zwyczaj prób otwartych, Zapraszał młodzież niemal na wszystkie próby. Zapychał licealistami balkony, kokietował ceglastym murem, na tle którego w Powszechnym wspinał się na Drabinę Nardelli ( efekt już nie do powtórzenia w Narodowym) i Hondą Goplany no i przebojami jakie wraz z Kurylewiczem wyszły z Norwida, wreszcie … Pieśnią Konfederatów Barskich, która przed Papieżem, przed strajkami stała się nieformalnym hymnem pokolenia ’54. Pokolenia Bujaka i Kwaśniewskiego – mojego, bodaj najlepiej w dziejach Polski służącego Ojczyźnie – Pokolenia Solidarności. Pokolenia, które nie złożyło daniny krwi, choć w 81 roku było na to gotowe. Nie złożyło jej dzięki mądrości pokolenia Kolumbów,  naszych Ojców jakkolwiek im było na nazwisko: Kijowski, czy Rakowski, Jaruzelski, czy Goldzamt, Mazowiecki czy Giertych ( członek PRONu!) – wiedzieli – doświadczeni hekatombą II Wojny, że gdy Młodzi śpiewają wychodząc z widowni:

Nigdy z królami nie będziem w aliansach,

Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi;

Bo u Chrystusa my na ordynansach,

Słudzy Maryji!

Więc choć się spęka świat i zadrzy słońce,

Chociaż się chmury i morza nasrożą;

Choćby na smokach wojska latające,

Nas nie zatrwożą.

Bóg naszych ojców i dziś jest nad nami!

Więc nie dopuści upaść żadnej klęsce.

Wszak póki On był z naszymi ojcami,

Byli zwyciężce!

Więc nie wpadniemy w żadną wilczą jamę,

Nie uklękniemy przed mocarzy władzą,

Wiedząc, że nawet grobowce nas same

Bogu oddadzą.

Ze skowronkami wstaliśmy do pracy

I spać pójdziemy o wieczornej zorzy,

Ale w grobowcach mu jeszcze żołdacy

I hufiec Boży.

Bo kto zaufał Chrystusowi Panu

I szedł na święte kraju werbowanie;

Ten de profundis z ciemnego kurhanu

Na trąbę wstanie.

Bóg jest ucieczką i obroną naszą!

Póki On z nami, całe piekła pękną!

Ani ogniste smoki nas ustraszą,

Ani ulękną.

Nie złamie nas głód ni żaden frasunek,

Ani zhołdują żadne świata hołdy:

Bo na Chrystusa my poszli werbunek,

Na jego żołdy.

Gdy młodzi tak śpiewają – można tylko śpiewać wraz  z nimi. Bo nie ma już wyjścia. Pokojowego wyjścia. Kto chce pokoju musi ustąpić i -  ustąpili. Ustąpił Jagielski (ojciec mego szkolnego kolegi z Batorego) i Kuncewicz, szef jakiegoś Zjednoczenia, który w negocjacjach sierpniowych nieudolnie reprezentował ówczesnego wicepremiera Pykę. Kuncewicz miał dwóch synów, których znałem jeszcze z podstawówki. Heniek reperował mi malucha w późnym stanie wojennym i uczył wręczać łapówki, a ze zdolniejszym więc uboższym informatykiem Wiktorem – dla odmiany spotykałem się na solidarnościowych demonstracjach, wspólnie  kryjąc się  przed flarami ZOMowców na Placu Konstytucji w 1982 roku.

I Michnik ustąpił i Kuroń i Mazowiecki. I bracia Kaczyńscy też ustąpili jak już mieli szansę stworzyć rząd Komitetu Obywatelskiego.  I działacze z SD ustąpili umożliwiając udostępnienie struktur swej partii dla tworzącej się Uni Demokratycznej. Dużo perfekcyjniej to ustępstwo przekształceń uwłaszczeniowych wykonane zostało przez chłopskich roztropków umiejętnie przepoczwarzających  się ZSLu w PSL.

Ustępowaliśmy –  i chwała nam za to. Dzięki temu żyjemy i walczymy dziś o dobre imię, posady, renty i grunty, a nie o onuce czy „pidżok ” gdzieś w dalekim Gułagu.

Oczywiście bój toczy się twardy. A ja z moim teatrzykiem poruszałem się między gruntami. Więc, gdy już z Dziekanką przyszło się żegnać, a Dolina Szwajcarska  była wciąż daleko – trzeba mi było – aliansów. Ruszyłem na spacer po Warszawie. Szedłem traktem Królewskim. Pełen hanuszkiewiczowskiego pragmatyzmu błądziłem –  w poszukiwaniu miejsca teatralnego.

XLIII. Spacerkiem po Warszawie.

CDN

Rozdz. XLIII. Spacerkiem po Warszawie.

poprzedni pierwszy następny

Zacząłem od Łazienek. Od parku belwederskiego. Przyglądałem się Nowej Pomarańczarni z piękną kawiarnią prowadzoną przez Anetę Kręglicką i kawiarence Trou Madamme. Odkryłem miejsce estradowe z tyłu Starej Pomarańczarni i teatru Stanisławowskiego i małą kawiarenkę dokładnie na wprost wejścia do Urzędu Rady Ministrów. Pamiętam ten kiosk od dziecka, teraz rozrósł się właściwie wbrew przepisom bezpieczeństwa, ale funkcjonuje pod czujnym okiem BORu, bo ministrowie lubią tam latem wpadać na kawę.

Łazienki - Nowa Pomarańczarnia

Łazienki - Nowa Pomarańczarnia

Oczywiście jednak o większych zgromadzeniach w tym miejscu mowy być nie mogło tak samo zresztą jak i w całych Łazienkach, około szóstej zamykanych, a wyjście z nich np. z wynajmowanego czasem za ciężkie pieniądze Teatru na Wodzie angażować musi duże środki na dodatkową ochronę.

Z Łazienek Królewskich droga prowadzi do Łazienek Północnych inaczej zwanych Agrykolą. Nie wiele, zgoła nic z dawnej Agrykoli nie zostało. A był taki park, z ogólnie dostępnymi skoczniami i bieżniami, niemal bobslejowym torem saneczkowym, po którym jeszcze w dzieciństwie, jeszcze na lekcjach WueFu szalałem. Około 1966 zbudowano tam nawet ale funkcjonował krótko – spory odkryty basen. Zlikwidowano to wszystko tworząc pozbawione jakiegokolwiek wyrazu, jakiejkolwiek intymności, nie służące spacerowiczom ani dzieciom, występom ani zabawom Łazienki Północne.

Widok na Agrykolę i kanał Piaseczyński od straony Zamku Ujazdowskiego

Widok na Agrykolę i kanał Piaseczyński od strony Zamku Ujazdowskiego

Założenie parkowe pomyślano jako dopełnienie widokowe osi odbudowanego za późnego Gierka Zamku Ujazdowskiego. Mówiąc szczerze fatalna architektura ogrodowa.

Park Ujazdowski

Park Ujazdowski

No właśnie. Ruszyłem dalej. Obszedłem znany mi świetnie z dzieciństwa park Ujazdowski. Dziś niemal w połowie przekształcono go w wykładany tartanem ogródek Jordanowski. To potrzebne dzieciom, jednak nie robi już takiego wrażenia południowa część ogrodu z zapomnianym strumyczkiem i kamyczkowym brodem. Parczek z nagą Ewą Thordwalsena i pomnikiem Jahowicza też nie ma w sobie potrzebnej teatrom intymności.

Bez nadziei  zagłębiłem się w ulicę Konopnickiej by przypomnieć sobie estakadę Parku Kultury i Wypoczynku. Nigdy tam nic się nie działo. Miejsce kojarzyło mi się  bodaj z jednym tylko spacerem z Ojcem w tamtym kierunku. Częściej chodziliśmy po starej Agrykoli z lampami zapalanymi na gaz. Z Parku Kultury i Wypoczynku zapamiętałem tylko na życie jakiś labirynt z żywopłotu wyższego nieco od dziecka, w którym pod kontrolą Ojca się błąkałem. A potem, już w licealnych czasach jako rodzaj wybiegu ze sceny Głównej Kwatery ZHP przy Konopnickiej 6, sceny, w której Janusz Józefowicz prowadzi dziś Teatr Buffo.

Ogrody Frascati, jak  pote to miejsce  nazwałem były puste. Ogródki piwne urodzone w moim Lapidarium, inicjowane przez Wolskiego na Barce spływały właśnie Mostową w stronę Wisły by na dwa, trzy sezony ożywić bulwary między Trasą W-Z a Mostem Gdańskim.

Lecz o Ogródkach osobno. Patrzę zatem na Frascati i widzę ogromne, potencjalne możliwości tego terenu. Doświadczony jednak już kilkuletnim borykaniem się z przyrodą pleneru zdawałem sobie sprawę,  jak trudne będzie dostarczenie tam tzw. „mediów” czyli wody, prądu – sprzątanie, odprowadzanie nieczystości, toalety wreszcie no i  ochrona. Takie koszta  nie zmieszczą się w żadnym budżecie NGO, którym się właśnie stawałem. Nie dla psa kiełbasa pomyślałem, odnotowując to miejsce w pamięci na lepsze czasy.

Ruszyłem dalej – Nowym Światem. Zainteresowało mnie gwarne podwóreczko przy pałacyku Branickich na rogu Smolnej i Nowego Światu.

Pałacyk Branickich róg Smolnej i Nowego Światu.  Ambasada Wlk.Bryytanii między wojnami. Siedziba USC w latach 1945-1970. Później m.in. KPN.

Pałacyk Branickich róg Smolnej i Nowego Światu. Ambasada Wlk.Bryytanii między wojnami. Siedziba USC (Pałac Ślubów cywilnych) w latach 1945-1969. Później m.in. KPN.

Przedwojenna siedziba ambasady brytyjskiej, gdzie całe lata mieścił się  stołeczny Pałac Ślubów, potem miał swą siedzibę KPN, a teraz różne mieszkają tam upiory.

Zagłębiłem się w Foksal by oglądać ogródek z pałacykiem Zamoyskich będący dziś siedzibą SARPu. To miejsce pamiętające knajpkę „Ściek” lat 70-tych i pierwsze występy Kantora w Warszawie.To byłoby to. Ale tak jak nie udało mi się w grudniu 76 roku zastosować sycylijskiego tricku i dostać przez płot do obleganego teatru z „Umarłą Klasą” ( gierkowska milicja przegoniła mnie z psami) tak i teraz – mój ogródkowy plebsik zupełnie nie interesował nastawionego już na bardzo wyszukaną klientelę właściciela.

Pałacyk SARP od strony Skarpy - ogród.

Pałacyk SARP od strony Skarpy - ogród.

W tym miejscu mogą odbywać się rauty, bywałem nawet potem na przyjęciu ambasady ukraińskiej. Słowem to już inna półka. Teatr zamknięty, dla elit ( naturalnie szczególnie w Polsce) – jedynie – finansowych.

Zboczywszy z Traktu Królewskiego, o którym wiedziałem, że już tylko do Starej Dziekanki doprowadzi, ruszyłem Skarpą. Odkryłem malowniczy acz dziki zupełnie uskok na Skarpie przy  Okólniku pod Akademią Muzyczną, minąwszy Pałac Ostrogskich, mały park i ciekawe nawet alejki na tyłach Pałacu Kazimierzowskiego.

Zaplecze Pałacu Kazimierzowskiego (przymurze UW)

Zaplecze Pałacu Kazimierzowskiego (przymurze UW)

Dotarłem wreszcie na Mariensztat.

Nie było o czym gadać. To jednak zdawało się najlepsze. Intymny rynek, tyle że bez kawiarni, niewielkie kamienice z podcieniami. I kawiarenka pub  – Baryłeczka z dość sympatycznym właścicielem o nazwisku Mościcki.

Rynek Mariensztacki w Warszawie

Rynek Mariensztacki w Warszawie

Zaszedłem doń by go spytać czy widzi możliwość urządzenia kawiarenki, przy której prowadziłbym teatrzyk. Oczy mu się oczywiście zapaliły bo rok wcześniej dostał z Zarządu Terenów Publicznych odmowę na letni ogródek. Cóż to dla mnie: ja to załatwię. Pokutował we mnie jeszcze Marszałek i dziennikarz. I załatwiłem. Za Frico !!! Nie żeby mi to do głowy nie przyszło, albo bym uważał, że to nieuczciwe. Ale widać miałem na twarzy napisane, że będę to robił nawet bez pieniędzy. No więc kto rozsądny zapłaci komuś kto jest skłonny bez pieniędzy pracować. Zaczął się sezon na Mariensztacie.

XLIV. Mariensztat

CDN

Rozdz.XLIV – Mariensztat

poprzedni pierwszy następny

Pogoda niezbyt sprzyjała. Media były nasze. Ludzi coraz więcej, ale miejsce nie było idealne. Baryłeczce załatwiłem ogródek i cieszyłem się, że ludzie mają na czym siedzieć. Pojawił się jednak problem sceny. Zacząłem liczyć… pieniądze

Od trzech lat umowy, które jako firma Media ATaK zawierałem z Urzędem Dzielnicy oparte były na kosztorysie, gdzie uwzględniano koszt montażu sceny przez … Stołeczną Estradę. Tak jakby była ona jedynym wykonawcą. No cóż, instytucja była miejska,  a Ustawa o Zamówieniach Publicznych w powijakach. Per saldo sądzę, że i tak było niż teraz uczciwiej… Tak czy siak koszt wynajmu wynosił kilkaset złotych za dzień.  Niby nic ale w skali dwóch miesięcy było to dobre 5-6 tysięcy. Jak dobrze poszukałem okazało się, że wartość sceny nie musiała wiele przekraczać tysiąca złotych. Zacząłem więc skupować własny sprzęt i „kombinować” kosztorysy. Rzecz bowiem w tym, że kosztorysy wszystkich imprez plenerowych oparte są na wynajmie. Jest to zrozumiałe i uzasadnione, gdy buduje się scenę doraźnie w przypadkowym miejscu. Wtedy koszt uwzględnia montaż i demontaż, szybkość i bezpieczenstwo konstrukcji oraz likwidacji. Jednak moja scena coraz bardziej dążyła do stałości. Potrzebna jej była intymność, swoista powtarzalność.

W wynajętym mi na biuro skromnym pokoiku na Wilczej zacząłem pierwsze potyczki z techniką. Po raz pierwszy zacząłem przeszkadzać. –  Stołecznej Estradzie, która nawykła raz w tygodniu w niedzielę wystawiać coś ( jakiś koncert) na Mariensztacie. A tu ja z moim  teatrem.  I to w dodatku na stałe. Wiedziałem bowiem, instynktownie, iż teatru dramatycznego na estradzie bez pleców i boków wystawić się nie da. Projekt zresztą miałem w oczach. Przypadkiem podejrzałem kiedyś w Instytucie Sztuki wywieszone rysunki Józefa Galewskiego, scenografa, który debiutował w 1905 roku jeszcze w teatrzykach ogródkowych i (obdarzony wyjątkową pamięcią wzrokową) z  pamięci je wraz z wieloma innymi fragmentami zrujnowanej Warszawy potem odrysował.

Teatr Belle Vue - rysunek Józefa Galewskiego

Teatr Belle Vue - rysunek Józefa Galewskiego

Wg. tego projektu pracowała w 1998 Małgosia Domańska, a w 2004 ( już dla Frascati) Majka Zielińska i każda,  z poprawką na dziesięciokrotną różnicę budzetów  jakimi na projekt scenografii dysponowałem zrobiła co umiała.

Więc najpierw była Domańcia. Projekt mojej teatralnej budki wykonanej za środki uzyskane z ówczesnego Biura Zarządu Miasta, realizowały pracownie Teatru Rampa. Przetrwała ona demontowana i zwożona po sezonie do stodoły w Ołtarzach trzy sezony.

Teatrzyk na Mariensztacie wg projektu Małgorzaty Domańskiej-Wójcik

Teatrzyk na Mariensztacie wg projektu Małgorzaty Domańskiej-Wójcik

Jakiż ja byłem z niej dumny, a przecież  każde  Suwałki mają jak ostanio odkryłem na rynku nie gorszą scenę. Ta nie była już tymczasowa. Choć używać jej miałem tylko raz w tygodniu. Więc dlatego mi tak zależało by otoczyć ją kawiarnią, która da prąd i upilnuje nocą. Cóż upilnowała.

Na Mariensztacie zaczęły się tłumy. Atmosfera więcej jednak miała z festynu niż z teatralnego festiwalu. Jeszcze szukałem. Przed spektaklem  lub po zapraszałem jakiegoś śpiewającego aktora, ogłosiliśmy po raz kolejny  (pierwszy raz zrobiłem to na VI KTO jeszcze w Dziekance) plebiscyt publiczności. Gazeta Wyborcza przyjęła patronat, drukowała nasze logo czyli biust KTO

Pierwsze logo KTO wg projektu Władysława Kufko

Pierwsze logo KTO wg projektu Władysława Kufko

wykonany przez polsko-białoruskiego malarza Władka Kufko. Wydrukowała karteczki plebiscytowe, a nawet – rzecz niebywała ofiarowała żywy pieniądz – tysiąc złotych nagrody, które na finale naczelny stołecznej Wojciech Fusek wręczał osobiście.

Mariensztat to także pierwsza próba współpracy z Małgosią Bocheńską, która wyprowadziła dla mnie swój Salon na powietrze. Zorganizowała  w podcieniach kamieniczek ( nieco te z Rynku w Kazimierzu Dolnym przywodzących na pamięć ) przy aptece Galerię Salonu 101. To dla  Małgosi ( w ramach promocji pisma Grizzli) pojawił się na rynku Antoni Chodorowski rysujący gratis przybyszy, a i Salon Niezależnych, kto wie czy nie ostatni raz wystąpił w Finale w komplecie z Kleyfem,  Tarkowskim i Weisem .

Marek Sułek, bardzo dziś znany w swiecie performer zrealizował na Mariensztacie dla publiczności ogródkowej jedną z pierwszych swoich plastycznych prowokacji. Nazywała się Akcja  Blue* 6  czyli Sen o błękicie. Powstała w ramach  projektu „Warszawa Niezwykła”.

Marek  Sułek - Sen o błękicie

Marek Sułek - Sen o błękicie

To ostatnie dość skandalizujące wydarzenie zwróciło na nas uwagę artystowskiego światka,. Akcja polegała bowiem na pokryciu nagości pięknej młodej dziewczyny gipsem, w który zakuta i pomalowana na niebiesko –  zdawała się antycznym aktem.Po jakimś czasie jej odkuwanie, wyzwalanie z kamienia ku  oswobodzeniu ciała odbywało się ku uciesze  licznie przybyłych artystów fotografików, w których oczach akt rzeźbiarski przekształcał się w naturalny.

Na Mariensztacie narodziła się formuła teatru jako miejsca spotkania. Jeszcze nieśmiało, nawet nie do końca świadomie realizować zacząłem to, co wymyśliłem w „Chwycie teatralnym”, spotkanie w którym grupa gromadzi się wokół jednostki czy sprawy, popijając herbatę czy piwo i w takim spotkaniu znajduje przyjemność, takie spotkanie oczyszcza ją i podnieca.

Było dużo telewizji. Warszawski Osrodek Telewizyjny co tydzień dawał relacje. Pojawiły się ważne spektakle z Grupą Rafała KmityGrupa Rafała Kmity

czy Kabaretem Moralnego Niepokoju na czele.

Publiczność też nie byle jaka. Na jednym ze spektakli pokazał się nawet societariusz Komedii Francuskiej – Andrzej Seweryn.

Andrzej Seweryn wśród widzów na Mariensztacie -  VII KTO

Andrzej Seweryn wśród widzów na Mariensztacie - VII KTO

A wystartowaliśmy w telewizji. Kawą i Herbatą z zapowiedzią występu Teatru Rampa z Muzykoterapią Strzeleckiego w aranżacji Jasia Raczkowskiego. Tego samego Jasia, który rok wcześniej uratował gdyńskie wystawienie sztuki Strzeleckiego w Starej Dziekance. Tylko, że na zapowiedzi się  skończyło! Tego dnia zalało nas ze szczętem. To była jedna z trzech chyba klęsk pogodowych jakie sobie przypominam wsród 350 przedstawień scenicznych, a dziewięcuset zdarzeń teatralnych jakie w ciągu 15 lat zafundowałem Warszawie.

Raz, to było jeszcze w Lapidarium kiedy zalało Andre Ohodlo. W Dziekance choć deszcz srożył się zarówno na Teatr Miejski z Gdyni jak na Wybrzeże nie odwołałem jednak żadnego spektaklu. Jeszcze raz papa Kijowski  ( jak już wspominałem miał za pokutę z czyśćcowych przedsionków do Raju parasol nad mym ogródkiem rozciągać)  zaśpi coś w Dolinie ale zasadniczo wpadka z Rampą była najpoważniejszą. Hucznie zapowiedziana inauguracja: elektroniczne pianino, cuda niewidy, ale nad sceną ani kawałka dachu, ani osłony dla aparatury. Technicy z „Rampy” to już nie szaleńcy z „Wybrzeża” pod komendą nawiedzonych Pań -  powiedzieli pas. W prasie ukazały się nawet moje zdjęcia jak krążę zrozpaczony wokół mej pięknej sceny.

Ulewa na Mariensztacie

Ulewa na Mariensztacie

Ale za tydzień nie było silnych. Po pierwsze porozumiałem się z panem Maciejem Sarapatą z firmy Bossar i kupiłem u niego pierwszy namiocik profesjonalnie okrywający scenę.     ( Będzie mnie pan Maciej przez następnych lat dziesięć wspierał i w namioty zaopatrywał). Przywiozłem go wraz ze stelażem na dachu mojego Tiponka. A, gdy w następnym tygodniu deszczowe chmury zbierały się  nad Kolumną Zygmunta, zwróciłem się do deszczu ze skuteczną przemową. – Witam Państwa na VII KTO, powiedziałem, witam także deszcz co zbiera się nad nami, ale ponieważ deszcz za bilet nie płacił uprzejmie proszę by ominął nasz teatr nie zakłócając zgromadzenia. I podziałało! Gazety następnego dnia opisały jak deszcz skutecznie zaklinam, a tylko ja dziś wiem ( choć wtedy jeszcze się nie domyślałem), że to ten pokutujący Dyrektor Teatru Słowackiego z okresu solidarnośiowego karnawału tak nad moim zgromadzeniem czuwał.

Marynka Bersz-Szturo zajęła się programem, który zresztą ukazał się dopiero pod koniec imprezy, gdy wszystko już było wiadomo nawet o wielkim finale z Salonem Niezależnch ( Weis, Kleyf i Tarkowski bodaj czy nie po raz ostatni występowali razemi) i fińskimi gośćmi, których sprowadzenie rekomendowało mi ITI ( Międzynarodowy Instytut Teatralny). Rodzący się festiwal coraz już wyraźniej w głowie mi się układał. Zacząłem rozumieć ten, jak go wówczas nazwałem

XLV. Paradoks o Ogródkach

CDN

Rozdz. XLV. Paradoks o Ogródkach

poprzedni pierwszy następny

Teatr ogródkowy, który  odrodził się w warszawskim „Lapidarium” w 1992 roku zdawał się na początku żartem czy efemerydą. Miał być przewrotnym komentarzem do odzyskanej wówczas politycznej i ekonomicznej swobody.Miał być dodatkiem do kawiarni, gdzie sztuka wkracza znienacka, nieoczekiwana i rozkwita w niewymuszonej atmosferze. Bo teatr ogródkowy to miejsce, gdzie suwerenem jest widz. Tutaj publiczność nie musi czekać na przerwę by napić się piwa.

Tu Polskie piwo, pijemy żywo...

"Tu Polskie piwo, pijemy żywo..."

Wiernością widowni trwaliśmy. Publiczność wędrowała za teatrem ogródkowym z miejsca w miejsce. Uwagą mediów istnieliśmy. Gazety, radio i telewizja dysponują latem czasem dla lansowania mniej znanych przedsięwzięć. Z mądrości Samorządu powstaliśmy. Warszawscy Radni Dzielnicy Śródmieście, Gminy Centrum, Miasta Stołecznego Warszawy, rozumiejąc ponadlokalne zobowiązania Stolicy Kraju łożyli środki, na imprezę, która przerosła już znacznie Dzienicowe Podwórko.

Cierpliwość znakomitego Jury nadała rangę Imprezie, a upór dyrektora czy Antreprenera sprawił, że – Teatr Ogródkowy doczekał się 3 sierpnia 1998 roku setnego przedstawienia.

Jury ma Mariensztacie: W.Malajkat, M.Wojtyszko, I.Cywińska

Ogródek rozrastał się i plenił. Zakwitał wydarzeniami. Znakomite zespoły, zgłaszały już nie tylko z całej Polski ale z Ukrainy i z Czech, z Niemiec, Litwy, Finlandii.

Ogródek chcial i mógł stać się letnim międzynarodowym Warszawskim Festiwalem. Festiwalem Kultury Tutaj Obecnej. Tutaj, w Śródmieściu Warszawy, w centrum jednoczącej się Europy, powinna  się spotkać i porozumieć Północ z Południem, Wschód z Zachodem.

Marzył mi się choćby kawałek dachu, poletko przestrzeni, choćby cień nadziei, że budżet przyszłorocznego konkursu określony zostanie w styczniu, a nie dopiero w maju. Marzyło mi się, że ósme KTO rozgrywać zdoła się w scenerii historycznej kameralnej Doliny Szwajcarskiej, przypomni czym było Frascatti, wskrzesi Lapidarium i Dziekankę, będzie nadal gościć na malowniczym Mariensztacie…

Przewodniczący Juru - Jacek Sieradzki (red.nacz. Dialogu)

Przewodniczący Jury - Jacek Sieradzki (red.nacz. "Dialogu")

Mieliśmy sympatię widzów, łaskawość samorządów, uwagę mediów. Mieliśmy wszystko. Brakowalo nam tylko stałego miejsca, większych pieniędzy, niezbędnego personelu. Marzył mi się na przełomie tysiącleci letni warszawski „Avignon” czy „Edynburg” na Środkowoeuropejską skalę. Czy to mrzonki? Czy paradoks?

Ogródkowy paradoks jest w tym, że teatr na świeżym powietrzu idzie z Forum a nie z Pałacu, z przykościelnego placu, z drewnianej szekspirowskiej budy, z rybałtowskiego igrania.

Dyrektor, czy Antreprener Teatru Ogródkowego o tym wiedział i przyjmował swoją rolę. Odkrywca talentu Modrzejewskiej, twórca letnich sukcesów Adolfiny – „okrutny” impresario Gustaw Zimajer był mi zawsze bliższy od sztuki spod znaku Teatrów Rządowych, którą sponsoruje „subtelny” namiestnik: Sergiusz Muchanow…

Rozdz. XLVI.   Media ATaK i Grupy Trzymające Kulturę

CDN

Rozdz. XLVI. Media ATaK i Grupy Trzymające Kulturę

poprzedni pierwszy następny

Był więc Mariensztat wielkim sukcesem, ale też pierwszym sygnałem ostrzegawczym. Bowiem siła mojego pomysłu przez sześć lat polegała na tym, że nikomu nie przeszkadzałem. Pracowałem latem, w dodatku prawie bez honorarium, innych do tego namawiałem, ściągałem media, zapewniałem publiczność. Wszyscy byli zadowoleni. A ja nie śmiałem upomnieć się o swoje: pieniądze, pozycję, lokal.

No może najbardziej o tę pozycję dbałem. I w zamian za uznanie, za przyznanie mi prawa publicznego istnienia byłem skłonny poświęcić wszystko. Wolno mi jednak było działać tylko pod warunkiem, że nie wchodziłem nikomu w drogę. Póki o czyjeś interesy nie zahaczałem swoją działalnością. Tak było w lokalnej telewizji  NTW i w ogólnoopolskiej sieci  , którą zamknięto brutalnie rękami Cimoszewicza ( był wicepremierem, ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym w rządzie Pawlaka) , lecz przy aplauzie Gazety Wyborczej – bardziej kibicującej Marianowi Terleckiemu, nawet Mariuszowi Walterowi z głębokiej komuny niż Mirkowi Chojeckiemu, z którym Michnik pierwsze opozycyjne kroki stawiał.

Tak było oczywiście z dziennikiem „Nowy  Świat” Grohmana i Wierzbickiego – wprost przeciwko Gazecie skierowanym, tak też będzie z Doliną Szwajcarską i z Frascati, które istnieć będą mogły dopóty, dopóki nie naruszą interesów grup trzymających kulturę.

Na Mariensztacie było jednak hałaśliwie  Z tego powodu kilku teatrów pokazać nie mogłem. Pamiętam szczególnie zgłoszenie Teatru Il Canto z Warszawy. Chcieli wykonać „Starcze Szaleństwo” A. Banchieriego. To był, zdawało mi się bardzo ciekawy projekt, który jak przeczuwałem podniósłby poziom Ogródka wyżej niż ściągnięci przez ITI, które nb. też przyjęło w tamtym roku patronat nad imprezą – Finowie. Ale teatralizowanych muzyków wypłoszył hałas tramwajów dochodzący z pobliskiej trasy WZ.

Więc niby było wszystko: i Gazeta i  Międzynarodowy Instytut Teatralny ITI, i Fundacja Batorego i Małgosia Bocheńska z Salonem 101 i tłumy z Andrzejem Sewerynem na widowni i Kleyff z kolegami, i stałe relacje w WOT-cie, a nawet pojawiła się w tym momencie ta, jak ją po latach Iza Cywińska nazwie – „izdebka stróża” na Wilczej 72/12 załatwiona mi przez panią Ewę Domanus z Dzielnicy Śródmieście. A  mogłem ją dostać po ulgowych cenach przeznaczonych dla instytucji kultury, jako że było wiadomo, że dom jest przeznaczony do zwrotu prywatnym właścicielom więc najemca długo się tam nie utrzyma. Istotnie wykwaterowano mnie stamtąd w 2004 roku, po pięciu latach. Więc niby było wszystko, a jednak się rozmyło. Jurorom nie spodobał się już, co rozumiem, festynowy charakter Mariensztatu, więc rozbiegli się na komendę. I w następnym roku, w którym uzyskawszy decyzję o warunkach zabudowy Doliny Szwajcarskiej będę mógł już do niej wkraczać, będzie  znowu „wszystko”… Tylko jury przyjdzie klecić od nowa.

Co właściwie miałem ? –  Dobre imię. Niewielkie wymagania. Poczucie misji i nadzieję, która umiera ostatnia. Z rzeczy ? Może ten obraz Olgi Wolniak z wyciętymi twarzami dla festynowych fotografii…

Obraz Olgi Wolniak

Obraz Olgi Wolniak

Wiele go lat (od piątego do aż trzynastego Konkursu jeszcze) wykorzystywałem. Doszła mi teraz budka Domańci, no i moja karykatura Antka Chodorowskiego.

ATK by  A.Chodorowski

ATK by A.Chodorowski

Karykatura, o którą w ostatniej chwili go poprosiłem. Zabrakło mu już papieru więc zrobił mi ją nieformatowo na odwrotnej stronie plakatu Ogródkowego. Przy okazji zrozumiałem jak trzeba doceniać momenty niezwykłe, zauważać je, dokumentować. Są tacy co mają naturalny odruch historyczny. Zakładają księgi pamiątkowe, zbierają dedykacje. Pamiętam zdziwienie Uli Rzepczak ( dziś korespondentki TVP w Rzymie), że nie zbieram wpisów od gości A Teraz Konkretnie. Cóż wpisów nie zbierałem ale mam nagrania z NTW. Przy Chodorowskim jednak olśniło mnie i zawdzięczam temu dniu karykaturę, która często starcza mi za sygnaturę.

Za mną zostało siedem lat.  W przełom  wtargnęła   polityka. Po Mariensztacie skończyła się druga kadencja samorządowa (1994-1998).  Można ją nazwać komunistyczną. W Śródmieściu był to sojusz SLD reprezentowanego przez dyrektora Marka Rasińskiego i Unii Wolności, której zakładniczką była, przyszła wieloletnia orędowniczka mojego  Ogródka –  Teresa Stankowa.

Teresa Stankowa

Teresa Stankowa

Radna Teresa do pozycji królowej kultury śródmiejskiej przebijała się uparcie. Przypominam ją sobie jeszcze w perkalowych bluzeczkach na pierwszych posiedzeniach Rady Dzielnicy tworzonej podówczas z nadania Komitetu Obywatelskiego. Ot skromna pani, z powstańczą przeszłością,  zasłużona jakąś uczciwą podziemną robotą, jakimś rozdawaniem darów, przy którymś z kościołów.

Nagle otrzymała władzę. Wraz z młodziutkim Robertem Kwiatkowskim decydowali w łonie Zarządu Śródmieścia o losie każdego lokalu użytkowego wynajmowanego prywatnie. Nie wiem ile prawdy jest w opowieściach o Don Roberto i Donnie  Teresie ale zmianę wizażu widać było gołym okiem. W miejsce ręcznych robótek jedwabne bluzeczki u Teresy. U Roberta dżinsy w jakich jeszcze ręka w rękę zalepialiśmy w trakcie kampanii w 90 roku starówkowe płoty, ustąpiły miejsca garniturom od Brokera. Nie wiem jak tam było. W końcu pensje członków Zarządu Dzielnicy do niskich nie należały. Co prawda inny członek tego zarządu ( ale żaden z wymienionych) przyszedł kiedyś na spektakl do ogródka jeszcze w Lapidarium, postawił Cywińskiej & consortes szampana, następnie zaciągnął mnie po nocy do Lochu na Wąskim Dunaju, gdzie pił, płacił, gadał, a w końcu wyciągnął harmonię pieniędzy  by skwitować przed wyniesieniem się do taksówki: widzisz co przyniósł jeden dzień!

Zobaczyłem. Ale ani nie uszczknąłem tych pieniędzy, ani nie zmusiłem drania by mi pomógł moje Śródmiejskie Centrum Kultury wykreować.

Co do Tereski to zapamiętałem ją jak w końcówce mojej kadencji radnego zdesantowała mi się na Komisję Kultury, Oświaty i Sportu by walczyć… a to o pieniądze dla Szkoły Teatralnej, a to o dotowanie jakichś fragmentów wystroju Teatru Wielkiego. Pieniędzy na kulturę Dzielnica Śródmieście miała sporo ( około 10 mln PLN co w roku 94 było jeszcze kwotą bliską miliona dolarów). Sam przekonywałem radnych o ponad lokalnych zobowiązaniach samorządu Centrum Stolicy, jednak tak bezpośrednie wyręczanie ministerstwa kultury w jego ewidentych zadaniach wydawało mi się przesadne. Rozumiałem jednak, że zarządzająca sklepami chce się jakoś nobilitować przez kulturę i nie walczyłem zbyt ostro. Pani Stankowa przeprowadziła co chciała.

W drugiej kadencji radnym już nie zostałem. Wygrały Partie: Unia Wolności i SLD.  Z Markiem Rasińskim, który w pełnym ostracyźmie przeżył w dwuosobowym składzie pierwszą kadencję samorządową,  złych stosunków nie miałem choćby dlatego, że gdy wielu okazywało samotnym opozycjonistom z byłego PZPR swoją wzgardę,  ja rozmawiałem z nim chętnie i przyjaźnie. Także dlatego, że w czasie jego rzadkich wystąpień na radzie, gdzie przemawiał z ręką w kieszeni i swoistą dezynwolturą – trudno było nie doceniać sporej jednak wiedzy i doświadczenia wieloletniego prezesa Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. W odróżnieniu od wielu radnych Rasiński udowadniał, że wie o czym mówi zwłaszcza, gdy była mowa o pieniądzach.

Marek Rasiński wręcza nagrody na Mariensztacie

Marek Rasiński wręcza nagrody na Mariensztacie

Raz nawet zjednoczyliśmy się w samotnym na puszczy wołaniu. Zaprotestowałem bowiem  przeciw zmianie nazwy Alei Armii Ludowej na Piłsudskiego. Wywodziłem, że tej stalinowskiej architektury i znaku historii, który za sobą niesie nie warto wykorzeniać jeśli nie chcemy by w odwecie nas za lata wyrugowano. – Stwórzmy własne przestrzenie, ochrzcijmy je Alejami Solidarności, Skwerami Michnika, Placami Bujaka – wołem, gdy jeszcze żadna z warszawskich ulic nie była tak przezwana. „Więc niech wyryją imię marszałka, gdzie wola – jam się w alei Armii Ludowej wychował” –  zakończyłem przemówienie na  radzie gminy – opublikowane zresztą potem w Tygodniku Solidarność pt. Przeciw burzeniu pomników.

Sprawę nazwy ulicy w głosowaniu Rady sromotnie przegrałem: tylko ja i Marek z jeszcze jedną radną z SLD głosowaliśmy przeciw zmianie. Z tym, że ja z czystego przekonania i wbrew mojej formacji, a Marek z pewnością głównie w imieniu AL-owskich kombatantów, których też reprezentował. Jest rzeczą ciekawą, że mimo wyniku głosowania nazwy ulicy nie zmieniono. Moje argumenty wówczas w 1990 roku nie zadziałały politycznie, lecz merytorycznie wzięli je pod uwagę radni z komisji miejskiej zajmującej się zmianą nazewnictwa i … odpuścili.

Nie masz już,  nie masz nawet Marka, że nie wspomnę – radnego Jana Gromnickiego z Ułanów Jazłowieckich w Radzie. To radny Jan, inżynier w typie mego dziadka z przedwojennych galicyjskich urzędników, był wśród tych, co uratowali ostatecznie nazwę Armii Ludowej, przy której zresztą mieszkał.  W zamian przywrócił nazwę „Oleandrów” ulicy „Partyzantów”,  doprowadził do nadajnia imienia „Ronda Jazdy Polskiej” i  przeprowadził budowę  jej pomnika  przy bezimiennym skwerze łaczącym aleję  Armii Ludowej z ulicą Waryńskiego.

W tamtej byli tacy radni – razem ideowi i rozsądni.  Wspaniałe przedwojenne typy. Byli  i przez te pierwsze  lata ogródkowi dali żyć. To były lata Lapidarium,  Dziekanki no i Mariensztatu, na którym  po raz ostatni Marek i Teresa wręczali, wzrastające z roku na rok aż do 14 tysięcy złotych w 1998 roku Nagrody Dyrektora Dzielnicy Śródmieście.

Teraz, a  więc na przełomie roku 1998 i 1999  sytuacja była całkiem nowa. Nadchodziły wybory. W ich konsekwencji reforma samorządowa. Wojewoda, w imieniu którego (nb. bardzo zaprzyjaźnionego Bogdana Jastrzębskiego) wspierał mnie już skromnie kwotą 10 tys zł Andrzej Hagmajer, tracił jakiekolwiek uprawnienia kulturalne przekazując je Sejmikowi. Sejmik z warszawskiego przekształcony w Mazowiecki poszerzał znacznie swoje kompetencje. W Warszawie  powstawały dwie nowe struktury: Gmina Centrum i Starostwo Powiatowe.

Zrekapitulujmy aktywa: otrzymałem 11 metrowy lokal na Wilczej, przystąpiłem do konkursu na dyrektora podległego wojewodzie Warszawskiego Ośrodka Kultury, który zaproponowałem zmienić w Mazowieckie Centrum Kultury, uzyskałem wreszcie na moją Firmę Media ATaK ( uprawomocni się po roku) decyzję o warunkach zabudowy Doliny Szwajcarskiej. I znowu wszystkie sznurki w ręku.

XLVII. Szpital Świętego Ducha

CDN

Rozdz. XLVII. Szpital Świętego Ducha

poprzedni pierwszy następny

Rujnowały go dwa Powstania: Warszawskie z 1 Sierpnia 1944 i to z 19 kwietnia roku 1943 , też warszawskie tyle, że zamknięte w Getcie,  na którego samej granicy przy ulicy Elektoralnej 12 był położony. Najwięcej jednak ucierpiał w trakcie Obrony Warszawy, gdy 25 września 1939 roku bestialsko zbombardowany stał się mogiłą płonących w nim pacjentów i lekarzy.

Szpital Świętego Ducha

Szpital Świętego Ducha

Szpital Świętego Ducha założony w XV wieku długo bo od 15 października 1861 roku aż po czas II Wojny będzie po przeniesieniu z Piwnej najnowocześniejszą lecznicą  Warszawy.

Odbudowany w 1953 roku został przekształcony w Dom Kultury. Początkowo Związków Zawodowych, potem nazwano go Warszawskim Ośrodkiem Kultury. Rózne były jego dzieje i dyrektorzy. Komisarz stanu wojennego Jan Rodzeń – kieruje dziś Klubem Księgarza, inny arystokrata ( Gerard Położyński) - pracował później  w Muzeum Lenina, jeszcze inny Wiesław Rudzki był aktorem i przyjacielem dyrektora Wydziału Kultury Andrzeja Hagmajera. Po opuszczeniu przeze mnie posady w „Nowym Świecie”,  czyli po tym jak mnie zeń Piotr Wierzbicki na zbity pysk  wywalił za zredagowanie obiektywnej rozkładówki na temt firmy Batax, musicalu „Metro” i pisma „Obserwator Codzienny”: kształtującego się  medialnego imperium Wiktora Kubiaka – był nawet krótki czas gdym tam pracował, proponując Wojewodzie odtworzenie Warszawskiego Informatora Kulturalnego. Nolens volens ( bardziel jednak nolens) Rudzki przyjął mnie wraz z Anuszką Kowalską do pracy, a następnie robił wszystko by mnie ( jeszcze wtedy marszałka Sejmiku) zrazić. Gdy nie udało się wykurzyć mnie mianowawszy redaktorem naczelnym wymyślonego przeze mnie pisma Julka Gostkowskiego, bośmy się w 15 minut rozpoznali jako fachowcy i niemal zaprzyjaźnili, odmówił mi urlopu bezpłatnego na wyjazd na telewizyjne szkolenie do sardyńskiej Caligari. I tak z wydawcy zmieniwszy się w prezentera Telewizyjnego pierwszy raz rozstałem się z budynkiem między Mirowem a Czystem. Ale to było w czasie pierwszego ogródka, w’92. Teraz czułem, że kończą się żarty. Próbowałem wstąpić z Ogródkiem na schody…

mec.wende

Edward Wende

Zacząłem od tego, że  zarejestrowałem Fundacje. Nazwałem ją Kultura Tutaj Obecna by logo i skrót miały te same KTO  w literach. Jury wprawdzie się ode mnie odwróciło ale zarówno Iza Cywińska jak Maciej Wojtyszko nie odmówili wsparcia fundacji. Statut (wyjąwszy fragment merytoryczny) udostępniła mi tworząca w tym samym czasie fundację Salonu 101 Małgosia Bocheńska. Bardzo się on spodobał mecenasowi Edwardowi Wende, z którym znaliśmy się jeszcze z czasów NTW. Często go tam razem z Falandyszem zapraszałem. Obydwaj już nie żyją. Wende poza tym mieszkał nieopodal, a na podwórku w garażu mojej klatki schodowej domu przy Długiej nalażącego do Spółdzielni mieszkaniowej adwokatów trzymał swój motor Kawasaki.

HarleyDavidson2

Swobodni Jeźdźcy

Harleyowcem być warto! Szczególnie gdy przyjdzie umierać. Na pogrzeb mecenasa Wende, senatora RP,  prócz posłów, palestry, przyjaciół stawiło się jeszcze kilkudziesíęciu starszych panów w skórzanych kurtkach, obwieszonych łańcuchami. A gdy trumnę obrońcy wyniesiono ze zboru Ewangelicko-Augsburskiego przy pl. Małachowskiego: motory zawyły, klaksony zatrąbiły pod niebiosa i w stronę cmentarza odprowadzała ambasadora pełnomocnego i nadzwyczajnego księstwa Luksemburga w Polsce kawalkada jakiej nie powstydziłby się niejeden prezydent. To jest właśnie teatr! I dla takiego teatru warto żyć. A nawet umierać.

Mecenasowi Wende zatem zawdzięczałem fundację, zarejestrowaną w pierwszych miesiącach 99 roku. Założyłem ją, gdy wydawało się, że przejmujemy władzę. Choć prawo nie było jeszcze tak restrykcyjne jak potem gdy ją przejmiemy wraz z Kaczorami. Teraz do głosu dochodził AWS. Z jednej strony. Z drugiej Wałęsa sromotnie przegrał drugą kampanię, za co ponoszę małą część odpowiedzialności. No w każdym razie wiem, kto ponosi. Byłem przy tym, gdy na miesiąc przed kampanią Mirek Chojecki zlecał zadanie firmie Kalejdoskop Janka Kidawy-Błońskiego ( nie mylić z Kalejdoskop Nowa Korporacja Urbańskiego i Nawrata, która tego pierwszego zakosztuje stanowisko Kanclerza Rzeczpospolitej). Widziałem najmarniejsze kasety typu Beta marki  Scotch ( o których operatorzy mawiali, że służą do klejenia głowic), na których się tę kampanię nagrywało. Wiem ile mi płacono i kto przyszedł na moje miejsce, gdy ( na dwa tygodnie przed drugą turą), w toku kampanii zażądałem nieco wyższej stawki. Amatorszczyzna, złodziejstwo, małość !!!

Ale to było wcześniej –  w roku ’95 bodaj. Teraz  jest ’98. Wygraliśmy wybory parlamentarne. Z Formacją AWSu, w której Rokita, obok Płażyńskiego (wyjątkowo medialny i pełen charyzmy to człowiek…. przy nim to już nawet twarz Mazowieckiego pełną energii się zdaje) dzielimy Polskę na Województwa. Ma ich dwanaście  wicepremier Tomaszewski na swej pisance. I w tym wszystkim:  tu agitując za  programem osłonowym dla likwidowanych województw  w jakimś ministerstwie, to znów próbując przebić się do tv publicznej z prywatnym newsem. ( Tak, tak nawet przyniosłem Jackowi Snopkiewiczowi do gabinetu szefa TAI, trzy za własne pieniądze zrobione materiały, za które ani zapłacono mi ani ich nie wyemitowano!). W tym wszystkim – psy zająca zjadły.

Nie było wyjścia. Dowiedziawszy się o konkursie postanowiłem kandydować na stanowisko dyrektora Warszawskiego Ośrodka Kultury. Czyli znów do Szpitala Świętego Ducha – na Elektoralną.elektoralna_12 (1)

Konkurs wygrałem najlegalniej w świecie. Z poparciem Andrzeja Hagmajera, Krzysztofa Marszałka i Macieja Klimczaka, który reprezentował ministerstwo. Słowem sama merytoryczna postkomuna!

Najciężej było z  byłym aktorem, a podówczas namiestnikiem kulturalnym u wojewody Gieleckiego – Maciejem Rayzacherem z AWS, pewnym siebie, próżnym, butnym. Ale jakoś  ich do zatwierdzenia wyniku konkursu przekonano. W sumie nie zdecydował się kandydować Sławek Kuczmirowski szef ochockiego – OKA, którego miano za faworyta. Ani jego zastępczyni Bożena Majewska, żona śpiewającego Marka kuplecisty, która też głęboko siedzi w jakimś raczej platformerskim, jak go się dziś nazywa – układzie. Więc zostałem dyrektorem szpitala  na ulicy Elektoralnej i … zacząłem pierwsze starcie z pacjentami, co się animatorymi kultury nazywają. Słowem „zjadaczy chleba w aniołów”, a dom kulturu w europejskie centrum przerobić mi się zachciało.

Zatrudniłem Małgosię Bocheńską by tworzyła Studio Aranżacji Spotkań, świeżo zwolnionego szefa II pr TVP Macieja Domańskiego,

Maciej Domański

Maciej Domański

z którym zaczęliśmy na bazie mojego ogródka projektować Festiwal Wisła Żywa. Myślałem tam o poważnej instytucji, agencji informacyjnej zawierającej bazy danych dotyczących kultury z całego województwa. Agencję chciałem robić z Markiem Perytem, jednym  z pierwszych partnerów IBM w Polsce. Miałem tam także bibliotekę, którą – (to już półżartem) byłem skłonny oddać zdymisjonowanemu ze stanowiska dyrektora Biblioteki Narodowej Adamowi Manikowskiemu. Słowem poprzewracane miałem w głowie.

Adam Manikowski

Pozbyto  się mnie zanim zdążyłem ziewnąć. Związkowcy nie odstępowali gabinetów: jedni rozbili obóz pod sejmikiem, inni czatowali  w ministerstwie. Dyrektorem przestałem być bodaj w maju ’99.  I… jakby nigdy nic ruszyłem organizować VIII konkurs. Po raz pierwszy w Dolinie Szwajcarskiej.

Rozdz. XLVIII. Dolina Szwajcarska

CDN

Rozdz. XLVIII Dolina Szwajcarska

poprzedni pierwszy

Jak na nią wpadłem ? Kiedy ? Szczerze mówiąc nie pomnę. Nie pamiętam też ślizgawki, o której potem tyle opowiadałem. A podobno jednak wylewano tam jakiś lód na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Ja wtedy chodziłem na Agrykolę. Dzwoniąc przykręcanymi do butów łyżwami zbiegałem po torach saneczkowych w stronę połączonych ze soba trzech  kortów przy Myśliwieckiej, na których właśnie rozlewano lód.

Mnie Dolina kojarzy się z zapleczem lodziarni  Palermo z Mokotowskiej, gdzie schodziliśmy z Sahibkiem na wycyganione przezeń lody. Sahibek jeszcze w późnych  latach sześćdziesiątych wpadł na to co Francuzi nazywają “marche”, czyli obchód. Składkę. Obiegał mianowicie całą szkołę “pożyczając” od każdego jakąś kwotę, która nawet dla dzieci zdawała się niewarta wzmianki: 10, może 20 gr. W ten sposób po dwóch przerwach zbajerowawszy 30 – 50 osób miał 7.20 zł  potrzebne na 6 kulek lodów. Był miły, ładny, zadbany – nikt mu nie odmawiał. Tak więc Axerek miał swoje wyżebrane sześć czasem nawet siedem kulek, które zjadał w tempie w jakim ja delektowałem się trzema, co najwyżej czterema na jakie było mnie stać z kieszonkowego. Zajadając te swoje frykasy wyprowadzał przy okazji “prawo Axera” które brzmiało: Smak lodów [S] jest iloczynem masy kulek [M] i czasu zjedzenia [T]. Słowem : S = M * T ! Trzeba było czasu bym pojął, że prawo to dla niektórych nie jest dalekie od moralności Kalego. I ci, którzy za komuny i od komuny  dostali prestiżowe mieszkanka w Alei Róż nie dopuszczą nigdy, choć wprost będzie trudno to przyznać, by wróciła zniszczona przez dwie wojny tradycja.

Idea wszakże wydawała się piękna: Zapomniana Tradycja Doliny Szwajcarskiej, którą pan Kijowski odtwarza. Uruchomiłem prawdziwą kwerendę by zebrać wszystkie, czy prawie wszystkie informacje jakie o tym spłachetku warszawskiej ziemi zebrać można. Od razu też pojawił się w Gazecie Stołecznej  tekst zwracający – słusznie – uwagę, by nie spieszczać nazwy. Warszawiacy nie nazywali tego miejsca nigdy Dolinką tylko Doliną.

Dziś wiem, że istniejąca do Powstania Warszawskiego Dolina Szwajcarska zajmowała kiedyś rozległą przestrzeń od ulicy Pięknej do Alei Róż aż po przebitą w XIX wieku ulicę Chopina. Ocalał zaledwie maleńki fragment ogródka oddzielony od Alei Ujazdowskich budynkiem Sądu Apelacyjnego,  przedktórym w 2005 roku postawiono pomnik generała „Grota” Roweckiego.

Jej dzieje zaczęły się około roku 1768 kiedy była jeszcze częścią Ujazdowa, a Stanisław August ofiarował te tereny Ojcom Bazylianom, stawiając im warunek, by wybudowali kościół i konwikt dla młodzieży pochodzącej z Rusi. Dał też zezwolenie na odbywanie kwest. Dzięki dotacjom królewskim budowa ruszyła z dużym impetem, później jednak zabrakło pieniędzy i Bazylianie urządzili tam składy drewna, wapna i innych materiałów budowlanych. Wkrótce Bazylianie zrezygnowali z ofiarowanych im terenów, gdyż zgromadzone środki okazały się za małe. Przyszła Dolina znowu stała się częścią Ujazdowa.

W 7 X 1825 roku tereny te przejął w wieczystą dzierżawę kapitan saperów Wojska Polskiego Stanisław Śleszyński. Okazał się on obrotnym przedsiębiorcą. Założył tu rozległy ogród owocowy. Jak głosiła plotka, odkrył on na tym terenie pozostawione przez Bazylianów znacznych rozmiarów składowisko wapna, a fundusze otrzymane z jego sprzedaży przeznaczył na budowę pałacyku i ogrodu „fruktowego”.

Pałacyk Śleszyńskich

Pałacyk Śleszyńskich

Do budowy przystąpił w roku 1826 wraz ze swą żoną Gertrudą, Emilią z Jakubowskich i Józefem Foxem. Projektantem piętrowego pałacyku z portykiem i kolumnadą był Antonio Corazzi. Cała działka zajmowała wówczas ok. 4,5 ha. Dla publiczności ogród otworzono w roku 1827. Śleszyński urządził teren ten jako park publiczny: z licznymi pawilonami kawiarnianymi w stylu „architektury szwajcarskiej”.

Badacze do dziś nie ustalili pochodzenia nazwy Doliny Szwajcarskiej, choć być może wzięła się ona od wzniesionych tu drewnianych altan w stylu szwajcarskim. Właściciel odnajmował je handlarzom piwa, cukrów i kielbaśnikom. Z czasem ogród w dolinie ozdobiły starannie wytyczone ścieżki oraz klomby kwiatowe. Latem spacerowiczom przygrywała muzyka.

Dolina Szwajcarska, 23 czerwca 1860

Dolina Szwajcarska, 23 czerwca 1860

Śleszyński – wcześniej jeżdżąc po Europie zawadził o Szwajcarię. Tam wpadły mu w oko charakterystyczne altanki, które zapragnął mieć w otaczającym jego rezydencję ogrodzie. Wybór takiej formy dla pawilonów nie był z pewnością przypadkowy. Co lepiej pasowało by do doliny jak nie modne w tym czasie domki – pawilony z romantycznej i podziwianej Szwajcarii. Charakterystyczne dla końca XVIII wieku i całego XIX wieku zainteresowanie pięknem natury i krajobrazu odzwierciedlało się w sposobie kształtowania założeń ogrodowych. Schemat ogrodu urządzonego w stylu krajobrazowym z licznymi pawilonami kawiarnianymi był powszechnie stosowany dla parków miejskich i uzdrowiskowych XIX wieku. Niemal każdy park XIX wieczny posiadał ozdoby kwiatowe, układy alejowe, ogrody tematyczne (różanki, alpinaria, ogrody wodne…), altany wypoczynkowe i koncertowe.

Koncert Bilsego w Dolinie Szwajcarskiej, II poł. XIX w.

Koncert Bilsego w Dolinie Szwajcarskiej, II poł. XIX w.

25 V 1852 roku sprzedał Śleszyński Dolinę Szwajcarską po połowie dwóm małżeństwom: Dziechcińskim (zakupili część z nieruchomością) oraz Winnickim (część z ogrodem). Nowi właściciele rozpoczęli wielką rozbudowę ogrodu w 1855 roku budując największy w ówczesnej Warszawie gmach koncertowy – Salon Wielkiej Alei (wg projektu I. Leona Esmanowskiego). Inauguracja nastąpiła 9 lub 11 października 1856 r. koncert dała orkiestra Escherta. Jednak zdaniem Stanisława Szenica i Józefa Chudka, autorów Najstarszego Szlaku Warszawy artysta nie zdobył uznania publiczności i wkrótce został zastąpiony przez Leopolda Lewandowskiego i Kuhnego. Szczególną popularnością cieszył sięLewandowski, którego nazywano warszawskim Straussem i bez niego nie mógł się obejść żaden bal.

Sala Koncertowa w Dolinie Szwajcarskiej, 28 V 1870

Sala Koncertowa w Dolinie Szwajcarskiej, 28 V 1870

W wielkim gmachu koncertowym dorównującym gmachom niektórych filharmonii europejskich odbywały się koncerty z udziałem Jana i Edwarda Straussów, Beniamina Bilsego, Ignacego Paderewskiego, Władysława Sygietyńskiego. Wielką popularność zyskała zwłaszcza orkiestra Bilsego z Legnicy, który według badacza dziejów muzyki warszawskiej Mieczysława Skarzyńskiego w latach 1857-79 dominował w warszawskim życiu muzycznym.  Na jego koncerty przychodziły ogromne tłumy.

Już rok później Artur i Pelagia Winniccy odsprzedają swoją część nieruchomości Karolinie z Wiśnowskich Wedlowej, która w latach 60-tych XIX wieku sprzedaje Dolinę Szwajcarską Beinowi. Po powstaniu styczniowym Dolina zostaje na drodze publicznej licytacji sprzedana kupcowi bławatnemu A.Włodkowskiemu, który w 1869 r. rozbudował Salon Wielkiej Alei zgodnie z projektem Ludwika Żychlińskiego i budowniczego Sztarka z Berlina. Przed budynkiem urządzono taras. Wnętrza ozdobiono pilastrami, lustrami i dekoracyjnymi stropami. Ozdobną posadzkę wykonała znana firma meblarska Simmlerów. Wzniesiono sale jadalne i galerie. Całość uzyskała nieco eklektyczny charakter z przewagą form renesansu i klasycyzmu. Nowo otwartą restaurację wydzierżawiono Aleksandrowi Jałoszyńskiemu, który urządzał tu zabawy taneczne i maskarady ogrodowe.

Ślizgawka w Dolinie Szwajcarskie XIX wiek

Ślizgawka w Dolinie Szwajcarskiej XIX wiek

Po remoncie budynku Włodkowski wynajmuje go kolejno różnym restauratorom. (m.in. A. Jałoszyński, Abl, Igiel, Wojakowski, Waśniewski).

W 1874 w części przy ul. Mokotowskiej otworzono Nową Szwajcarię (ogród zabaw dziecięcych). Pod koniec XIX wieku okolice Doliny Szwajcarskiej stają się bardzo atrakcyjnym terenem pod zabudowę. W roku 1877 powstaje Aleja Róż (wykrojona z terenu parku) podobnie w 1890 roku – ul. Szopena (obecnie: Chopina).

Ogromną popularnością cieszyły się w Dolinie występy rozmaitych magików, jasnowidzów i połykaczy ognia. Przyjazdy publiczności ułatwiał dochodzący do doliny tramwaj konny uruchomiony w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku (cena biletu do Doliny wynosiła siedem kopiejek). Organizowano liczne konkursy i wystawy (I Samodzielna Wystawa Ogrodnicza – 1881 rok). Zimą natomiast Dolina Szwajcarska zmieniała się w najwytworniejszą ślizgawkę stolicy.

Wrotkowisko w Salonie Wielkiej Alei w Dolinie Szwajcarskiej, II poł. XIX w.

Wrotkowisko w Salonie Wielkiej Alei w Dolinie Szwajcarskiej, II poł. XIX w.

W roku 1887 założono w Dolinie ślizgawkę, która w ciągu jednego zaledwie sezonu stała się najpopularniejszym lodowiskiem Warszawy. Powstały także korty tenisowe i wrotkarnia, jesienią zaczęto organizować targi owocowe i jarmarki „płodów ziemi”. (Dużą popularnością cieszyły się organizowane w Dolinie Szwajcarskiej korowody kwiatowe).

Występ Teatru Ogródkowego w Dolinie Szwajcarskiej, II poł. XIX w.

Występ Teatru Ogródkowego w Dolinie Szwajcarskiej, II poł. XIX w.

Popularność ogrodu spowodowała, że z czasem pawilony zostały zastąpione letnią salą koncertową (zamienioną później na kino), w której odbywały się różnego rodzaju sezonowe spektakle, wystawy i koncerty. W latach 80-tych XIX wieku wydzierżawił teren Niemiec Salomonsky (dyrektor Cyrku letniego). Od 1887 dzierżawę przejmuje Konstanty Kuziński, a od 1895 Warszawskie Towarzystwo Łyżwiarskie, które niezabudowany teren wydzierżawia Kożuchowskiemu celem rozszerzenia terenu spacerowego dla organizacji balów, zabaw ogrodowych, konkursów itp. W końcu XIX wieku teren pomiędzy Salonem a Al. Ujazdowskimi Warszawskie Towarzystwo Łyżwiarskie (W.T.Ł.) odsprzedaje M. Spokornemu, który buduje w tym miejscu olbrzymią pięciokondygnacyjną kamienicę wg projektu D.Landego. W latach 1895 – 1898 W.T.Ł. rozbudowuje Salon. Latem w Dolinie Szwajcarskiej koncertowały liczne orkiestry zarówno krajowe jak i zagraniczne, odbywały się przedstawienia teatrzyku ogrodowego. W 1898 zgodę na prowadzenie teatru również po zakończeniu okresu letniego otrzymał dyrektor ogródkowego Teatru „Odeon” – Przybylski. Przedstawienia miały się odbywać początkowo w Dolinie Szwajcarskiej. Rok później po zakończeniu sezonu ogródkowego teatralna trupa komediowo-operetkowa Zimajerowej i M. Trapszy w październiku i listopadzie zagościła w Dolinie Szwajcarskiej.

U schyłku XIX stulecia założono w Dolinie tak zwany cyrk letni (zimowym nazywano odtąd cyrk braci Staniewskich na ulicy Ordynackiej), wycięto sporo drzew, zbudowano stajnie dla koni i baraki dla akrobatów. Dolina z muzycznego salonu Warszawy stawała się miejscem popularnej rozrywki. Muzyka z trudem wytrzymywała konkurencję.

Dolina Szwajcarska, ok. 1901

Dolina Szwajcarska, ok. 1901

Kamienica Spokornego

Kamienica Spokornego

Już na początku XX wieku w wyniku parcelacji, teren parku został znacznie okrojony i zabudowany. Przed II wojną światową granice ogródka były niemalże takie same jak dzisiaj.

Sam teren ogródka był nawet jeszcze bardziej „uwięziony” wśród zabudowy, gdyż oprócz ogrodzenia w postaci muru z prześwitami, od strony wschodniej ograniczał go pokaźnych rozmiarów budynek z salą koncertową połączony z willą Warszawskiego Towarzystwa Łyżwiarskiego mieszczącą się na rogu ul. Chopina i Alej Ujazdowskich.

Budowa: 1903.
Kamienicę wzniósł Maurycy Spokorny z przeznaczeniem na dom dochodowy.
Potężna, narożnikowa kamienica otrzymała secesyjno – modernistyczny wystrój z narożnikiem zwieńczonym wieżyczką (usuniętą w latach 20-tyh XX w.). Elewację urozmaicały wykusze, balkony, loggie oraz lekki, secesyjny detal. Ostatnie piętra zakończono fantazyjnymi łukami, a elewację od strony al. Ujazdowskich alegorycznymi rzeźbami ‘Sławy’ i ‘Wiedzy’ autorstwa Stanisława Lewandowskiego.
Od 1910 roku w budynku mieszkał Czesław Przybylski, który posiadał tu swoją pracownię architektoniczną.
Rozebrany: budynek w czasie wojny został wypalony, jednak jego mury pozostały prawie nie naruszone. Ruiny rozebrano około 1947.

W 1903 u zbiegu al Ajazdowskich i ulicy Chopina  wzniósł  Kamienicę Maurycy Spokorny z przeznaczeniem na dom dochodowy. Potężna, narożnikowa kamienica otrzymała secesyjno – modernistyczny wystrój z narożnikiem zwieńczonym wieżyczką (usuniętą w latach 20-tych XX w.). Elewację urozmaicały wykusze, balkony, loggie oraz lekki, secesyjny detal. Ostatnie piętra zakończono fantazyjnymi łukami, a elewację od strony al. Ujazdowskich alegorycznymi rzeźbami ‘Sławy’ i ‘Wiedzy’ autorstwa Stanisława Lewandowskiego. Od 1910 roku w budynku mieszkał Czesław Przybylski, który posiadał tu swoją pracownię architektoniczną. Budynek w czasie wojny został wypalony, jednak jego mury pozostały prawie nie naruszone. Ruiny rozebrano około 1947. W tym miejscu stanął mały Dom Partii czyli dzisiejszy Sąd Apelacyjny

Ślizgawka w Dolinie Szwajcarskie XX wiek

Ślizgawka w Dolinie Szwajcarskiej XX wiek

Obecnie na miejscu sali koncertowej przechodzi uliczka dla pieszych oraz znajduje się parking dla samochodów. Coraz bardziej uszczuplany teren nie sprzyjał rozwojowi tego miejsca, powstają tu co prawda jeszcze w XIX wieku pierwsze betonowe korty (w początkach XX wieku pokryte asfaltem), lecz powoli park przestaje być miejscem sprzyjającym wysłuchania koncertów.

Najpierw stał się terenem sportowym i wystawowym, później, w okresie międzywojennym był również miejscem manifestacji politycznych.

Rok 1939 przyniósł upadek Doliny. Nikt jej już nie odwiedzał ze względu na zbyt bliskie sąsiedztwo gestapo w Alei Szucha. W czasie powstania przebiegała tędy linia walk, w trakcie których Dolina uległa kompletnemu zniszczeniu.

Dolina Szwajcarska, lata 20. XX w.

Dolina Szwajcarska, lata 20. XX w.

Wojna ostatecznie niszczy to co pozostało po wcześniejszej parcelacji parku (pozostaje ok.1/6 powierzchni z początkowej własności Śleszyńskiego). Co prawda pałacyk Śleszyńskich przetrwał jako jeden z nielicznych budynków Warszawy, to jednak teren ten, zamieniony na dzielnicę ambasad już nigdy dotąd nie odzyskał swej pozycji salonu muzyczno -kulturalnego, czy to z powodu niewielkiej powierzchni, czy z braku wydarzeń kulturalnych (zabrakło teatrzyku ogródkowego, koncertów, maskarad i fajerwerków) – w większości zamkniętych w salach teatrów, oper, domów kultury lub przeniesionych do nowopowstających „parków ludowych”.

Muszla Koncertowa w Dolinie Szwajcarskiej w Warszawie, lata 30. XX w.

Muszla Koncertowa w Dolinie Szwajcarskiej w Warszawie, lata 30. XX w.

Na początku lat pięćdziesiątych zabudowaną pałacykami ulicę Chopina uzupełniono tzw. małym domem partii, w którym pomieszczono Komitet Warszawski PZPR. Przed budynkiem urządzono spory parking. Pozostałością po tamtej Dolinie jest miniaturowy ogródek z tarasami i fontanną zaprojektowany w 1951 przez arch. Zygmunta Stępińskiego i arch. krajobrazu J.Dworakowską. Socrealistyczne rzeźby wykonane został przez R. Łukianowa. O dzisiejszym kształcie Doliny Szwjcarskiej zadecydowała zatem nie tyle niszcząca siła wojny, co brak woli odbudowania jej w dawnym kształcie. Dla ludu przewidziano inne miejsca zabaw, takie jak park Kultury czy Rynek Mariensztacki, nie budzące wspomnień po burżuazyjnej Warszawie.

Mnóstwo osób pomagało mi w tej pracy. Najpierw pani  Danuta Szmit-Zawierucha i Joanna Dudek-Klimiuk, a także urzędniczki, pozywtywnie opiniujące moje plany, z których  niejedna wygrzebała jeszcze fakcik czy to pani Ewa Pustoła-Kozłowska czy Ewa Nekanda-Trepka.  Opierałem się też na opracowaniach: -Stefan Kieniewicz, Warszawa w latach 1795-1914; –  Wiesław Głębocki, Karol Mórawski, Warszawo – Ty moja Warszawo; – Dzieje teatru polskiego pod red. Tadeusza Siverta, t.III i IV; - Jerzy S. Majewski, Tomasz Markiewicz „Warszawa nie odbudowana”. Wydawnictwo DIG, Warszawa 1998; a także tekstach publikowanych w Stołecznej Gazecie Wyborczej  ( Jerzy S. Majewski, Jarosław Osowski, Wojciech Nowosielski).

XXXI. Para w gwizdek !!!

CDN

Rozdz. XLIX. Para w gwizdek !!! Od Gąsiorowskiego po Sachsa

poprzedni pierwszy następny

Trzeba by kumpel został prezydentem miasta. Inaczej jak widać się nie da …

Myśl o Dolinie Szwajcarskiej zaczęła mi świtać jeszcze w Dziekance. Gdzieś około 1996 roku. Lansowałem tę ideę w telewizyjnych programach i wywiadach, dzieliłem się  pomysłem z dziennikarzami. Te moje enuncjacje zaczęły jednak wzbudzać coraz większy opór. A o sojuszników – trudniej. W Dolinie nie było wszak kawiarni ni ajenta, pod którego mógłbym się podczepić – o Dolinę musiałem wystąpić sam.

Dolina Szwajcarska - dziś

Dolina Szwajcarska - budynek przy Chopina 5

I występowałem. Pierwsze wnioski i projekty dotyczące Doliny Szwajcarskiej zachowane w moim komputerze pochodzą jeszcze z ’96 roku. Po sezonie letnim myślałem już o zimowej „przygrywce”. Zaproponowałem więc Andrzejowi Kowalskiemu i Teresie Stankowej z Urzędzu Dzielnicy Śródmieście, organizację imprezy mikołajkowej. Chciałem by około 6 grudnia zorganizować zimowy festyn, którego celem miało być zwrócenie uwagi na Dolinę Szwajcarską. Przypomnienie, że jak dawniej może stać się ona  miejscem kulturalnych spotkań Warszawiaków, miejscem tradycyjnych kwest, koncertów, imprez rodzinnych.

„Mikołajki” w Dolinie Szwajcarskiej to miała być właśnie familijna, przedświąteczna zabawa. W otwartej przestrzeni Doliny chciałem postawić estradę. Na niej miały się  odbywać występy, pokazy, tu młodzi widzowie mogliby sami coś zaśpiewać. ( To jeszcze nie był czas karaoke lecz coś takiego chodziło mi po głowie).

Śnił mi się troszkę Wiedeń, do którego trafiliśmy w tym czasie na Sylwestra. Wiedeń z uliczną zabawą i wolnymi estradkami do tańczenia w rytm melodii Strausów. Strausów, którzy przecież nie raz i w Dolinie koncertowali. Wyobrażałem sobie, że w centralnym miejscu stoją sanie z psim zaprzęgiem. W nich miał zasiadać Mikołaj. Można by się z nim przejechać. Zrobić pamiątkowe zdjęcie. Zabawę chciałem połączyć z kwestą na rzecz biednych dzieci. Porozumiałem się nawet w tej sprawie z hufcem  ZHP W-wa Śródm. i ich Akcją Bieszczadzką, oraz Tow. Nasz Dom i akcją: Zima Dzieciaka). Miał rzecz jasna grać jeszcze jakiś zespół muzyczny lub orkiestra wykonują utwory świąteczno-taneczne. Przewidywałem konkurs na najpiękniej zaśpiewaną kolędę. Mieli występować clowni – mimowie, wykonując parodie znanych utworów muzycznych, a także wciągając publiczność do działań happeningowych (proponowałem konkretnie występy duetu „Biały Clown”). W przerwie między występami dzieciaki ucharakteryzowano by  na małego clowna. Jeszcze jakiś konkurs układania świątecznych stroików. Przy pomocy dekoratora z Firmy Art Decor, Gardenia lub innej skłonnej dostarczyć przygotowane elementy, z których  można by ułożyć sobie ozdobę.. No, i  sprzedaż kartek z widokiem Doliny Szwajcarskiej. O miejscu tym opowiadałby warsavianista inicjując akcję zbierania zdjęć, widokówek i innych   pamiątek związanych z tym miejscem.

Dolina Szwajcarska - Sąd Apelacyjny i bloki przy alei Róż

Dolina Szwajcarska - Sąd Apelacyjny i bloki przy alei Róż

Następne wspólne spotkanie odbyłoby się 1 stycznia. Wyobrażałem sobie wtedy taki „sylwesterek” dla maluchów, które zostały na noc z babciami, a teraz zmierzchającym popołudniem około piatej wieczorem chętnie z rozbudzonymi rodzicami przyszłyby się zabawić, oglądać zebrane na mikołajki pamiątki.

Udział mediów zdawał się oczywisty. Do wspóorganizacji i promocji imprezy możliwe zdawało się zaprosznie, któregoś z dzienników: Gazety Wyborczej, Życia, czsy Życia Warszawy. A i sponsorzy z Wedlem na czele ( wszak Dolina kiedyś nalezała do Welowej) reklamujący swoje wybory i wręczający dzieciom słodycze  wydawałoby się nie powinni zawieść. Słowem Festyn jakich wiele wszędzie tylko nie w Warszawie, nawet nieco jarmarczny, gdyby Wydziały handlu wyraziły zgodę na udział sprzedawców oferujących świąteczne drobiazgi.

Nic z tego nie wyszło. Nikt już niczego nie czytał ani nikogo nie słuchał, a w każdym razie nie mnie, skoro przestałem być radnym, straciłem telewizję – pozostałem jedynie facetem, który ma pomysły. Za wiele pomysłów pewnie i nie bardzi wiedziano o co mi chodzi. Z kim gram i o co. Bo przecież odpowiedź najprostsza i prawdziwa, że chodzi mi o publiczność i o czerpanie satysfakcji z dobrej imprezy nikomu nie wydawała się prawdziwa. Konkurs Teatrów Ogródkowych raz przyjęty miał już swoją markę. Elementarnie inteligentni ludzie tacy jak Teresa Stankowa czy Marek Rasiński nie widzieli powodu go niszczyć tym bardziej, że doceniali reklamę jaką im przynosi. Poznali mnie zresztą i wiedzieli, że gram już w innej lidze i moja obecnośc im nie zagraża. Po nich przyjdą gorsi. Jednak i oni nie umieli skupić się na nowych przedsięwzięciach. Marek werbalnie wsparł ideę zagospodarowania Doliny lecz skończyło się na słowach. Z pozoru serdeczna Tereska Stankowa nie wiem nawet czy projekt mych zimowych imprez przeczytała. W każdym razie nie zyskały one już jej akceptacji. I trzeba było lat siedmiu by na kanwie tego pomysłu wykluła się organizowana już siłami Domu na Smolnej impreza: Inwazja Gwiazdkowych Skrzatów. No ale po to było trzeba by kumpel został prezydentem miasta. Inaczej jak widać się nie da …

Na razie jednak proponowałem. Proponowałem też od dawna zorganizowanie na wolnym powietrzu 1 stycznia imprezy noworocznej dla małych dzieci. Proponowałem imprezy karnawałowe przy bardziej lub mniej improwizowanej ślizgawce. Z papieru zużytego na kolejne wydruki poprawianych wersji mych projektów starczyłoby budulca by las Birnamski wskrzesić.

Rządano ode mnie najrozmaitszych uzgodnień. Tymczasem Urzędnicy Gminni zostali zaatakowanie przez przedstawicieli wspólnot mieszkaniowych otaczających Dolinę. Mieszkańcy byli zdecydowanie przeciw. Burmistrz ( a raczej Dyrektor Dzielnicy), którą to funkcje w latach 1994- 1997 sprawował Marek Rasiński, przynajmniej formalnie ideę popiera, ale od akceptacji do zatwierdzenia droga była daleka.

Telewizyjnie lansowałem tę ideę już od programu zrealizowanego w TVP 1 w 96. Program ten, zrobionym po V KTO, w ’96 roku  wprawdzie emisji się nie doczekał ale podczas którejś rozmów w TVPOLONIA w roku ’97 emitowałem ten materiał na świat cały. Rasiński wypowiedział się tu pięknie i wspierająco.  Wreszcie w lipcu ’97 roku, w czasie gdy VI KTO  odbywającego się po raz ostani w Starej Dziekance z poparciem dyrektora dzielnicy doszło do spotkania w Urzędzie przyy Nowogrodzkiej. Już byłem w Ogródku, witałem się z gąską. To było 17.07.97. W spotkaniu wziłęla udział Ewy Domanus –  Z-ca Dyrektora Dzielnicy Śródmieście  oraz Z-cy Dyrektora Dyrektora Teresa Stanek. Uczestniczył w nim Wojewódzkie Konserwator Zabytków, Dyrektor Zarządu Terenów Publicznych oraz Naczelnik Wydziału Architektury Dzielnicy Środmieście.  Omówiono plany zagospodarowania przestrzennego i proponowany przez moją Firmę Media ATaK projekt przywrócenia tradycyjnych funkcji rozrywkowo-kulturalnych Dolinie Szwajcarskiej {obiektowi ochrony konserwatorskiej znajdującym się na terenie zespołu Adm. Państwowej i placówek dyplomatycznych „Aleje Ujazdowskie” [ UA1/SE/2]} – ustalono co następuje:

1. Wydaje się celowe proponowane przez Firmę Media ATaK przywróceniu Dolinie Szwajcarskiej tradycyjnej funkcji jaką było pełnienie przez nią roli familijnych rozrywek kulturalnych dla mieszkańców Śródmieścia.

2. W planach rekonstrukcji Doliny należy uwzględnić w pierwszym etapie budowę teatru letniego. [projekt na kanwie rysunków Józefa Galewskiego z początku wielu].

3. Rekonstrukcja historycznych funkcji rozrywkowych Doliny Szwajcarskiej nie może się odbywać kosztem naruszenia swoistej rzeźby krajobrazowej ani prowadzić do zmniejszenia drzewostanu.

4. Wszelkie plany inwestycyjne dotyczące rozwoju letnich koncertów i gastronomii na tym terenie muszą uzyskać akceptację Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

5. Prowadzona na tym terenie  działalność kulturalna i gastronomiczna wynikać będzie z założeń polityki kulturalnej dzielnicy, a w szczególności nie może zakłócać spokoju okolicznych mieszkańców.

I pięknie. Rozpoczęła się żmudna droga uzgodnień warunków zabudowy. Zgód wydawany przez Urząd, odwołań wspólnot mieszkaniowych, Odmów Wojewódzkiego, uzgodnienia Generalnego Konserwatora Zabytków.  Apeli znakomitości. Nb Apel napisał ścisle związany z rządzącą Warszawą w stanie wojennym komunistyczną sitwą, wcale niezły poeta, potomek Wacława Gąsiorowskiego i rodzony brat Małgorzaty Bocheńskiej – Krzysztof Gąsiorowski.

Krzysztof Gąsiorowski

Krzysztof Gąsiorowski

Adresatami byli: Generalny Konserwator Zabytków – profesor Andrzej Tomaszewski, Prezydent Miasta Warszawy – Marcin Święcicki oraz Dyrektor Dzielnicy Śródmieście Gminy Warszawa Centrum – Marek Rasiński, a także Wojewoda Warszawski – Maciej Gielecki oraz Wojewódzki Konserwator Zabytków – Maria Brukalska

A P E L

Nasze miasto, Warszawa zmienia się żywiołowo. Istnieją piękne plany i założenia architektoniczej. Jednak decyzje urzędników nie mogą rodzić się na papierze lecz wsłuchiwać się w życie miasta.

Chyba ciągle najwspanialszą arterią Warszawy jest Trakt Królewski. I oto okazuje się, że w swojej najpiękniejszej części, między Placem Trzech Krzyży, a Placem na Rozdrożu jest to szlak martwy, wykorzystywany co najwyżej  przez nielicznych przechodniów. Nic tutaj się nie dzieje, a przecież od co najmniej stu lat był tu jeden z ośrodków miejskiego życia.

Przywróćmy naszemu miastu, jego mieszkańcom i gościom -Dolinkę Szwajcarską wypełniającą dziś jak pusty basen skrzyżowanie ulicy Chopina z Alejami Ujazdowskimi.

To przykre, że ten uroczy, poniekąd zabytkowy zakątek w samym sercu Warszawy zamienił się w kamienną pustynię. W PRL-u Dolinka opustoszała, bo sąsiadował z nią Urząd Partyjny. Niegdyś tętniło tu życie przez cały rok. Działała kawiarnia, występowali artyści grali muzycy, odbywały się widowiska teatralne. Zimą czynne było lodowisko. Dzisiaj jest tu pusto i głucho.

Odtwórzmy Dolinkę Szwajcarską.  Przywróćmy ją Warszawie, ożywmy Trakt Królewski. Pojawiła się taka możliwość. Od siedmiu lat mieszkańcy stolicy i liczni turyści licznie odwiedzający Letni Konkurs Teatrów Ogródkowych udwadniają miastu, że istnieje potrzeba stworzenia teatru letniego, kawiarnianego, osadzonego w miejscu zarazem centralnie usytuwanym, kameralnym i cichym.

Postulujemy wykorzystanie wieloletniego dorobku reżyserskiego i organizacyjnego pana Andrzeja Tadeusza Kijowskiego  i  tradycji Ogólnopolskiego Konkursu Teatrów Ogródkowych,  wspierając jego starania o założenie w Dolince Szwajcarskiej artystycznego ogródka ze scenką teatralną, tak jak pamiętają to miejsce najstarsi mieszkańcy.  Tak pomyślana działalność na pewno nie będzie dokuczliwa do otoczenia a otworzy to miejsce dla mieszkańców Warszawy.

My niżej podpisani tworząc „Komitet  Restyucji Doliny Szwajcarskiej” apelujemy do Samorządowych Władz Miasta Warszawy,  Wojewody Warszawskiego, a także do Generalnego Konserwatora Zabytków, do wszystkich władz znających Warszawę i potrzeby jej mieszkańców poparcie, w miarę swych możliwości i kompetencji tej inicjatywy.

Nasze miasto wciąż nie za wiele godziwej rozrywki ma do zaoferowania. A to stolica Polski. Europejska stolica.

Podpisujemy ten apel z pełnym przekonaniem.

Zbieraniem podpisów zajęła się Małgosia Bocheńska, której udało się skupić wokół mej idei  dziesiątki autorytetów włącznie z plejadą najwybitniejszych urbanistów warszawskich: Stanisławem Wyganowskim -b. Prezydentem Miasta St. Warszawy, Przew. Tow Urbanistów Polskich; Bohdanem Jastrzębskim – b. Wojewodą Warszawskim; Olgierd Dziekońskim – architektem i potomkiem znanej architektonicznej rodziny, byłem wiceprezydentem Warszawy a podówczas Prezesem Agencji Rozwoju Komunalnego; Czesławem Bieleckim ( uzywającym w podziemiu solidarnościowym pseudonimu Maciej Poleski) – architektem, a w tym czasie przew. Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych; Janem Rutkiewiczem – b. burmistrzem  Śródmiescia Warszawy, też architektem, Prof. Markiem Kwiatkowskim – dyrektorem Królewskich Łazienek; prof. Andrzejem Rottermundem – szefem Zamku Królewskiego i  Andą Rotenberg – dyr. Zachęty.

*                                 *                                 *

Papier jest cierpliwy. Fale eteru też. Mimo poparcia burmistrza czyli dyrektora dzielnicy, mimo całej plejady wspierających moją ideę autorytetów o w puszczeniu mnie do Doliny Szwajcarskiej nie mogło być mowy. Jak się o tym tylko dowiedzieli mieszkańcy Alei Róż – protestom nie było już końca. Ponad półtora roku potrwa aż się z tych pism i protestów złoży uzgodnienie warunków zabudowy. Ale się złoży ! I pozwoli mi wejść wreszcie do Doliny po raz pierwszy w roku 1999. Jednak opór mieszkańców, ustosunkowanej nomenklaturowej klienteli alei Róż okaże się w końcu nie do przebicia. Mimo, że nawet w Kolegium Odwoławczym wygrywałem sprawy, mimo, że w 2000 warunki zostały ostatecznie uzgodnione. Nic dane mi było budować.

Bój o Dolinę trwał dwa i pół roku. Wspierali mnie w nim inteletualiści, artyści, dziennikarze. Urzędnicy ( zwłaszcze Ci wyższego stopnia) mówili to co dobrze brzmiało, co ja i prasa chciałem usłyszeć. Nie było tak bym tego nie wiedział, nie czuł – nie był gdzieś wewnętrżnie świadom, że mówiąc cytatem biblijnym chętnie przywoływanym przez mego Ojca: Kto miał ten mieć będzie i obfitować będzie.

Karol Sachs

Karol Sachs

z wildseinem

ATK z Wildsteinem

No a ja tak naprawdę:   nie miałem. Gdybym miał naprawdę bogatego wuja, albo gdybym mógł jak Bronek Wildstein w Paryżu po pieniądze na Kontakt zgłosić się do Gminy. Wszakże szukałem drogi. Pracowałem z Marynką Bersz. Ktoś podał mi namiary Karola Sachsa architekta i szefa Banku BIZE, goniłem za nim od Paryża po warszawską ulicę Dubois. Bezskutecznie występowałem o środki do Fundacji Kronenbergów. Gdy Bronek Wildstein został po raz kolejny bez pracy, usunięty z Wprostu miał do Wyboru Rzepę i Wyborczą, proponowałem i jemu współpracę – oczywiście grzecznie wzgradził moją ofertą ogródkową. Nie dane mi było poznać swojego kuzyna. A jak nie masz Wujka w gminie – pieniędzy też nie uświadczysz.

L. Między nami – szwoleżerami !

CDN

Rozdz. L. Między nami – szwoleżerami !

poprzedni pierwszy następny

Ukochaną lekturą mego dzieciństwa, były czytane mi przez Ojca utwory Walerego Przyborowskiego. Nauczyciela, historyka, powstańca. Jednego z tych, którzy stanowią sól z ziemi inteligencji polskiej. Otóż przygody Stacha kończą się powrotem szwoleżerów do Warszawy. Z jakimś ( zapewne na wojnie zdobytym ) mająteczkiem żyją sobie w latach 1820 – 1860 spokojnie byli Szwoleżerowie gwardii. I żyć im jakoś nikt nie broni. Może takim Stachem był Śleszyński, też żołnierz napoleoński, który powróciwszy do Warszawy przejął pobazyliańską schedę i miejsce, które prawie sto lat było ważnym przybytkiem kulturalnym Stolicy. Instynktownie tworząc parkowy więc bardziej otwarty salon, gdzie mogły mieszać się style życia nowych klas: zubożałej szlachty ściągającej do miast i zyskującego na znaczeniu mieszczaństwa.

Jakże mała jest nasza wiedza na ten temat. Jak szybko w tył odbiega tak niedawna zdawałoby się historia. Na pytanie jaką rolę pełniły w XIX wiecznej Europie Doliny Szwajcarskie – właściwie nikt mi nie odpowiedział.    A przecież  do szukania odpowiedzi wzięliśmy się profesjonalnie. Zatrudniłem znawczynię od architektury ogrodowej z SGGW panią Joannę Klumiuk pomocny okazał się Warszawski Ośrodek Telewizyjny – czyli WOT.

Jednak kwerenda nie dała wielkich rezultatów. Pokazała jak mało warszawiaków żyje w tym miejscu od pokoleń. Jak kruchą jest historia miasta opuszczonego i wielokroć podbijanego. A przecież nie jest tak by tych pamiątek nie było. Ani by ludzie nie chcieli ich wydobywać. Jest tak tylko, że ludzi tych bardzo mało.

Maria Prażmówna (Express Poranny - 31.VII.1927)
Maria Prażmówna (Express Poranny – 31.VII.1927)

Gdy po sześciu latach odkryje moją Dolinę, a ja Jej nieśmiertelny talent:  Ela Ryl-Górska przyniesie mi wycinek  sprzed II Wojny z „Expressu Porannego” z informacją, że jej matka „p. Maria Prażmówna uczennica szkoły śpiewu p. Sobolewskiej, występowała ostatnio z dużym powodzeniem na koncercie w „Dolinie Szwajcarskiej”..

Jest tak, że w dzisiejszej Stolicy strasznie mało miłośników, tradycji przechowywania pamiątek. Warszawiacy obecni nie kochają swego miasta. Telewizja regionalna pracuje dla reklamy i polityki. Firmy myślą o szybkim zysku. Przybyli z Katowic, Gdańska, Gorzowa Wielkopolskiego czy nawet ze Szwajcarii ale pod Suwałkami – jej włodarze nie myślą o przestrzeni publicznej lecz  o własnych  pieniądzach i szybkiej  karierze.

Powodów jest multum. Pierwszym powojenne rozpędzenie mieszkańców lewobrzeżnej Warszawy. Prawie nikt po tej stronie Wisły nie mieszka tu w trzecim pokoleniu, a tych nielicznych których biblioteki, zbiory, pamiątki, precjoza spalono bardzo trudno skłonić by na powrót zechcieli gromadzić archiwa. Zrozumiałem to, gdy gdy bez przelewu krwi, bez pożaru lecz nie mniej podle ograbiono mnie z domu, rodziny, latami gromadzonej biblioteki. Bardzo trudno budować na gruzach. A nasze „miasto ciemne”  jak pisał Baczyński „‘oddycha długimi wiekami”, spowiada „dawnych grobów żałość”. Trzeba pokoleń by to zmienić.

A jednak – gdy wspominamy nawet na blogu Agrykolę dzieciństwa, gdy Tankista prowadzi śledztwo sięgające roku 1824 widać, że zmysłu historycznego nie da się wykorzenić z człowieka.  Dzieki pomocy T-73 jedno udało się ustalić, co  sporo tłumaczy: Śleszyński był nie tylko saperem i obrotnym przedsiębiorcą. Był także – masonem ! ( No a ja co ze skruchą wyznaję przecież – NIESTETY - nie…)

W Dolinę w 1999 roku wkroczyłem goły jak święty turecki. Bez kawiarni w zapleczu. Świeżo pozbawiony posady w Szpitalu Św. Ducha na Elektoralnej, przy której pomocy, nie ukrywam, miałem nadzieję tę przestrzeń podbijać. Szukałem sponsora. Wydawało by się, że przyszedł nań czas. Kontakt na dużą czyli bogatą firmę impresaryjną otrzymałem via mamusia koleżanek moich córek z prywatnej szkoły i pani Dorota Wyżyńska z Gazety. Trudno lepiej.

Miłe młode brunetki miały dwa garaże, prowadziły jakiś festiwal kawy. Bodaj Thibo. Wzięły moje „formaty telewizyjne”. Ale… No właśnie, gdzieś było to ale.

Pani Wyżyńska, gdy nagle, niespodziewanie i z czyjejś niewątpliwie inspiracji z przyjaciółki Ogródka przemieni się we wroga wroga napisze po latach, że zrażałem do siebie ludzi. Czym ją i te panie zraziłem ?  Czy tylko tym, że było widać, iż nie zrobi się ze mną taniego gescheftu ? Czy tym, że pracuję na siebie ? Czy tym, co może najwyraźniej powie mi Halina Machulska po kilku miesiącach próbnej współpracy. ( Z rekomendacji Macieja Wojtyszki miałem jej pomagać przy Festiwalu Korczakowskim): ja zawsze pracowałam zespołowo. Pan jest typem samotnika, który lansuje siebie ( doda po latach). Fakt. Nie ukrywam. Tym tekstem też, znaczę własne ślady.

Więc na nowo, choć zawsze pod górkę. (Z Towarzystwem Teatralnym „Pod Górkę” w odwodzie). Do jury w Dolinie zaprosiłem wzmiankowaną Dorotę Wyżyńską – zasłużoną w popularyzacji Ogródka kanałami Gazety Wyborczej, Barbarę Borys-Damięcką, co było najniższym na jaki było mnie stać ukłonem w kierunku opanowującej Gminę Centrum komuny, Adama Kiliana, Zosię Kucównę.

D.Wyżyńska, K.Marszałek, B.Borys-Damięcka, A.Kilian
D.Wyżyńska, K.Marszałek, B.Borys-Damięcka, Z.Kucówna,  A.Kilian

Kupiłem estradę, kolumny, plastykowe krzesła. Namiot za frontem sceny już miałem. Dokupiłem bazarowe daszki dla publiczności. Aha wszakże pojawił się browar warszawski. Pamiątka po niedokończonej tranzakcji wynajmu kawiarni w WOKu. Dodali mi kilka krzeseł, ław, prowadzili (na zasadzie jednodniowej koncesji) barek.  Nie było mnie stać tylko na ochronę.

Uprosiłem zatem  pełniącego wówczas funkcję rzecznika prasowego u wicepremiera Tomaszewskiego mojego studenta z teatrologii – Pawła Ciacha ( wiem, że poszedł potem siedzieć) o pomoc w ochronie przez wojskowych z jednostek  nadwiślańskich Wojska Polskiego, które nadzorowały mieszczące się na przeciwko Doliny przy Chopina ambasady: węgierską, szwedzką, fińską i rumuńską. Kupuję ci ja sobie krzesełka plastykowe w Macro, a tu nagle komórka dzwoni. Pułkownik Stanisław Walewski (JW 261) do pana dyrektora Kijowskiego. Czym mogę służyć? – Wzmożoną ochroną.- Załatwione. Tak! Właśnie tak za komuny góry przenoszono. Ale dyskretnie! Która to cecha do mych cnót nie należy. A ja wywaliłem na moim wolno stojącym przez tydzień obiekcie: zakaz gry w piłkę (młodzieńcy chętnie traktowali obramowanie sceny jako bramkę) i poważnie wyglądający napis: Obiekt chroniony przez jednostki nadwiślańskie WP. Wzbudziło to zrozumiałą irytację nomenklaturowych, a również w wojskowości osadzonych sąsiadów z al. Róż i Chopina, którzy jeszcze prowadzili walkę w Kolegium Odwoławczym o podwarzenie prawomocności mojej decyzji o warunkach zabudowy. Zostałem więc po jakimś czasie sprowadzony przez generalicję do parteru, anons zdjąłem, ale teatrzykowi nic się nie stało jeśli nie liczyć dzieci z sąsiednich dobrych, nomenklaturowych domów, które pod koniec imprezy powyginały mi rusztowania od namiotów tak, że końca sezonu doczekały ale o powtórnym założeniu nie mogło już być mowy. Poszło to jednak jak mnie pamięć nie myli na karb wichury, która wcale mniejsze zrobiła spustoszenie.

Zaczęła się walka o Dolinę, próba rozbudowania repertuaru. Piosenki ogródkowe. Parada Kapeluszy. Idea urządzenia w Dolinie Parady Kwiatów. Ta ostatnia mimo wielu prób i podejść zarówno w Dolinie jak i potem na Frascatii nie znalazła nigdy realizatora. Jakoś i jest to wina albo społeczeństwa albo moja trudno mi było pozyskiwać realizatorów moich idei sytuujących się na pograniczu sztuki i komercji, w sferze paedeutiki właśnie czyli tych obszarów życia codziennego, które niosą w sobie element estetyczny dostępny dla każdego. Kwiaty w Polsce muszą być przede wszystkim drogie, podobnie jak kapelusze czy wino. O cieszenie się tymi elementami zbytku, podnoszenie ich jakości, uprzystępnianie uboższym acz wrażliwszym strasznie trudno.

Kapelusze… Cóż – kapelusze rozbiły mi małżeństwo, zniszczyły rodzinę. Paradę ich wymyśliła moja ówczesna żona – Renata.  kapelusznicaNiestety jednak na ładnym pomyśle się skończyło. Tzw. Sponsor Firma  Porthos ograniczyła się do ufundowania dwu kapeluszy dla zwycięzców konkursu na najefektowniejsze nakrycie głowy. Ofiarowała też po kapeluszu dla Jurorek i pani dyrektor dzielnicy z ramiena AWSu Anny Wysockiej. Jak widać na tym poziomie pani Wyżyńskiej, reperezentującej w Jury „Gazetę Wyborczą” cała ta festynowa oprawa jakoś jeszcze wówczas nie raziła… Pojawiła się nawet agencja modelek, a obok nich pani reżyser zatrudniła nasze własne i wszystkie znajome dzieci. No ale to kosztów nie koniec. Impreza musi mieć wszak oprawę, ktoś musi grać, ktoś występować, ktoś rzeczy pilnować. Na to albo nie było ( co boleśnie odczuły okradzione na zapleczu z komórek modelki), albo trzeba było asygnować środki z bardzo w tych AWSowskich czasach skromnego budżetu Ogródka.

Moje wchodzenie w Dolinę trwało bodaj trzy lata. Wymagano już bowiem decyzji o warunkach zabudowy. Wspólnoty mieszkaniowe z Chopina i alei Róż nie dawały się jednak za nic przekonać. Oni strzegli swych przywilejów. Swych nomenklaturowych przydziałów z czasów stalinizmu, zamienionych potem na uwłaszczenia epoki Gierka i późniejszych. Strzegły nb. wbrew logice, co wywodzący się wszakże z tego grona  Jan Rutkiewicz (pasierb komunistycznego działacza Emila Starewicza) były burmistrz Śródmieścia expresis verbis dowodzł. Mieszkańcy bali się przede wszystkim, że powstanie parku rozrywki obniży bezpieczeństwo, a w konsekwencji wartość ich posesji. Praktyka i teoria dowodziła, że jest dokładnie odwrotnie. Sąsiedztwo miejsc kulturalnej rozrywki podnosi, a nie obniża wartość nieruchomości. W czasie zaś, gdy chroniłem okoliczny teren przez cały letni sezon okoliczne mieszkanki odkrywały z pozytywnym zaskoczeniem, że nagle nie obawiają się wyjść do Doliny wieczorem z pieskiem na spacer. No cóż, ale racjonalne argumenty to najbardziej deficytowy w Polsce, a już w szczególności w jej stolicy towar.

Logo KTO zaprojektowane przez Linasa Domarackasa

Logo KTO zaprojektowane przez Linasa Domarackasa

Zatem sytuacja jest taka, że w 1999 roku mam już wreszcie (wydaną na moją spółkę cywilną Media ATaK) decyzję, na której podstawie wpuszczono mnie do Doliny na trzy letnie miesiące. Powołałem fundację Kultura Tutaj Obecna mającą status NGO – organizacji pozarządowej, wreszcie zastrzegłem w Urzędzie Patentowym znak firmowy Konkursu Teatrów Ogródkowych z nowym logiem zaprojektowanym przez Linasa Domarackasa.

Mam więc znowu  wszystko. Poza jednym co zasadniczo odróżnia mnie od Adasia Michnika –  rzecz w tym, że ja: kolegów nie mam.

Rozdz. LI – Andrzej Urbański czyli – kolega

CDN

Rozdz.LI. Andrzej Urbański czyli – Kolega.

poprzedni pierwszy następny

Szykował się rozłam w grupie, który przyszły negocjator w rządzie Buzka i staff-ie Kaczyńskich natychmiast rozwiązał salomonowo.

LI.  Andrzej Urbański czyli – kolega

Kolegę  mam – jednego. Nazywa się Andrzej Urbański. I pewnie nie pisałbym dziś tej książki, gdyby przez cały czas moich zmagań z historią i kulturą, nie było Andrzeja gdzieś w tle.

Andrzej Urbański '74

Andrzej Urbański '74

Poznaliśmy się przeszło 30 lat temu, gdy największa swatka pokolenia czyli kierowniczka dziekanatu wrzuciła nas do tej samej piątej grupy na warszawskiej polonistyce. Czasem myślę by napisać szekspirowską komedię o Losie, który trzyma w szufladzie taka pani z Toku Studiów segregując świeżo upieczonych studentów w stosunku jak to wypada na polonistyce 4 panów na 20 pań…

No więc szybko ukształtowały się pary.

Bożena Krasiejko (dziś Karwowska) & ATK

Bożena Krasiejko (dziś Karwowska) & ATK

Najpierw sam kręciłem się koło Bożeny, późniejszej żony Andrzeja, a Andrzej flirtował z Elą, która jednak spędziła studia z Krzysiem z sąsiedniej grupy. Cołosz w stanie wojennym zrobił małą karierę w telewizji, a dziś ma chyba jeszcze program o samochodach w Trójce. Ela ostatecznie wyszła za jakieś parasolki, ja zaś studiowałem  z Krysią ( we wczesnych latach dziewięćdziesiątych wydała tom niezłych wierszy, które recenzowałem). Andrzej połączył się z Bożeną , która potraktowała go jak na załączonym obrazku widać, coś

Bożena Krasiejko ( później Urbańska) i Andrzej Urbański

Bożena Krasiejko ( później Urbańska) i Andrzej Urbański

mi się zdaje, że jako narzędzie tortur używając między innymi pewnego   wysokiego dziś  redaktora   „Gazety Wyborczej’ , co lepiej niż ideologia tłumaczyć może późniejsze podziały…, a potem – odfrunęła za morze…

Dziś profesor Bożena Karwowska   ma się dobrze. Do Polski wpada, uzyskała polonistyczny  „tenure” – gdzieś w Kanadzie.

Moja zz Andrzejem przyjaźń zaczęła się chyba na korytarzu Polonistyki, gdy zastanawiliśmy się gdzie i kto urządzi Andrzejki. Byłem już starostą grupy (grupen furer-jak mnie przezywali), więc strasznie chciałem do siebie. Inni chcieli do Andrzeja. Szykował się rozłam w grupie, który przyszły negocjator w rządzie Buzka i staff-ie Kaczyńskich natychmiast rozwiązał salomonowo. „– No to widzę, że szykują się dwie imprezy z tańcami” – zawyrokował.

- Nie ma sensu – zaoponowałem. Urządźmy imprezę wspólnie nie ma problemu by odbyła się w Aninie. U mnie spotkamy się przy innej okazji – choćby na Sylwestra.  Od tej imprezy, od bigosu wiezionego pośpiesznym linii „F” przez starającą się już o względy Andrzeja Bożenę, sałatek dostarczanych przez Elę i wypieków mojej Krysi zaczęła się przyjaźn, która przetrwała trzy rozwody ( dwa moje jeden jego), pokusy kariery późnego Gierka ( gdy Andrzej przez moment stał się pupilkiem pani Ireny Dziedzic i nawet poprowadził niedzielne wydanie Dziennika TV w jakimś 77 roku),  pierwsze akcje opozycyjne związane ze śmiercią Stanisława Pyjasa, napięcia stanu wojenngo, wolną amerykankę piętnastolecia międzysojuszniczego.

„Rozumiemy się w pół słowa

Podzieleni już na pary

Jak motyle kwiatopijce

Zakutani szaliczkami

Uśmiechnięci – rozmarzeni.

Uśmiechnięci – rozmarzeni.


Spotykamy się na rogu

W barze mlecznym na ulicy

Rozmieniamy na złotówki

Na pociechę na automat

Umawiamy się na kawę

Umawiamy się na kawę

(itd.)”

Andrzej grał na pianinie, trochę komponował do tych moich wierszy, sam zresztą też pisał. Ja śpiewałen i tak zaczęła się nasza zabawa w studencki teatro-kabaret. Program poetycko muzyczny ale fabularyzowany złożony z naszych (tzn. Andrzeja i moich wierszy), z muzyką Andrzeja, który akompaniował a występowali w tym przedstawieniu m.in. Grześ Godlewski, Michał Boni, Dorota Jovanka Cirlić no i piszący te słowa.

Rzecz rozgrywała się w Sigmie pod auspicjami SZSP ale – i to jest rzecz, która nas szczególnie zbliżyła – do tej organizacji nikt z naszej grupy nie należał. A był w tym mój wpływ i to nie z kontaktów domowych lecz kuroniowskich płynących z harcerstwa. Od Wojtka Rozmusa i Saszki Gurjanowa jakoś związanych z ZSP wiedziałem, że tworzona przez „późnego Gierka”, który   wszędzie dodawał słówko socjalizm to już nie jest organizacja dla społecznych ludzi.

Jednym z powodów mojego rozstania się z harcerstwem – był też fakt, że gdy zameldowałem się po powrocie z maturalnego urlopu u dh-ny hm PRL Elżbiety Radwańskiej, ta typowa ciocia rewolucji  zaproponowała mi przydział do HSPS (Harcerska Służba Polsce Socjlistycznej). Nie byłem już na tym etapie. Nie chcieliśmy socjalizmu i tyle. Tak dalece, że jak opowiedziałem moim kolegom co wiedziałem o marcu, nikt się już z mojej polonistycznej grupy do SZSP nie zapisał. Straciłem zresztą na tym stanowisko Starosty Roku. Byłem nim nieformalnie przez pierwszy miesiąc studiów, ale gdy odmówłem wstąpienia do SZSP po jakimś czasie dowiedziałem się, że starostę grupy wybierają wprawdzie studenci całkiem demokratycznie,  starostę roku jednakowoż starości grup wskazują już ze swojego grona ale ograniczonego  do członków organizacji studenckiej – jedynej: czyli SZSP.

Jest zatem rok 1973, no raczej 1974 bo przyszedł styczeń czy marzec. Prezentujemy montaż poetycko muzyczny pt  „Meteor” Urbańskiego i mego autorstwa  w  klubie studenckim „Sigma”. Jako starosta biorę na siebie negocjację z SZSP, które są proste. Bardzo łatwo dostajemy zgodę na odbywanie prób i prezentację spektaklu. Jesteśmy grupą całkiem nieformalną i żadnej nie podlegamy cenzurze. Przedstawienie odbyło się raz czy dwa razy. Jeden plakat – na widowni z Dorotką Jovanką Cirlić – Stanisław Latałło z aparatem fotograficznym.

Stanislaw Latałło (1945 - 1974)

Stanislaw Latałło (1945 - 1974)

I gdzież się te zdjęcia podziały ? Miałyby dziś swoją cenę i ze względu na tych, których pokazywały i tego, kto je robił. Bo Latałło, który podobnie jak Nardelli zginie tragicznie, tylko że w Himalajach, operator, aktor i filmowiec – po zagraniu głownej roli w „Iluminacji” Krzysztofa Zanussiego, to była dla nas postać prawdziwie kultowa.

Potem zrobiliśmy jeszcze jeden spektakl. Wtedy zaprosił nas na górke, zawsze gruby jak na komunistycznego aparatczyka przystało Witek Olejarz ( późniejszy przez lata szef administracyjny Teatru Nowego pod kierownictwem Hanuszkiewicza, a następnie naczelny szef Rampy gdy ją obejmie Prochyra. ). – No fajnie chłopcy powiedział, zupełnie wam to ładnie wychodzi. Chcecie się w tym realizować ?  – Czemu nie, odparliśmy chórem.

No to ja mam dla was taką propozycję. Zwrócił się tonem Bogusia Sobczuka z filmu Falka czy wczesnego Kieślowskiego. My tu widzicie mamy kilka zaproszeń na festiwale: piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu, potem na Famę. Szczególnie dla tych żołnierzy coś musimy zrobić. Więc walnijcie proszę jakiś skeczyk czy piosenkę dla mundurowych, a my się już wami zaopiekujemy. Popatrzyłem na Andrzeja, Jędrek na mnie – już miałem coś zasunąć z grubej rury ale Andrzej wstrzymał mnie spojrzeniem. No dobrze powiedział ciekawa propozycja ale musimy się zastanowić. – Jak tam sobie chciecie, ale nie kombinujcie za długo bo jest wielu chętnych na ten wyjazd.

Wyszliśmy i na schodach parsknęliśmy śmiechem. Chrzanić to – spytałem, jasne odparł Jędrek. ( Ach te dziewczyny, morze wódki a dziś … członkostwo w Stowarzyszeniu Ordynacka byłoby murowane…). Byłbym dziś jakimś Śmigielskim albo i Pacudą.

No tak, ale to był rok 1974. Gdybyśmy jednak znaleźli się tam dziesięć  lat wcześniej ? – Czy któryś z nas byłby dziś Wolskim, a inny Pietrzakiem ? A może 68 rok wyniósłby nas za granicę. (Raczej nie bo nikt na nas w Kibucu nie czekał ani nie zapraszał do Uppsali).

Nasz rok Polonistów był dość specyficzny. Chyba sporo, choć w różnych sferach było wśród nas wybitnych postaci. Byliśmy rocznikiem ’54 – z tego roku jest wszak i Zbyszek Bujak i … Aleksander Kwaśniewski. Na naszym roku był i Marek Karpiński, który powrócił na studia po relegacji w 68 ( ściślej po zamknięciu wówczas socjologii) – późniejszy rzecznik Wałęsy i Aleksandra Jakubowska ( ta od torebki i grupy trzymającej władzę). I Piotr Bratkowski z Newsweeka i Ryś Holzer i Paweł Konic, o którym już było.

Czemu więc ja kolegów nie mam ?

LII. Człowiek polityczny

CDN

Rozdz.LII – Człowiek polityczny (Andrzej Urbański)

poprzedni pierwszy następny

Andrzej  wpadł pod silny wpływ Andrzeja Mencwela, a przede wszystkim Stanisława Siekierskiego, którzy pokierowali go w stronę socjologii kultury.

Rozdz.LII – Człowiek polityczny

Z  Urbańskim nie rozstawaliśmy się aż do ślubów, na których zresztą kilkakrotnie świadczyliśmy sobie nawzajem.

Urabański & ATK - Rok 1977

Urbański & ATK - Rok 1977

Ja cały czas miałem szkołę teatralną w głowie. Wywalczyłem IPS czyli indywidualny program studiów. Myślałem o reżyserii. Andrzej wpadł pod silny wpływ Mencwela, a przede wszystkim Siekierskiego, którzy pokierowali go w stronę socjologii kultury.  Skończyłem studia przedwcześnie, marząc o reżyserii. Rozstałem się z Krysią a Andrzej – wydawało się z Bożeną. Ruszyliśmy na męskie wczasy do Zawoi, przez Jaszczury, gdzie mi ukradziono 50$ wiezione dla babci od cioci z Ameryki. To byłu dwie ówczesne miesięczne pensje. Straciłem w ten sposób niemal  całą nagrodę jaką mi za dyplom z wróżnieniem przynano. Mimo iż „wyrzeźbiłem” ( siedąc z Andrzejem w Zawoi) egzemplarza reżyserski „Heddy Gabler”, jakiego Schiller (oczywiście Leon) by się nie powstydził, nie zechcieli mnie na reżyserii. Po powrocie rozpocząłem staż u Erwina Axera przy Kordianie ( sezon 1976/1977). Bez powodzenia (mimo dyplomu z wyróżnieniem[sic!]) starałem się o miejsce na polonistycznym Studium Doktoranckim. (Andrzej Lam ocenił, iż mam umysłowość eseisty a nie badacza), wreszczie osiadłem na doktoranturze w IFIS PAN. Andrzej jeszcze studiował.

Nie wiem co nas napadło by żenić się tak szybko. Chęć ucieczki z domu ? Pragnienie samodzielności. W styczniu ’77 Jędrek oświadczył, że się żeni. Z Bożeną, z którą stosunki układały mu się już marnie. Nie zdołałem go od tego odwieźć choć przyznam uczciwie – próbowałem.

A.Mencwe, K.Cołoszyński, p. Krasiejko, Grzegorz Godlewski, ATK - ślub Urbańskiego 1977

Andrzej Mencwel, Krzysztof Cołoszyński, p. Krasiejko, Grzegorz Godlewski, ATK , Ela Domańska, Małgosia Pszczółkowska - ślub Urbańskiego 1977

Ja na taki sam pomysł wpadlem po trzech miesiącach. Tyle, że zmieniłem partnerkę.  W „Dialogu” do którego zacząłem pisywać coud de foudre walnął o blat redaktor Szpakowskiej i tak na dziesięć lat popadłem we władanie Ani z kręconymi blond lokami.

Panie: Bożena i Anna nie przypadły sobie jednak specjalnie do gustu więc też i nasze kontakty się ograniczyły. To znaczy tak stwierdził Andrzej. Wydało się dopiero po trzydziestu latach, że „panie” zgadały się kiedyś na ten temat i nie rozumiały co jest grane. Może zatem moje odwodzenie Andrzeja od wyboru Bożeny miało tu znaczenie. Politycznie dyskretny – w życiu codziennym jest papla i od kobiet bardzo uzależniony. Jednak – z mojej przynajmniej strony – myślałem o Jędrku zawsze, gdy stawały poważne zadania.

Jak trafiłem na Elę Grünberg-Bąkowską ( rok starszą koleżankę z Batorego), od której dostawałem pierwsze biuletyny KORu do przepisywania na maszynie – nie pomnę.

Ela Grünberg-Bąkowska

Ela Grünberg-Bąkowska

Pamiętam jednak wizyty u niej na Żoliborzu w charakterze jak mnie nazywała „swego mięsa armatniego” i małą Franciszkę[1] śpiącą na bibule. Biuletyny oczywiście dostarczałem m.in. Andrzejowi, który grzecznie jeszcze kończył studia u swych czerwonawych promotorów.

Aż przyszły owe imieniny mego Ojca w ’77 roku w listopadzie. To było na Jaworzyńskiej. Adam Michnik wiedział, że po ślubie mieszkam z Anią na Nowomiejskiej w kwaterunkowym studio udostępnionym mi przez państwa Marię i Kazimierza Brandysów. Prosił bym udostępnił lokal na skład bibuły dla Mirka Chojeckiego. Musieli na gwałt opróżnić jakis namierzany lokal. Trafił więc pod moje skrzydła cały nakład „Księgi Cenzury” opracowanej na podstawie zapisów GUKPPiW wywiezionych prze Tomasza Strzyżewskiego do Szwecji.

"Czarna Księga Cenzury" - wyd. I -zbijane nitami, grzebiet klejony plastrem. "NOW-a" - 1977

"Czarna Księga Cenzury" - wyd. I -zbijane nitami, grzebiet klejony plastrem. "NOW-a" - 1977

To w tym mieszkaniu na Nowomiejskiej Urbański poznał Michnika. Był już zresztą Andrzej po studiach. Siekierski załatwił mu posadę w Urzędzie Miasta w Wydziale Kultury. Pod skrzydłami Krystyna Weremowicza, który do dziś krąży wokół prawicowych urzędników. Jednak prawdziwy ingres Andrzeja do opozycji nie był moją zasługą lecz przypadku, który sprawił, że przeniósłszy się po roku pracy w magistracie do Instytutu Książki i Czytelnictwa wylądował Jędrek biurko w biurko z Eugeniuszem Klocem – człowiekiem bardzo blisko związanym z KORowcami.

Andrzej wsiąkł w opozycję, zaczął zbierać kolegów. Trochę rozeszły się nam drogi. Pisałem doktorat, potem czas karnawłu ’81 spędziłem w Białymstoku. Wszyscy oczywiście byliśmy w tym czasie jakimiś funkcjonariuszami Solidarności. Ja przewodniczyłem Komisji Wydziałowej na Filii UW w Białymstoku Andrzej był szefem Solidarności w Bibliotece Narodowej na Hankiewicza.

Jakoś trafiliśmy na siebie na początku 82 roku. Dostarczał mi wydawaną jak wiem dziś przez siebie „Wolę”. Kolportowałem grzecznie dalej lecz nikt nie zapraszał mnie do aktywniejszej współpracy. Nie pytałem. Bo jako syn matki kpt. AK wiem, że dyskrecja w tych sprawach jest sprawą podstawową.

Dyskrecja mnie zresztą zbawiła. Teatralny, głośny, gadający potrafię skupić się tam gdzie chodzi o sprawy zasadnicze. Być może inni, z Andrzejem włącznie, tego o mnie nie wiedzą. Może dlatego nie byłem dopuszczany do konspiracji bo bali się, że coś wypaplę ? –  Może. W sumie jednak zrobiwszy co nieco zarówno w stanie wojenym jak przed nim. (Kto ciekaw niech czyta)[2]. – ani razu, słownie, nie wpadłem ni razu. Ani przesłuchania, aresztu, nawet tzw. operacyjnej rozmowy.  Maciek Zalewski, jak mi potem opowiadano, wręcz się pchał do kryminału (wiedział, że to się potem liczy w karierze),

Jędrek spędził w kiciu też kilka miesięcy. A ja … no proszę szczerze mówiąc nie wiem  nawet co moje nazwisko robi na liście współpracowników KORu, skoro wymienia się tylko represjonowanych. Rozumiem, że bractwo z Stowarzyszenia Wolnego Słowa  zaliczyli mi na poczet represji, te – które obecnie doznaję… No cóż ludzie jak wiadomo dzielą się na tych co siedziel, siedzą i będą siedzicie. A ja – wyznaję ze skruchą: nieco rozrabiałem jednak nie siedziałem jeszcze wcale.

Mnie wszystkie zło tego świata: zawiść, zdrada, obmowa spotykają dopiero po 50-tce. Jędrek wyszedłszy w 84 roku z kryminału znalazł się bez żony, która zbierała się do emigracji z innym, bez gazety, której ( wyniesiony z Biblioteki Narodowej przez Andrzeja) park maszynowy Michał Boni przekazał  w ręce Heleny Łuczywo i koncernu Tygodnika Mazowsze. Takie są najstarsze powody późniejszych podziałów. Wbrew piosence Kaczmarskiego „20 lat później” –  liczy się to, co 20 lat wcześniej.

20 lat temu rozpadło się moje pierwsze małżeństwo. To był dokładnie 1987 rok. Pamiętam jak kręcę się moim pierwszym zdezelowanym maluchem w okolicach Ronda Wiatraczna i tę nagłą decyzję – Andrzej, Anin ! Andrzej był już sam z dziesięcioletnią Joasią, której fachowo zbijał nożem kotleciki. I znowu: dziewczyny, sesje,  jakieś lewe kartki na benzynę.

Andrzej Urbański na Chłodnej - 1988

Andrzej Urbański na Chłodnej - 1988

„Wolę” praktycznie mu zniszczyli. Jednak pismo, a nie środowisko. Więc nawiązał kontakt z parafią przy Karolkowej. Zaczął wydawać pismo na poły legalne. Nazywało się „Praca” i znowu: przynosił, drażnił, dawał do kolportażu.[3] W redakcji obsadzał znajomych polonistów. Przede mną raczej się puszył.

W tym wszystkim utkwił mi w pamięci jeden moment. Jędrek 33 letni zatrzymał się w progu swej werandy na VIII Poprzecznej i w jakiejś dyskusji nagle wrzucił – tak jakoś zdecydowanie: bo widzisz –  ja teraz stałem się człowiekiem politycznym.

Tak to i trwa już od lat dwudziestu. Początkowo ( jak to między chłopcami) z nutką rywalizacji.  W Nowej Polsce Michnika, każdy z nas miał swoje miejsce: ja na śródmiejskiego rajcę od kultury byłem w sam raz, Andrzej pasował na … Tygodnik Solidarność Rolników Indywidualnych, gdzie w pierwszym rozdaniu otrzymał posadę zastępcy naczelnego Redaktora.

A, że nam to nie wystarczyło…

LIII. –  Polityka gramatyczna

CDN


[1] LENA FISZMAN’S FAMILY TREE

Elzbieta GRUNBERG [Parents: Karol GRUNBERG was born on 23 Jul 1923 in Poland. Karol married Hanna LANDAU in Poland. Hanna LANDAU  was born on 29 Apr 1919 in Radom, Poland. She died in 2003.] -  was born on 10 Feb 1953 in Poland. Elzbieta married Pawel BAKOWSKI in Poland.

They had the following children.

F i Franciszka Anna BAKOWSKA was born on 13 Apr 1976.

M ii  Krzysztof Pawel BAKOWSKI was born on 1 Mar 1978.

Elę odnalazłem ostatnio w Stanach, Przez  portal Nasza Klasa. Kilka dwni temu odwiedziła mnie nawet w Warszawie. Tak pisze o sobie: „Od ’83 mieszkam w Stanach z mężem. Dzieci juz są dorosłe. Franciszka ma dwie córeczki. Ona i mąż są komputerowcami. Ja oczywiście jestem bez pamięci zakochana we wnuczkach: jedna ma 2 lata, druga 2.5 miesiąca. Krzyś i jego żona też są komputerowcami. Dzieci jeszcze nie maja. Paweł (mój mąż) uczy komputerów. Ja jestem chemiczką. W Stanach zrobiłam doktorat. Mamy czarno-bialą cocker spanielkę i czarnego kota. Mieszkamy w malutkiej miejscowości Bear w stanie Delaware. Mniej więcej w połowie drogi między Waszyngtonem i Nowym Jorkiem. Godzinę jazdy od Baltimore i od Filadelfii. Bardzo lubimy gości. Zawsze sie można u nas zatrzymać. Utrzymuje kontakt z kilkoma naszymi koleżankami, które mieszkają w USA (głównie z Ania Olszewska i Ewa Pytowską oraz z Monika Lange z klasy A). Mam nadzieje, ze One sie niedługo odezwą i dopiszą do naszej klasy.

Czym się aktualnie zajmuję

Jestem Dyrektorem Technicznym w NMS Labs. To jest prywatne laboratorium kliniczno-kryminalistyczne niedaleko Filadelfii. Zajmuję się badaniami naukowymi. Głównie zatruciami metalami ciężkimi. Od kilku lat w szczególności zatruciami arszenikiem. Jestem też ekspertem sądowym

[2] Andrzej Tadeusz Kijowski ,Warszawa ,W 1976 r. przepisywał na maszynie „Komunikaty” KOR i „BI”, a w 1977 r. tomik S. Barańczaka „Ja wiem, że to niesłuszne”. W 1978 r. udostępnił NOWEJ mieszkanie na magazyn bibuły. Współpracował przy wydaniu „Czarnej Księgi Cenzury” i kolportował ją wśród ludzi kultury. W 1982 r. prowadził wykłady w kościele św. Rocha w Białymstoku. W l. 1982-83 prowadził wykłady dla licealistów. Kolportował „TM” i „Wolę”. W 1984 r. przewiózł z Paryża do Polski pierwsze zdjęcia zamordowanego ks. J. Popiełuszki. W 1984 i 1987 r. przewoził pieniądze, tonery, urządzenia elektroniczne, wydawnictwa emigracyjne. W l. 1985-86 współpracował z Teatrem Domowym (organizował spektakle m.in. w mieszkaniu Hanny Kirchner, oraz swojej matki na Jaworzyńskiej). W drugim obiegu publikował pod pseudonimem „Tadeusz Żeglikowski” (m.in. w „Kontakcie”).

[3] Andrzej Urbański – W styczniu 1982 r. założyciel pisma „Wola” i redaktor naczelny pisma do marca 1983 r. Był szefem Wyd. Wola, wydającego książki oraz miesięcznik „Naprzód” (1983). Działacz Grup Politycznych „Wola”. Pod koniec lat 80. był jednym z animatorów Duszp. Ludzi Pr. w kościele przy ul. Karolkowej w Warszawie. Redagował miesięcznik „Praca”. W 1988 r. był redaktorem naczelnym i drukarzem ukazującego się codziennie „Biuletynu Strajkowego”. Działacz dyskusyjnego Klubu Myśli Politycznej im. Jana Strzeleckiego i Klubu Myśli Politycznej „Dziekania”. Przewodniczący KZ „S” w BN. Więziony.

Rozdz. LIII.Polityka gramatyczna – adepci Teresy Hołówki

poprzedni pierwszy następny

Mijaliśmy się z  Urbańskim, wspierali wzajemnie. Wziął mnie do Kaczego Tygodnika Solidarność, w którym przełamałem środowiskowy ostracyzm. Pomogli mi w tym Roman Zimand, Jacek Trznadel, Tomek Burek – dla którego tekstu niszczącego . „Kulturę Polską po Jałcie” Marty Fik poszedłem na wojnę z Jarosławem Kaczyńskim.

Marta Fikówna
Marta Fikówna

Kto by przypuścił, że ta komunistyczna w końcu recenzentka teatralna „Polityki” Rakowskiego -  choć przyzwoity człowiek – okaże się przyjaciółką domu braci Kaczyńskich. Zapewne przez ich pracującą w Instytucie Badań Literackich mamę, próbowała, dowiedziawszy się o tekście Burka, zablokować jego druk. Byłem wstrząśnięty. Wychowany w uznaniu absolutnej niezależności oceny  literackiej od osobistej nie mogłem pojąć tego, co już dla pracującego wówczas w moim dzial Pawła Hertza było oczywiste.

Paweł Hertz
Paweł Hertz

Tego, że oceny nigdy nie są obiektywne. Każdy ma własny interes bardziej od ogólnego na pieczy. Słowem jak mi zawsze powtarzał Urbański: ludzie są jacy są. A kierownik działu kultury winien też być polityczny.

Z Kaczyńskim się jakoś udało: wparowałem do gabinetu, nawymyślałem, wytłumaczyłem, że blokując tekst Burka zmarnuje moją półroczną pracę, której celem było przyciągnięcie do Tygodnika elit prawicowej inteligencji. Andrzej mnie poparł.

Osiągnąłem swoje. Czy było warto ? Tekst chyba nie był nadto sprawiedliwy. Tomasz Burek zajął się w swej recenzji[1] z książki Fikówny czysto bibliograficzną enumeracją wszystkich bardzo licznych błędów korektorsko – merytorycznych. Punktował autorkę jak uczniaka, wskazując na koniec, że w książce aspirującej do miana podręcznika błędy merytoryczne są nie do darowania. Ostatnie zdanie wg. mej pamięci brzmiało: – słaba: „niepotrzebna książka”. Miałem jednak wmontowaną gdzieś w geny zasadę niezależności sądów. Ale oczywiście także prawa do polemiki. Tę ostatnią przygotował Marek Karpiński.[2] I tak – nic się nie stało. Obyło się bez dymisji, którą naturalnie wywijałem, świat się nie zawalił jak i pewnie nie zawaliłby się, gdybym był nieco mniej bezkompromisowy, a wtedy. Kto wie, kto wie.. A tak Jarosławowi K., który pewnie nawet nie pamięta tej sytuacji kojarzę się pewnie od tamtej chwili może i jako sprawny organizator   jednak zbyt krnąbrny na poplecznika.

Andrzej wbrew pozorom wcale taki posłuszny nie jest. Ale umie słuchać i ma ( czy raczej miał …) –  wdzięk. I tak naprawdę jest po tej samej stronie  co i Kaczory i ja – po stronie ideologii gramatycznej.

Jesteśmy wszak wraz z Andrzejem –  uczniami profesor Teresy Hołówki, wtedy jeszcze magister i asystentki profesora Jerzego Pelca. Pewnego razu pani Teresa  przyszła na ćwiczenia, połączyła grupy i przeprosiła nas bardzo, że nie odbędą się zwykłe zajecia kursowe, gdyż jak wyznała ma do przeprowadzenia ankietę na temat – nie pamiętam ale bulwersujący bardzo. Bodaj : stosunku studentów do aborcji, czy zażywania narkotyków – coś w tym stylu. Chciała poznać nasze poglądy w tej mierze: Michał Boni, Grześ Godlewski, Andrzej, ja – rzuciliśmy się na temat jak młode platońskie wilczki. Prześcigaliśmy się w wymyślnych konceptach, spieraliśmy dla czystego sporu byle tylko ochronić siebie i kolegów przed rozwiązywaniem zadań logicznych. I tak w mig upłynęło półtorej godziny. Mgr Teresa nic tylko notowała, a gdyśmy skończyli uśmiechnęła się słodko i powiedziała. – No cóż chciałam tą rozmową wprowadzić państwa w najbliższą mi dziedzinę logiki jaką jest teoria argumentacji i błędy logiczne. Pan Grześ w rozmowie pięć razy,

Grzegorz Godlewski
Grzegorz Godlewski

pan Andrzej Kijowski ileś, pan Urbański także, a i pan Boni

Michał Boni
Michał Boni

kilkakrotnie  popełnili błąd: amfibologi polegający na tym, że  wypowiedź, może być rozumiana na co najmniej dwa sposoby – w skutek wady składni prowadzącej do wieloznaczności spowodowanej wadliwym użyciem wyrażenia potencjalnie wieloznacznego. Wszyscy panowie ( tu liczba i przykłady) pozwolali sobie na wieloznaczność w kontekście czyli  ekwiwokacje. Dyskusja panów nie była też wolna od sofizamtów tj. błędów popełnianych świadomie w procesie argumentacji. Pełno było ( liczba i przykłady): werbalizmów i pleonazmów czyli  błędów polegających na pogwałceniu reguły ekonomii wypowiadania się.

Siedzieliśmy spostponowani, upokorzeni, obnażeni. Mniej elokwentni koledzy zaśmiewali się do łez. No cóż był to bolesny eksperyment i myślę, sądząc po życiorysach całej czwórki, że na złe nam nie wyszło to ćwiczenie.

Od tego czasu zwykłem o sobie to mówić lecz myślę, że to zdanie dotyczy całej naszej formacji. - Moje poglądy polityczne są gramatyczne.  Nie głoszę takich, które źle brzmią po polsku. A to znaczy takie, jakie można wygłosić bez posądzenia o tautologię, ekwiwokację, amfibologię.Pogląd wolny od  błędów znaczeniowych, chaotyzmu, nonsensów absolutnych czy względnych, sprzeczności czy wieloznaczności może być mój.  Obciążony tymi błędami – już nie.

W języku logiki nie da się bowiem wygłaszać, żadnych prawd nacechowanych dydaktyzmem czy pleonazmem – co tak charakterystyczne dla współczesnych liberałów. Ale w języku logiki nie da się też zaakceptować patetyzmu ani sofizmatu – tak chętnie nadużywanych przez konserwatystów.

Rozeszły się nasze drogi. Grześ pozostał na uczelni, uwielbiają go studenci, pewnie wkrótce zostanie profesorem. Wiem, że zapraszał go Andrzej zawsze do współpracy, gdy chciał by było głęboko i mądrze. Było tak w „Pracy” i w „Sobocie”, dodatku weekendowym do Życia Warszawy,któremu Grzegorz Godlewski z Maciejem Zaleskim próbowali nadać wysoki format, gdy w 97 roku został Jędrek na trzy miesiące jego Naczelnym Redaktorem. ( następne 3 pełnił te obowiązki Maciek Zaleski).  Epizod ten Andrzej skwitował po latach po paru latach : no cóż, myślał że to dostanie, odtąd wiem kiedy mogę na niego liczyć, a kiedy nie.

Ma dziś Andrzej Urbański  opinię człowieka, który dogada się z każdym. Prowadził w telewizji publicznej program „Premierzy”, gdzie Oleksy siadał koło Mazowieckiego, Bielecki przy Olszewskim. Niektórzy czynią mu z tego zarzut.  Ja myślę, że jego siła właśnie z naszych dobrych z Hołówką ćwiczeń się wywodzi. Andrzej jest logiczny, a nie retoryczny. Potrafi sięgnąć do chlopskiego rozumu i zmierzyć się z polemistą. No i, co najważniejsze w polityce – słucha, poznaje ludzi i rozmawia z partnerem jego językiem.

W piętnastoleciu nasze kontakty robiły się coraz bardziej zawodowe. Przez pierwsze cztery lata ścigaliśmy się. Andrzej opanowywał struktury formalne. Najpierw Tygodnik Solidarność, Telewizję Publiczną, gdzie na początku wydawał Pegaza, jako poseł PC kierował Expresem Wieczornym, który zabrał i na powrót przekazł Czabańskiemu.  Potem było przez moment Życie Warszawy, a w końcu został zmuszony do powołania firm: Aia Best a później Kalejdoskop – Nowa Korporacja, dzięki którym mógł żyć i jako prawicowy listek figowy prowadzić programy TV w telewizji Kwiatkowskiego i grupy trzymającej władzę.

W tym czasie zbliżaliśmy  się do Wałęsy. On z jednej, a ja z drugiej samorządowej strony. To był  czas, gdy Andrzej wraz z Szymanderskim po rozstaniu się z porozumieniem Centrum, a zatem i z Expresem i Fundacją Prasową Solidarność kontrolowaną przez Kaczyńskich  zaangażował się w tworzenie dla Wałęsy BBWRu. Ale też wtedy usłyszałem z jego ust zdanie odsłaniające znaczną część prawdy o motywacji politycznej –  doprawdy nie wiem czy tylko naszych czasów. Gdy został mianowany, którymś tam pierwszym po Bogu w strukturach BBWRU – popatrzył na mnie wzrokiem faceta, co bez raków wlazł na K-2 w Himalajach i westchnął z triumfem: - widzisz Stary, znów na sam szczyt się wydrapałem.

Jestem ambitny. Ale jakoś ten rodzaj sportowo – pojedynkowego podejścia do polityki był mi zawsze organicznie obcy. Więc też się w niej nie utrzymałem. Moją domeną były i pewnie pozostaną działania nieformalne: pirackie, indywidualne. Ja miałem absolutną swobodę w Nowej Telwizji Warszawa i wydaje mi się czy wydawało, iż sam wpadłem w pewnym momencie na pomysł, że po wizycie kilku byłych premierów u pirata mogę pokusić się o spotkanie z urzędującym Prezydentem. Zadzwoniłem do Kancelarii, a tam okazało się, że mnie znają, rozpoznają. Pracowali tam nb. moi niedawni studenci ze Szkoły Teatralnej ( PWST). – Dziękuję Panu, że Pan jest. Powiedziała mi  asystentka Drzycimskiego i … Drzycimski oddzwonił.

Do dziś zadaję sobie pytanie ile w takich zdarzeniach przypadku, a ile planu czy nawet spisku. Czy dlatego zaistniałem w TV, stworzyłem Ogródek, odnalazłem inteligencką wspólnotę Warszawy, że znałem Urbańskiego, a ktoś dobrze o mnie mówił Drzycimskiemu ? Czy gdyby mnie nie było pojawiłby się ktoś inny kto by zrobił coś podobnego ?  Słowem wraca historiozoficzne pytanie Lwa Tołstoja. Czy to jednostki kształtują historię czy ona otwiera pole działania takim jednostkom, które mieszcą się w jej dialektycznym rozwoju.

Pamiętam jeszcze jak doprowadzam w  moim talk show „A Teraz Konkretnie” do spotkania Wałęsy z Piratem, którym wówczas  byłem. Wpadam do Urbańskiego do Radości pokrzykując też  radośnie „Moja jest Wielka !”.  Ułowiłem prezydenta. – Twoja jest wielka przyznał przyjaciel, z którym także przygotowywałem się do tej rozmowy. Wkrótce jednak  mnie przebił. W programie „Premierzy”: Kwaśniewskich, Olszewskich, Suchockich, Bieleckich i innych Wałęsów był ci u Niego dostatek.

Z kim tak naprawdę Andrzej się zjednoczył ? – Długo myślałem, że z Janem Dworakiem. Zastępcą Andrzeja Drawicza –

Jan Dworak
Jan Dworak

pierwszego „naszego”szefa Radiokomitetu, którą to funkcję Dworak sprawował od 89 do 91 roku. Oczywiście z nadania

Mazowieckiego. Dworak był sekretarzem redakcji „Tygodnika Solidarność” opuszczonego przez Mazowieckiego, gdy został premierem – desygnowanym na naczelnego. Lecz na to nie zgodził się Wałęsa (jeszcze jako szef Solidarności). Można więc powiedzieć, że o spokojnego Dworaka zaczęła się cała wojna na górze. Gdy Tygodnik objął Jarosław Kaczyński Andrzej został kierownikiem działu politycznego Pisma.  Mnie przypadła kultura. Ale wszyscy już nosiliśmy buławę w plecaku. Tygodnik rozpoczął akcję – Jaruzelski musi odejść. I odszedł. Przyszedł „nasz” Wałęsa, a z nim odszedł „nasz” rząd Mazowieckiego.

Przyszedł rząd J.K.Bieleckiego. Cóż to była za noc w Tygodniku na Czackiego, gdy przez jeden dzień tam właśnie kształtował się rząd. Na prośbę Krzysia Wyszkowskiego pisałem mowę Wałęsy do Prezydenta Kaczorowskiego, prawie w ogóle nie zmienioną przez redaktorów oraz  samorządowy i kulturalny fragment exposée sejmowego Bieleckiego: „Podejmuję się bowiem powierzonej mi misji ze świadomością, że po nas nie przyjdzie potop lecz kolejny rząd Rzeczypospolitej” – włożyłem w usta premierowi. Swoje zrobiłem i … nie usłyszałem nawet: pocałuj się w nos. Ani honorarium, ani awansu. Murzyn zrobił swoje – murzyn może odejść. Dał do zrozumienia doktorowi i redaktorowi Krzysztof Wyszkowski nie mający nawet wyższego wykształcenia -szef doradców w gabinecie Premiera….

Po moim pierwszym, następne przemówienia dla Wałęsy pisać będzie Marek Karpiński, który jeszcze niedawno

Marek Karpiński

Marek Karpiński

felietony do mojego działu kultury w TS pisał pod pseudonimem, jako Fizjonomista.  Nie chciał się bowiem kompromitować w towarzystwie współpracą z obozem Wałęsy.  A było się czego wstydzić. Nigdy nie czułem się tak „trędowaty” jak wówczas, gdy przyjąłem pracę z rąk Urbańskiego. W stołówce odrodzonego jako Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Związku Literatów czułem się niemal jak St.Ryszad Dobrowolski po wygłoszeniu w 76 roku na Stadionie X lecia mowy przeciw wichrzycielom z Ursusa. Dobrowolski, od którego odwracali się wszyscy wypatrzył wreszcie ubierającego się przy szatni Antoniego Słonimskiego. – Dzień dobry Antoni przymilił się do Poety. – Dzień dobry odpowiedział autor „Alarmu” – i wyciągając rękę rzucił ponad głowami licznie zebranych: – ja KAŻDEMU  rękę podam.

Mnie rękę podawał pamiętam Andrzej Drawicz. Ale był to pusty gest, z którego nigdy nic nie wynikło. No i – Artur Międzyrzecki.

Artur Międzyrzecki
Artur Międzyrzecki

Ten niemal brat przybrany mego Ojca raczej nie miał wyjścia. Andrzej Urbański obejmował właśnie „Pegaza” i przyszedł do Domu Literatury kontrolować operatorów.  Stał pod oknem z ręką w kieszeni. Widać, że wyrwał się już z polonistycznych, klerkowskich hierarchii wartości – mając najwyraźniej w najwyższym posznowaniu całe to szemrane zgromadzenie. Miał jednak, w odróżnieniu od wielu innych arywistów instynkt by się z tym nie obnosić.

A ja ? Spięty, speszony, odrzucony. Temu zaglądam w oczy, z tym staram się załatwić coś dla Tygodnika. Zobaczył to Arturek Międzyrzecki. Objął mnie wręczając szklankę. – Napij się whiseczki, powiedział. I … -myśl o  sobie. No właśnie bo ja zawsze o sprawie – nigdy o sobie, dzieciach, rodzicach, rodzinie. Działałem zawsze samotnie i poza układem. W tym rzecz, co precyzyjnie już jako minister w kancelarii premiera Buzka Urbański kiedyś określi: –  Ty nie nie umiesz zbudować układu.

LIV. Układ czy Sfera

CDN


[1] Burek Tomasz, Ex cathedra: Najsmutniejszy przebój sezonu;” Tygodnik Solidarność” 1990 nr 42 s. 11 -

Recenzja z Marta Fik „Kultura polska po Jałcie. Kronika lat 1944-1981,s 835, : Polonia Book Fundation Londyn: Polonia, Londyn 1989

[2] Karpiński Marek,Poręczna książka, „Tygodnik Solidarność”, 1990 nr 44 s. 17

Rozdz. LIV – Układ czy Sfera

porzedni pierwszy następny

No właśnie – czym bowiem jest układ ?  Szajką czy grupą sprzymierzeńców, solidarnością czy sitwą.? Gdy ktoś dziś mówi o Układach wtedy pytam, gdzie się zaczyna Układ, a kiedy kończy Towarzystwo. Bo przecież jeszcze przed wojną było wiadomo, że się małżeństw, interesów, nawet polityki z ludźmi spoza swojej sfery nie uprawia.

Nie nauczyli nas tego rodzice. Nie nauczyli nas, że istnieją towarzystwa i że niezmiernie rzadko, tylko w chwilach nadzwyczajnych – takich jak patriotyczne zrywy, bariery społeczne bywają przekraczane. Przypominam sobie to przekroczenie, gdy jeszcze w Polskiej Akademii Nauk byłem świadkiem jak powołany w ramach odnowy związków zawodowych Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Pracowników Nauki Techniki i Oświaty miał się przekształcać w NSZZ „Solidarność”. I słyszę głos rozsądku jednego z młodych pracowników nauki ( dziś profesora na amerykańskim uniwersytecie Krzysztofa Jasiewicza):

- No dobrze koledzy, przemówił, ale może by tak w ramach odnowy i odwrotu od komuny odpowiedzieć sobie na pytanie: jakie wspólne interesy zawodowe mają pracujący w PAN pracownicy nauki i sprzątaczki dotychczas wspólnie zjednoczeni w Związku Nauczycielstwa Polskiego. Przecież  to z tym nieporozumieniem trzeba skończyć i pozwolić każdej z tych grup jednoczyć się wokół własnych interesów  w swoim towarzystwie.

Krzysztof Jasiewicz

Krzysztof Jasiewicz

Jasiewicz w tamtej sytuacji nie miał rzecz prosta racji bo wtedy właśnie nie powstawał związek zawodowy lecz organizacja narodowo-wyzwoleńcza. A retoryczne pytanie, które w tej kwestii postawił przyjęto z politowaniem nie wiedząc czy mamy do czynienia z prowokacją czy polityczną głupotą. Socjologicznie uczony miał jednak słuszność – choć była to ta perspektywa klerka.

Rzecz w tym, że więzi towarzyskie w Polsce rozpadły sie po roku 1939 i od tego czasu nie zostały odbudowane. Zasadniczo zaś, gdy pękają towarzystwa z pokoleniową, majatkową i rodzinną tradycją, ze swoją kulturą, formami i ideałami – wtedy w ich miejsce wchodzą  związane tylko z doraźnym zyskiem – układy.

Kiedy piszę te memłary, grzebię się w przeszłości, wspominam kolegę czy kolegów za każdym razem wszak opowiadam nie tylko kim jestem lecz także, kto za mną stoi. A stoi za mną kalendarzyk mój i odziedzczony po Ojcu i ten fakt, że naturalna selekcja ludzi, którym chodzi o coś więcej niż o zdobycie posady nauczyciela zaczyna się w szkole, w organizacji harcerskiej, na akademii, i w studenckim kabarecie.

Ta naturalna selekcja nie była też najgorsza po przeciwnej stronie. Ci, z którymi dziś się spieramy, którzy gromadzą się wokół z naszego pokolenia stworzonej Ordynackiej, ci z którymi nie chcieliśmy mieć nic wspólnego w ’71 roku stali się naszymi rozmówcami w ’88 roku i jest wielką historyczną zasługą tego pokolenia, naszego Pokolenia Solidarności czy Rocznika ’54 żeśmy siedzieli przy jednym stole, śpiewali przy ogniskach te same piosenki Okudżawy oraz Kaczmarskiego i nigdy nie stanęli przeciw sobie na barykadach.

Ma oczywiście mnóstwo racji Rafał Ziemkiewicz w „Michnikowszczyźnie”, żeśmy może tych uzgodnień zbyt ściśle dopełniali. Że to co było możliwe i potrzebne w ’87 nie powinno było już obowiązywać w ’93. Że wtedy wstrzymano polskie reformy, dopuszczono na 4 lata postkomunistów do władzy rządowej, oddano im na lat 10 wykonywanie przez Kwaśniewskiego władzy prezydenckiej. Doprowadziło to do całkiem niepotrzebnej brutalizacji języka politycznego, co słusznie wypomniał Urbański Jarosławowi Kaczyńskiemu w słynnym liście do Jana Lityńskiego.

Nieprzyjaźni mu ludzie pytają, jak zasłużył sobie Urbański na przebaczenie owej zdrady z 95 roku, kiedy wyprowadził pięciu posłów z PC i zwrócił się do Kaczyńskiego słowami: „Jako polityk staram się rozumieć racje Jarosława Kaczyńskiego. Przychodzi mi to coraz trudniej. Ale jako człowiek nie rozumiem go w ogóle. Coraz częściej wprowadza do polskiej polityki język, który ma za zadanie przede wszystkim degradować jego przeciwników, ma ich niszczyć jako ludzi właśnie”. Nikomu jakoś nie przychodzi do głowy, że może Urbański przepraszać nie musiał. Może jego późniejsze awanse są przyznaniem mu przez braci Kaczyńskich racji. Są także świadectwem ich otwarcia, inteligencji, samokrytycyzmu. No tak ale takie sformułownia nie mieszczą się już w języku współczesnej polityki.

Zatem Andrzej wszedł w politykę: został posłem I Kadencji z ramienia PC z Warszawy, starał się ratować rząd Suchockiej przed szaleństwem Wałęsy, który na lata dopuścił komunistów do władzy. A to był czas przełomowy. To był ten moment, kiedy już należało renegocjować Pacta zawarte w innej sytuacji politycznej. Efekty widać było w każdej dziedzinie. Odczułem je też na własnej skórze. To w końcu  Cimoszewicz – późniejszy premier, a Prokurator Generalny w rządzie Waldemara Pawlaka ostatecznie zamknie moją „Nową Telewizję Warszawa”. Byli sbecy, a pewnie i U-becy opanują staromiejskie  knajpki, wykurzą Kilińskiego z Lapidarium. Nastąpi rekapitalizacja i odtworzenie postkomunistycznych układów.

Urbański próbował z tym walczyć. Walczył również z formacją Gazety Wyborczej, która skradła mu powielacze i uwiodła żonę. Jednak jedno i zasadnicze łączy go z Michnikiem – nigdy nie posługuje się bronią nienawiści.

W ‘95 roku komuniści już odzyskali władzę i wpływy. Okopem świętej trójcy staje się prezydentura Wałęsy. Do mnie dzwoni Chojecki bym w ostatniej chwili wraz z Małgorzatą Kidawą-Błońską (tak, tak dzisiejszą posłanką Platformy), której

Małgorzata Kidawa-Błońska

Małgorzata Kidawa-Błońska

Julia_Pitera

Julia Pitera

męża firma  otrzymała to zlecenie, tworzył  reklamowe spoty dla  Urzędującego Kandydata na Prezydenta.  Andrzeja wzywają by wspierał Prezydenta w ostatnim starciu z Kwaśniewskim. Pomaga Wałęsie przy tej  konfrontacji, w trakcie której  padło niefortunne – Panu to ja nogę mogę podać…, wreszcie prowadzi w telewizji „Pytania o Polskę” i program „Premierzy”. Obydwa realizowane przez Studio A – Jana Dworaka i Macieja Strzembosza. Przy pomocy ( uwaga!) –  Julki Zakrzewskiej czyli  Pitery, która jest jeszcze aspirująca na radną skromną literacką archiwistką i  zajmuje się u Andrzeja personalnym researchem.

Ja już miałem firmę. „Media ATaK Sc”. Zbierałem grosiwo. Sam wypełniałem Pity i prowadziłem KPiR. Andrzej ku temu mniej się garnął. Umie wiele, ale tę ma nade mną przewagę, że nie musi popisywać się omnipotencją. Ceni czas i rozróżnia rzeczy ważne od mniej istotnych. Ale po zakończeniu skróconej I Kadencji poselskiej, po epizodach z  ”Pegazem” i „Czasem Polskim”, który był przymiarką Time’sa do wejścia na nasz rynek, po epizodzie z Agencją Prasową i Fundacją „Ogniem i Mieczem”, którą nb. prowadził wraz z Waldemarem Dąbrowskim pozostawała już tylko działalność prywatna.

Były w Ursusie ..."Ursusy"

Były w Ursusie ..."Ursusy"

No i – nazwijmy to lobbingowa.  Powołał więc Andrzej Agencję Informacyjno Autorską AIA BEST, która  między innymi  moimi rękami  robiła obsługę Public Relation Ursusa w czasie, gdy zarządzał nią prezes Bortkiewicz. [1]

To było pod koniec Szpitala Świętego Ducha – czyli – WOKu. Dyrektorowałem tam ledwie cztery czy pięć miesięcy. I choć wygrałem konkurs, nieudolnie udający warszawskiego wojewodę prawicowy pętak  o nazwisku Gielecki, nigdy by mnie pewnie nie mianował, gdyby nie perswazja Andrzeja, który dogada się z każdym, a już z warszawskim mechanikiem samochodowym  w szczególności. [Szkoda jednak, że Gielecki nie wychował się na Pradze. U zbiegu Koszykowej i Wilczej w warszatcie jego Tatusia pierwszy raz mi się zdarzyło, by poginęły drobiazgi pozostawione w samochodzie. Na Pradze czy w Aninie, gdzie tępi się taki element napływowy rzecz nie do pomyślenia].

To jest czas zachwytu inteligenckiej warszawki nad PSLem z Januszem Piechocińskim na czele. Wdziękowi posła nie oparła się także Małgosia Bocheńska, która nawet próbowała zasilić ludowe ławy w Sejmie. Zdobywszy Elektoralną snujemy plany. Andrzej myśli o Wyższej Szkole Zawodowej (ta idea wróci przed rokiem w ostatnim podejściu jakim było moje zwarcie z Akademią Telewizyjną TVP, którą bezskutecznie próbowałem ruszyć z posad marazmu). Ja wtedy – w ’98 miałem wciąż w głowie Warszawski Festiwal Artystyczny, który zaczynałem wymyślać wraz z Maciejem Domańskim. Stworzyłem też przy moim powstającym Mazowieckim Centrum Kultury – Radę Programową z Januszem Piechocińskim, Andrzejem Urbańskim, Maciejem Domańskim. Nie potrwa to długo. Jak ją pełniący podówczas funkcję mego szefa w Sejmiku Mazowieckim niegdysiejszy scenograf Hanuszkiewicza i mąż Xymeny Zaniewskiej – Mariusz Chwedczuk zobaczył – zamarł z przerażenia. Taka „dyrektorska polityka” musiała zasłużyć na kontratak. Oddelegowany do spraw kultury warszawskiej z SLD Leszek Mizieliński prawicowe konkursy w najgłębszym miał poszanowaniu. Już w maju  będę bez pracy. Jednak z nadzieją na dotacje dla VIII Konkurs Teatrów Ogródkowych. Dożyję dzięki „Ursusowi” Bortkiewicza  i wkroczę wreszcie  do Doliny Szwajcarskiej.

Mimo że posiadałem warunki zabudowy realista Urbański nigdy w nie nadto nie uwierzy. Pierwszy rok w Dolinie był skromny lecz rodzinny. Całe wakacje praktycznie spędziłem w Ołtarzach, gdzie po Mariensztacie wylądował w mej stodole cały nabywany przeze mnie sprzęt. Znajomi Andrzeja podjęli się prowadzić kawiarenkę. I tak marzenie zadawało się przybliżać. W Dolinie stanęła wreszcie moja scena.

Układów jak widac nie brakło chociaż się zmieniały.  Problem był w tym, czego nie pojmie żadna z Wysokich Układających się Stron. Rzecz w tym, że prosząc o koncesję na kawiarnię, a nawet o środki do życia  nie szukam terenu do knajpianego przekrętu ani tylko posady dla siebie. Krążyłem, co będę udawał !,  wciąż bładzę w poszukiwaniu teatru czyli  miejsca spotkania dla Towarzystwa a nie dla Układu.

LV. Wolna, cicha i bogata…

CDN


[1] ( Gdy w 1997 r. Stanisław Bortkiewicz został prezesem Zakładów Przemysłu Ciągnikowego Ursus S.A. (wcześniej był szefem spółki pracowniczej Ursus) firma chyliła się ku upadkowi. Bortkiewicz rozpoczął jednak restrukturyzację przedsiębiorstwa, zakończoną w ubiegłym roku. Produkcję traktorów skoncentrowano w jednej hali. Z ZPC wyodrębnieniono wiele spółek, które do tej pory wchodziły w skład ciągnikowego holdingu. Część z nich sprywatyzowano, inne zbankrutowały. We wrześniu ubiegłego roku sąd ogłosił upadłość samego ZPC Ursus, produkcję ciągników przejęła jednak wcześniej spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Ursus, w której większość udziałów ma PHZ Bumar

Rozdz. LV. Wolna, cicha i bogata…

poprzedni pierwszy następny

Tego lata roku 1999  teatr ogródkowy odnalazł swoje organiczne miejsce w historycznej Dolinie Szwajcarskiej, której restaurację zaczynałem. Ogródek piwny zorganizowaliśmy wspólnie z Restauracją Szopa Wilanowska pani Beaty Lisickiej i Browarem Warszawskim „Królewskim” SA.

KTO VIII_6

Ósmy Konkurs Teatrów Ogródkowych odbywał się nareszcie w wymarzonej scenerii Doliny Szwajcarskiej; miejscu tętniącym życiem (przez sto lat prawie), które w efekcie hitlerowskiej okupacji i późniejszej `socjalistycznej stagnacji, stało się martwym placem. Dzielnica ambasad, nomenklaturowych kwaterunków i partyjnych urzędów nie sprzyjała swobodnej zabawie: ślizgawce, teatrzykowi letniemu, paradzie kwiatów.

A przecież teren ten jest dla rozrywki wprost stworzony. Inny ma charakter od Bielan, Powsinka czy nawet współczesnej Agrykoli. Tu nie przychodzi się w kąpielówkach lecz w letnich kapeluszach, tu nie zrywa się kwiatów lecz wielbi się je w bukietach. Tu nadal obowiązują formy choć może mniej sztywne niż na balu czy w operze.

Kultura zwana niegdyś mieszczańską, a dziś zwracająca się do klasy średniej, zamarła przez półwiecze lat 1939 – 1989 . Nasze społeczeństwo podzieliło się na lud pracujący miast i wsi i tzw. inteligencję . Z jednej strony był festyn: święto Trybuny Ludu czy dymarki, z drugiej sztuka kreacji: Grotowski, Penderecki, Tomaszewski, Brzozowski, Gombrowicz. Przestrzeń między kulturą elitarną a popularną wypełniały jedynie mass-media.

KTO VIII_3Lata dziewięćdziesiąte stały się fenomenem tworzenia klasy środka – średniej klasy. Ludzi interesu, biznesu, samorządu. Ludzi wykształconych lecz zajętych. Wrażliwych, ale pozbawionych snobizmu. Ludzi z tych, o których w 1981 roku powiedział Jacek Fedorowicz, iż nie chcą by im ktokolwiek cokolwiek kształtował. Narzucał estetyczne kanony. Kazał tańcować w prysiudach lub milczkiem kontemplować niezrozumiałą sztukę.

Otóż dla tych wszystkich co szyk mają w sobie, dla których kulturalna forma jest kanonem, dla tych którzy nie tęsknią za sztuką lecz poszukują estetycznego miejsca dla spotkania – dla  Towarzystwa, naszej sfery, socjety obiecywałem otwierać te Ogrody. Na razie letnie a wkrótce zimowe – ogrody Szwajcarskie. Bliskie kopenhaskiemu Tivoli, paryskim Tuileriom.

Odrodziło się miejsce spotkania w Ogródkowych Teatrach. W Dolinie Szwajcarskiej  - jak przed laty. I latem. Ale od razu myślałem i o zimie zapowiadając, że warto tu odtworzyć ślizgawkę spokojniejszą od Torwaru, taką w której dźwięki muzyki i niewielki obszar eliminowałby sportowe szaleństwa umożliwiając jazdę małym dzieciom, starszym państwu i zakochanym…

Nie tylko teatry miały przyciągać do Doliny w tym pierwszym sezonie. Zaprojektowana była Parady kapeluszy, ale krążyła mi po głowie myśl odtworzenia Kiermaszu Książek jaki pamiętałem jeszcze z lat ‘60t-tych z Alei Ujazdowskich. Więc obiecywałem, że przyjdziemy tu także przewertować książki; a zimą w karnawale stworzyć miejsce spotkania dla dzieci. No  i oczywiście zapewniałem, że przede wszystkim dążyć będziemy do tego by Letnie i Zimowe Ogrody Szwajcarskiej Doliny nie narzucały się publiczności ani mieszkańcom okolicznych domów bulwarowym nagłośnieniem.KTO VIII_1

Dolina Szwajcarska – jak piękna Szwajcaria: ma być różnorodna, wolna, cicha i bogata. Ma być miejscem spotkania gdzie tematem są przybyli goście, a tłem – gospodarze.

Teatr widziałem mój skromny

kulisy jego drewniane

widowni chciałem ogromnej

z wrażenia – zamurowanej.

LVI. Chapeaux bas

CDN

rozdza. LVI. Chapeaux bas

Chapeau bas

Finał Imprezy artystycznej jaką był VIII Konkurs Teatrów Ogródkowych odbył się w centrum miasta na świeżym powietrzu  zgodnie z tradycją jaka wytworzyła się już od lat. W konkursie o nagrodę Dyrektora Dzielnicy Śródmieście Gminy Warszawa Centrum wystąpiło dziewięć teatrów i zespołów artystycznych z różnych miast Polski, które sam wyselekcjonowałem, a oceny dokonało jury pod przewodnictwem Dyrektor warszawskiego Teatru „Syrena” – Barbary Borys-Damięckiej ( z udziałem aktorki Zofii Kucówny, scenografa Adama Kiliana , krytyka teatralnego Doroty Wyżyńskiej ). Jury VIII Konkursu Teatrów Ogródkowych po obejrzeniu dziewięciu spektakli prezentowanych na tegorocznym KTO przyznało dwie nagrody oraz jedno wyróżnienie honorowe.

Wyróżnienie honorowe jurorzy postanowili przyznać grupie wielokrotnie już nagradzanej, m.in na Konkursie Teatrów Ogródkowych w 1997 roku – Teatrowi Korez z Chorzowa za brawurowo zagraną „Konopielkę”według powieści Edwarda Redlińskiego w reżyserii Macieja Ferlaka

Teatr Korez
Teatr Korez

przez zespół aktorski w składzie: Elżbieta Okupska, Katarzyna Kulik, Bogdan Kalus, Mirosław Neinert i Piotr Warszawski.

Nagrodę Wielką Teatralną Ogródkową w wysokości 7 tys. zł za zbiorową reżyserię otrzymał zespół wywodzący się z nurtu nieprofesjonalnego, trójka młodych ludzi, która z dużym wyczuciem teatralnym, przygotowała nową wersję głośnej „Sztuki” Jasminy Rezy – Agnieszka Czekierda, Marcin Kołaczkowski, Adam Sajnuk z Teatru Konsekwentnie Niekonsekwentni  działającego przy Warszawskim Ośrodku Kultury.

Przedstawienie dowcipne, błyskotliwe, zaskakujące (teatrzyk cieni), nie pozbawione refleksji i jednocześnie interesująco zagrane, spotkało się z gorącym przyjęciem licznie zgromadzonej publiczności ogródkowej.

Nagrodę Wielką Teatralną Ogródkową w wysokości 18 tys. zł  za spektakl skromny, kameralny, wydawałoby się prościutki, a przecież wysoce profesjonalny, misternie skonstruowany, wzruszający, szlachetny, elegancki, wychodzący poza bariery językowe, otrzymał Teatr Własny Stanisławiak z Chorzowa. Lidia Majerczak-Stanisławiak (aktorka, autorka opracowania dramaturgicznego i scenografii), Grzegorz Stanisławiak (aktor i reżyser spektaklu), Jakub Skupiński (aktor i doskonały konferansjer) oraz Marek Wilczyński (autor muzyki) zaprezentowali w Dolinie Szwajcarskiej „Wycinankę dla dwojga” według sztuki Krystyny Miłobędzkiej „Na wysokiej górze”.

Jurorzy podziękowali wszystkim zespołom, które wystąpiły na VIII KTO – zachęcając je do udziału w następnych edycjach konkursu.

Głównym celem imprezy było wzbogacenie letniej oferty kulturalnej Mazowsza w czasie tzw.”ogórków”, oferty skierowanej w znacznej mierze do turystów, osób, które pozostają w mieście, a także do telewidzów, gdyż impreza tradycyjnie była pilnie obserwowana i relacjonowana przez media.

Minister ( Pianista) Jacek Weiss  - i kapelusze

Minister ( Pianista) Jacek Weiss - i kapelusze

Z tym, że w tym roku dążyłem już zdecydowanie do odtworzenia charakteru zapomnianego miejsca: występów muzycznych, festynów kwiatowych. Wszelkich popisów skupionych wokół estrady i  drewnianego teatru letniego, którego zarys spróbowaliśmy osadzić w Dolinie Szwajcarskiej opierając się na ikonografii Galewskiego  z lat 1890-1935

Na Finał VIII konkursu złożyły się KONKURS NA NAJBARDZIEJ  OGRÓDKOWY KAPELUSZ TEGO LATA. Zaproszaliśmy do udziału Panie, dzieci, a nawet Panów… Prosiliśmy, by na finałowy konkurs włżyli swój najpiękniejszy, najbardziej ogródkowy kapelusz i przyszli w nim 30 sierpnia. Jury z firmy PORTHOS wybrało najlepsze nakrycie głowy i nagrodziło swoim kapeluszem.

Porthos i Kapelusze
Porthos i Kapelusze

Podczas finału zapewnaiłem także inne atrakcje: Żywe bukiety – jak układać kwiatów pokazywały panie Urszula Grosser ( z kwiaciarni Gaudi) oraz przedstawicielka firmy „Gardenia” państwa Majki i Andrzeja Jakubowskich. Odbył się też Koncert Orkiestry Dętej  „Legenda”. Swój „Mini recital” dał Marek Majewski. Po ogłoszenie werdyktu Jury VIII KTO i wręczenie nagród Dyr.Dzieln.Śródm. wystąpił jeszcze  Roberta Kudelski       ( laureata fest. piosenki francuskiej i aktora Teatr Nowego z W-wy, m.in. piosenki: Brela,.Piaf, Wysockiego) prezentując swój koncert „Rejs Paryż – Moskwa”.

Finał imprezy transmitowany był przez bardzo liczne przez media (PR I TVP, WOT, TVN, wszystkie lokalne radia ( Radio Plus, Radio dla Ciebie, RFM/FM, Zetka, PR II , III, V – PR; Radio Bis). Nazajutrz po konkursie 31-08-99 ukazało się mnóstwo relacji m.in. w Stołecznej Gazecie Wyborczej, w  Rzeczpospolitej i Życiu Warszawy 31-08-99 i 1-08-99.

ATK w kapeluszu
Jak wszyscy to wszyscy…

Parada Kapeluszy odbyła się dwukrotnie na VIII i IX KTO. Zakręcona miedzy aspiracje towarzyskie na żyjącą jeszcze Hankę Bielicką, a finasową socjetę Danki Piontek, która się z każdym zbrata lecz nikomu nie użyczy hałata. Gdzieś w pół drogi między Gazetą Wyborczą a Galą, która zresztą jak Elle czy inna Uroda czasem coś o Ogródku napomknęły latem. Poniekąd poprzez prasę szukaliśmy naszej publiczności: tej z Wyborczej, ku której lgnąłem, z Twórczości czy z Dialogu, z których się eskeipowałem , tej z Vivy, o której marzyła matka moich córek, czy no właśnie: średni nakład: 1 521 184 egz.* , średnia sprzedaż: 1 196 044 egz.* , czytelnictwo: 8 089 000 osób** – słowem „Tele Tydzień”, który wkrótce okaże się moim głównym oparciem. A jego target: moim!

Tele Tydzień czyli masy
Tele Tydzień czyli masy

A w następnym roku wszystko już było inaczej. Rok minął  na szykowaniu się do skoku.

Przygotowałem kolejną wersję zinstytucjonalizowania Doliny. Nie było Burmistrza: Rutkiewicza, Rasińskiego, Pani Wyszyńskiej, na końcu Piotrka Foglera, któremu bym tej propozycji nie przedstawiał.

LVII. Tracenie złudzeń

CDN

Rozdz. LVII. Tracenie złudzeń

poprzedni pierwszy następny

To znaczy nie tak bezpośrednio. Nie zapomiajmy,  że byłem bez pracy. Taki sobie drobiażdżek … Wszystko, co robiłem dotąd w sprawie ogródków jakoś łączyło się z moimi pracami. Narodziły się radnemu. I dziennikarzowi. Potem zamawiano je w mojej firmie „Media ATaK”, firmie, która poza tym miała jeszcze inne zlecenia producenckie dla TV.  Ale około 1998 roku kontrakty się skończyły. Czerwoni wzięli telewizję publiczną. Czarno-różowi przemieszni z pampersami opanowali PolSat Solorza od licznych paszportów. No a życiorys Mariusza Waltera – twórcy TVN a w latach gierkowskich głównego realizatora „propagandy sukcesu” w Studio 2 czasów Macieja Szczepańskiego – mówi sam za siebie.
Wspominałem już, że  w latach 1996 – 1997 produkowaliśmy programy dla KBN-u. Pierwsze cztery odcinki wyemitowała TVPOLONIA, potem jeszcze uratował mnie Bogusław Pampers Chrabota z POLSATU, który przyjął do emisji ostatnie filmy zrealizowane dla KBNu.
Wskazał zresztą od razu  firmę montażową nijakiego pana Górskiego, który na komórce miał nagrany komunikat pół żartem, pół serio głoszący, że połączyliście się oto ze służbami  MOSAD-u. Przy okazji dowiedziałem się co to takiego, bo jakoś obijało mi się o uszy lecz szczerze mówiąc lepiej co to jest CIA czy KGB – wiedziałem[1]… Współwłaścicielką jego firmy okazała się zaś żona słynnego posła Kozakiewicza z PSL-u. Było kulturalnie acz chłodno. Rzucało się w oczy, że reprezentujemy zgoła różne światy. Telewizja publiczna też się zamykała. Następowała koncentracja. Z kilkuset producentów wykonawczych za czasów Walendziaka i Terleckiego ustawionych na podobych pozycjach jak moja „Media ATaK”,  w telewizji Kwiatkowskiego pozostało bodaj czterech z „Heritage” Lwa Rywina na czele.
Jeszcze próbowałem: Adam Manikowski został szefem Bibliteki Narodowej już, już byliśmy umówieni na jakiś film o Bibliotece. Zdzisław Podkański, któremu ówczesny rząd oddał w pacht kulturę odwołał Adama. I to z jakimiś bezsensownymi pomówieniami. Zaczynało się…
No ale przyszedł Ogródek. Dotacja. Jakoś z najwyższym trudem związałem koniec z końcem. Trzeba pamiętać, że kosztorysy albo nie uwzględniały mojego honorarium, albo było ono symboliczne i trwało krótko – miesiąc czy dwa, tyle ile trwania imprezy. A czas przygotowań ? – Na to już trzeba było innej pracy.  Owszem zaczynałem rościć nawet do sześciu miesięcy przygotowań. Ale ostatecznie zawsze na to nie starczało. Zresztą kosztorys i tak nigdy nie mógł uwzględniać tzw. kosztów pośrednich: czynszu. telefonów, obsługi księgowej.
We Francji jest inaczej. We Francji, ktoś kto jak ja otworzy Fundację ma pensję z Ministerstwa Kultury i Komunikacji, a także zwrot kosztów stałych. I tak się dzieje w kraju, w którym poza tym istnieje sponsoring. Czegoś takiego nie ma na wczesnym etapie polskiego kapitalizmu, który z racji oczywistych zapóźnień po prostu jeszcze nie zszedł z drzewa.
Po WOKu ( Szpitalu Świętego Ducha)  i ósmym czyli pierwszym „szwajcarskim” ogródku pracę ofiarowała mi Jola Kessler-Chojecka. Zostałem redaktorem Centrum Prasowego PAI przy Bagateli. To była przemiła praca. Uroczy ludzie. Trafiona chyba w sedno moich kompetencji. Przez moment miałem nadzieję, że znajdę tam swój azyl. Równolegle prowadząc  teatry mógłbym tam funkcjonować ku pożytkowi swojemu i innych. No ale pożytku mało kto w tym kraju myśli, a najmniej szajka, na której czele stoi Krzysztof Czabański z Krzysztofem Wyszkowskim. (Tak, tym niedokształciuchem od J.K.Bieleckiego, który dziś kompromituje Polski Sierpień biegając z pseudo-lustracyjną siekierką za Lechem Wałęsą).
Przyznam szczerze, że się na nich nabrałem. Ale nie o złym charkterze, nielojalności, braku solidarności formacyjnej czy wręcz kunktatorstwie  Czabańskiego czy Wyszkowskiego mowa. Pracę w PAI podjąłem dwa miesiące przed wyjazdem do Francji i mimo sukcesu jakim była organizacja wizyty w Polsce tłumaczy z języka polskiego na rosyjski, całkowicie sfinansowanej przez Ministerstwo Kultury, nagrania filmu, oszczędności – zostałem zwolniony z upływem okresu próbnego. Czabański, osadzony właśnie na stanowisku prezesa PAI, dobrze mi wszak znajomy i doprawdy nie mający powodów by mnie nie lubić  czy nie szanować, niedawny likwidator PAP, musiał jak się do kogoś wyraził ciać po skrzydłach…
„Kto mi dał skrzydła, kto mię odział pióry …”
Francuskie stypendium trwało miesiąc. Pod sam koniec wieku. Rok 1999. Pamiętamy słynną pomyłkę Słowackiego. Lecz magia cyfr jest większa. Wieża Eiffla była oświetona już była na przyjęcie III tysiąclecia.
Wszystko: od systemu windows po program kultura nazywać się musiało dwa tysiące. Byłem pewnie jedną z pierwszych osób w Polsce, które o programie Kultura 2000 się dowiedziały.

Z krótkiego dyrektorowania Elektoralną wyniosłem wizytę u Ambasadora Francji w sprawie współpracy,  a z niej ( zamiast sponsora na Vallée Suisse ) – inwestycję w siebie czyli miesięczne stypendium do Paryża. Francuzi to jednak mili i  konkretni ludzie.

To znaczy nie tak bezpośrednio. Nie zapomiajmy,  że byłem bez pracy. Taki sobie drobiażdżek … Wszystko, co robiłem dotąd w sprawie ogródków jakoś łączyło się z moimi pracami. Narodziły się radnemu. I dziennikarzowi. Potem zamawiano je w mojej firmie „Media ATaK”, firmie, która poza tym miała jeszcze inne zlecenia producenckie dla TV.  Ale około 1998 roku kontrakty się skończyły. Czerwoni wzięli telewizję publiczną. Czarno-różowi przemieszni z pampersami opanowali PolSat Solorza od licznych paszportów. No a życiorys Mariusza Waltera – twórcy TVN a w latach gierkowskich głównego realizatora „propagandy sukcesu” w Studio 2 czasów Macieja Szczepańskiego – mówi sam za siebie.
Wspominałem już, że  w latach 1996 – 1997 produkowaliśmy programy dla KBN-u. Pierwsze cztery odcinki wyemitowała TVPOLONIA, potem jeszcze uratował mnie Bogusław Pampers Chrabota z POLSATU, który przyjął do emisji ostatnie filmy zrealizowane dla KBNu.
Wskazał zresztą od razu  firmę montażową nijakiego pana Górskiego, który na komórce miał nagrany komunikat pół żartem, pół serio głoszący, że połączyliście się oto ze służbami  MOSAD-u. Przy okazji dowiedziałem się co to takiego, bo jakoś obijało mi się o uszy lecz szczerze mówiąc lepiej co to jest CIA czy KGB – wiedziałem[1]… Współwłaścicielką jego firmy okazała się zaś żona słynnego posła Kozakiewicza z PSL-u. Było kulturalnie acz chłodno. Rzucało się w oczy, że reprezentujemy zgoła różne światy. Telewizja publiczna też się zamykała. Następowała koncentracja. Z kilkuset producentów wykonawczych za czasów Walendziaka i Terleckiego ustawionych na podobych pozycjach jak moja „Media ATaK”,  w telewizji Kwiatkowskiego pozostało bodaj czterech z „Heritage” Lwa Rywina na czele.
Jeszcze próbowałem: Adam Manikowski został szefem Bibliteki Narodowej już, już byliśmy umówieni na jakiś film o Bibliotece. Zdzisław Podkański, któremu ówczesny rząd oddał w pacht kulturę odwołał Adama. I to z jakimiś bezsensownymi pomówieniami. Zaczynało się…
No ale przyszedł Ogródek. Dotacja. Jakoś z najwyższym trudem związałem koniec z końcem. Trzeba pamiętać, że kosztorysy albo nie uwzględniały mojego honorarium, albo było ono symboliczne i trwało krótko – miesiąc czy dwa, tyle ile trwania imprezy. A czas przygotowań ? – Na to już trzeba było innej pracy.  Owszem zaczynałem rościć nawet do sześciu miesięcy przygotowań. Ale ostatecznie zawsze na to nie starczało. Zresztą kosztorys i tak nigdy nie mógł uwzględniać tzw. kosztów pośrednich: czynszu. telefonów, obsługi księgowej.
We Francji jest inaczej. We Francji, ktoś kto jak ja otworzy Fundację ma pensję z Ministerstwa Kultury i Komunikacji, a także zwrot kosztów stałych. I tak się dzieje w kraju, w którym poza tym istnieje sponsoring. Czegoś takiego nie ma na wczesnym etapie polskiego kapitalizmu, który z racji oczywistych zapóźnień po prostu jeszcze nie zszedł z drzewa.
Po WOKu ( Szpitalu Świętego Ducha)  i ósmym czyli pierwszym „szwajcarskim” ogródku pracę ofiarowała mi Jola Kessler-Chojecka. Zostałem redaktorem Centrum Prasowego PAI przy Bagateli. To była przemiła praca. Uroczy ludzie. Trafiona chyba w sedno moich kompetencji. Przez moment miałem nadzieję, że znajdę tam swój azyl. Równolegle prowadząc  teatry mógłbym tam funkcjonować ku pożytkowi swojemu i innych. No ale pożytku mało kto w tym kraju myśli, a najmniej szajka, na której czele stoi Krzysztof Czabański z Krzysztofem Wyszkowskim. (Tak, tym niedokształciuchem od J.K.Bieleckiego, który dziś kompromituje Polski Sierpień biegając z pseudo-lustracyjną siekierką za Lechem Wałęsą).
Przyznam szczerze, że się na nich nabrałem. Ale nie o złym charkterze, nielojalności, braku solidarności formacyjnej czy wręcz kunktatorstwie  Czabańskiego czy Wyszkowskiego mowa. Pracę w PAI podjąłem dwa miesiące przed wyjazdem do Francji i mimo sukcesu jakim była organizacja wizyty w Polsce tłumaczy z języka polskiego na rosyjski, całkowicie sfinansowanej przez Ministerstwo Kultury, nagrania filmu, oszczędności – zostałem zwolniony z upływem okresu próbnego. Czabański, osadzony właśnie na stanowisku prezesa PAI, dobrze mi wszak znajomy i doprawdy nie mający powodów by mnie nie lubić  czy nie szanować, niedawny likwidator PAP, musiał jak się do kogoś wyraził ciać po skrzydłach…
„Kto mi dał skrzydła, kto mię odział pióry …”
Francuskie stypendium trwało miesiąc. Pod sam koniec wieku. Rok 1999. Pamiętamy słynną pomyłkę Słowackiego. Lecz magia cyfr jest większa. Wieża Eiffla była oświetona już była na przyjęcie III tysiąclecia.
Wszystko: od systemu windows po program kultura nazywać się musiało dwa tysiące. Byłem pewnie jedną z pierwszych osób w Polsce, które o programie Kultura 2000 się dowiedziały.
pomian

Krzysztof Pomian

I znowu jakieś ruchy pozorne. Ważna rozmowa z poznanym jeszcze w ’84 roku Krzysztofem Pomianem. Wtedy przeczytał moją książkę, wysoko ocenił i kazał studiować Foucaulta – co wykonałem i co bardzo mi się przydało.  Przyjaciel Małgosi Szpakowskiej, która towarzyszyła moim intelektualnym inicjacjom ma ten rodzaj inteligencji bezpośredniej, która łączy w sobie przenikliwość z otwartością niemal absolutną. Należy bowiem do tego gatunku osób do których zaliczam i Seniora ale także, co dziwne – Jarosława Kaczyńskiego, że odnalazłszy porozumienie intelektualne,  zwraca się do partnera niezwykle osobiście, aż biegnąc za własną myślą nie bierze wprost pod uwagę, że nie spotka się ze zrozumieniem. Senior, Kaczyński czy Pomian reprezentują bowiem ten rodzaj „jajogłowych”, dla których intelektulane porozumienie jest jedyne i przesłania wszelkie więzi emocjonalne. Otóź ten reklamujący się jak Carlsberg: ” pewnie najwybitniejszy pomiędzy Francuzami Polak z grona emigracji ’68″  wysłuchawszy moich rojeń o ożywieniu Doliny Szwajcarskiej zawyrokował krótko:  - To być nie może. Gdybym był merem Warszawy nigdy bym się nie zgodził by zakłócać ciszę w Centrum Miasta. Historyczna tradycja nie ma tu żadnego znaczenia: Tam ma być spokój. Szkoda, że nie rozmawialiśmy po francusku: – Il faut que L’ordre règne à Varsovie – lepiej by zabrzmiało.

No cóż, słowa Pomiana okazały się prorocze. Ciekaw tylko jestem czasami czy to proroctwo wynikało z analizy warunków obiektu czy oceny subiekta ? Czy  gdybym był np. krewnym szefa banku Bize, którego jak już wspominałem, bardzo mi polecano lub choćby autentycznym, a nie przyszywanym kuzynem Olgi Scherer – późniejszy  dyrektor brukselskiego „Muzeum Europy” – taką samą postawiłby dla mych planów diagnozę ?

A przecież Francja sprzed piętnastu lat, Paryż roku ’84 czegoś powinien mnie był nauczyć. Tam nagle ludzie stawali się tak solidarnie szczerzy. Wspominałem już  rozmowę z  Ludwikiem Stommą wyjęta wprost ze „Straconych Złudzeń”, gdy autor „Żywotów Zdań Swawolnych” niczym doświadczony Rastignac poczał wielkiego człowieka z prowincji jakim wtedy się czułem.  Powinienem był wiedzieć na kogo nie liczyc wcale, a kto mnie wspomóc może. No tak, ale opieka wspaniałego misjonarza księdza Józefa  Sadzika,

ks. Józef Sadzik

ks. Józef Sadzik

to możliwość  poznania jeszcze w ’75 roku  Czesława Miłosza na zorganizowanym dla amerykańskiego poety spotkaniu siedzibie Pallotynów. Wsparcie księdza Zenona Modzelewskiego to jakis nocleg i śniadanko na Surcouf. Dzieki uwadze młodszego już nieco ode mnie, księdza Mariana Faleńczyka – twórcy Foyer Jean Paul II na Lourmel i nowej jego siedziby pod Paryżem – miałem gdzie mieszkać, a nawet na staż w paryskim Conservatiores znalazło się dla mnie chude stypendium.

Jednak Pallotyni to nie Corpus Dei. Nie tędy też  droga do zdobywania szwajcarskich terenów. Pewnie nie umiałem szukać. Zabrakło determinacji. Choćby dla jeszcze jednej drogi, o której Stomma nie wspominał. Drogi żywcem z Balzaca, z której skorzystał Adam Zagajewski, a i mój imiennik Janusz Kijowski, którego brukselskiej kariery w latach ’80 tych jako wykładowcy tamtejszej szkoły filmowej  tak długo nie mogłem zrozumieć. A droga prosta i przede mna kilkakaroć stająca otworem. Po raz ostatni, gdy po pallotynskim stypendium w ’87 roku w paryskim Concervatore całkiem niemłoda teatrolożka ale  zaakomodowana już we Francji, zaprzyjaźniona z Anne Uberswelde, Veinsteinem i moją Olgą Scherer, z posadą w Nanates, studiem w Paryżu, wynajmowanym mieszkaniem w Krakowie – odprowadzała mnie aż na próg wolnego świata, gnała za mną, aż pod Bonn, pewnie bym przemyślał postanowienie powrotu „na kamienne łono ojczyzny”. Tak, tak… Wystarczyło otworzyć szerzej ramiona, gdzieś pod Kolonią w Remagen…

Cóż, albo nie byłem dość cyniczny, albo nie miałem wystarczającej motywacji skoro w Polsce czekała z secesyjną lampą jako jedynym posagiem pewna piękna i młoda przyszła matka mych córek. No i nie byłem jeszcze obłąkany  Konkursem Teatrów Ogródkowych. Ideą  Festiwalu, o którym  teraz  w 1999 opowiem znanemu jeszcze z mieszkania Haliny i Jana Zelników Andrzejowi Sewerynowi.

Societariusz Komedii Franuskiej naturalnie poparł ideę umiędzynarodowienia Teatrów Ogródkowych w  Festiwal Odzyskanych Narodów, którym chciałem uczcić rok polski we Francji. Wtedy też nawiązałem kontakty z L’AFAA ( Francuską Agencją Działań  Artystycznych) , ba nawet rozmiałem na ten temat z panią minister kultury i komunikacji. Odwiedziłem też wspominany już Brest. I Fesiwal Filmów Krótkometrażowych.

Zacząłem nauczać – wszędzie głosiłem już ideą międzynarodowego Festiwalu Théâtre de Guinguettes.

Konferencja prasowa w normandzikm Brześciu

Konferencja prasowa w normandzkim Brześciu

Ileż ona miała wcieleń ! Zaczęło się chyba od wymyślonej wraz z Maciejem Domańskim w czasie „epizodu Elektoralna” koncepcji festiwalu Wisła Żywa.

Ze współpracy z Domańskiem wiele nie wyszło. On przez te pół roku naszej kolaboracji tak naprawdę czekał na objęcie Biura Współpracy z Zagranicą. Ja po tym jak AWS z „moimi” Gieleckim i Rayzacherem przegrali w Sejmiku Wybory stałem na pozycji straconej. Pokombinowaliśmy, popisaliśmy. Domański swoją ideę Festiwalu w dwa lata później przekształci w łódzkiFestiwal Czterech Kultur. Po moim odwołaniu udzieli mi za to jednej ważnej życiowej lekcji. Spotkaliśmy się na piwie, a tam powiedział. – No cóż Panie Andrzeju – nie wyszło jak to w życiu. Spotykam się z Panem, bo zawsze spotkać się trzeba. Nie wiadomo kiedy i gdzie jeszcze wpadniemy na siebie. Może Pan będzie moim szefem, czy ja pańskim. Jedno radzę: żadnych wywiadów. Jak mnie odwoływali z II Programu, pisali świństwa. Gryzłem palce ale milczałem. Dzięki temu mogę być dziś kandydatem do Rady Nadzorczej TVP. I odtąd komórka jego zamilkła. Mimo, czy właśnie dlatego  że znów odwróciły się role: wkrótrce on został szefem Biura Wspólpracy z Zagranica TVP – propozycji naturalnie, żadnej mi nie złożył.

A ja… Szukałem pracy. Startowałem w konkursie na dyrektora  Instytutu Polskiego w Paryżu. Napisałem z tej okazji małą rozprawkę o polskiej emigracji i zaproponowałem festiwal rozgrywający się bilateralnie w Warszawskiej i paryskiej Dolinie Szwajcarskiej. Bo w czasie tego miesiąca paryskiego wychodząc z Instututu Polskiego przy Rue Gujon, na rogu Cour de Reinne i av.Kennedy trafiłem nagle na … Valée Suisse.

Valee suisee

Uznałem to naiwnie za zrządzenie losu. Biegałem po Paryżu, potem nawet korespondowałem z merostwem. Dowiedziałem się tyle, że w Paryżu są dwa ogrodowe skwery nazwane dolinami szwajcarskimi. Powstanie każdego z nich łączy się z wystawami światowymi. Ten na Cour de Reinne powstał w 1890 rok,  drugi na Polach Marsowych: pod wieżą Eiffla w 1900.

Dolina Szwajcarskia w Paryżu

Dolina Szwajcarska w Paryżu

Myślałem już wtedy o umiędzynarodowieniu imprezy. Bezskutecznie starałem się kogoś moja ideą zainteresować. Skoro Andrzej Seweryn podpisał mi declaration d’intention, więc gdy wróciłem do Polski, a Czaban mnie zwolnił z  PAI-u, pisałem elaboraty,  biegałem jeszcze między Solidarnością,  Senatem Alicji Grześkowiak by festiwalem uczcić nadchodzącą właśnie 20 rocznicę powstania Solidarności.

W trakcie IX Konkusu, po raz drugi odbywającego się w Dolinie wyśledziłem też wzmiankę o spotkaniu Geremka z niemieckim ministrem spraw zagranicznych i sformułowaniu idei organizowania Pikników europejskich. W to mi graj – rzuciłem !  I natychmiast dostosowałem projekt do nowej idei. Kolejną wersję projektu „Pikników Europejskich” sygnowałem Fundacją i … cała sprawa utknęła (jak mnie spławiano miesiącami) – w tzw. uzgodnieniach międzyresortowych. Nie wiem skąd wziął się pomysł. Kto to wymyślił, kto zaprzepaścił. Czemu do tego tematu mimo mego akcesu nigdy nie wrócono ?

W tym czasie jednak Miasto czyli Prezydent Warszawy  organzował konkurs na nowy kształt Warszawskich Spotkań Teatralnych. Wystartowałem. Proponując po raz enty letni festiwal w centrum Europy. Festiwal w znacznej części plenerowy. Zwrócony do turystów zachodnich, prezentujący sztukę wschodniej i północnej Europy.
Koncepcja została  lepiej dopracowana. I choć zawsze miałem poczucie pewnej „literackości” mych wywodów, to jednak – i to w dużej mierze dzięki współpracy z Maciejem  Domańskim – moje projekty zdawały się nawiązywać kontakt z rzeczywistością.
Idea Warszawskiego Festiwalu bez wątpienia narodziła się w moim gabinecie na Elektoralnej w rozmowach z Maciejem Domańskim i Krystynem Weremowiczem,  z Andrzejem Urbańskim i Januszem Piechocińskim, których powołałem tam w skład Rady Programowej.  Pomysł polegał na tym, by wszytkim letnim imprezon – takim jak mój Ogródek ( a nie było ich w końcu w Stolicy zbyt wiele) – nadać wspólną oprawę, reklamę no i tchnąć w nie duszę. Tyle, że o tej ostatniej urzędnicy nie słyszeli.
Od tamtej chwili widmo festiwalu krąży nad Warszawą. Wszystkie kolejne ekipy rzucają się na nią i … kończy się na wyścigu nazw. Cała Warszawa. Niezwykła Warszawa, Zakochaj się w Warszawie.  Na słupach Warexpo za panowania wiceprezydenta Miklińskiego pojawiły się ogromne plakaty w formacie A-0, na których spisano wszystkie letnie imprezy … jakoś tylko o Konkursie Teatrów Ogródkowych w Dolinie Szwajcarskiej zapominając.
Nie ważne przecież co się zrobi ale kto kasztany z ognia wyciągnie.
Przyznam, że nie do końca rozumiem o co tu chodzi. Czy tylko o urzędniczą próżność ?  Kiedy jeszcze w 2002 roku Kaczyński wygrał prezydentuę Stolicy i było juź wiadomo, że Andrzej Urbański zostanie kulturalnym wiceprezydentem:  przy pierwszym spotkaniu rzucił: dawaj festiwal. Otrzymał następnego dnia: druk wielokrotnie już adoptowany.  I – nigdy się doń nie odniósł. Córkę Rabina czyli Małgosię Naimską mianowawszy dyrektorem Biura Kultury,  zaproponował mi w pierwszym odruchu Muzeum Miasta Historycznego Warszawy, z którego już profesor Durko odchodził, a które nb. jest także siedzibą Lapidarium. Ale rozpoznawszy układ – do tego tematu też już nie powrócił.
Z punktu widzenia władzy ludzie, publiczność ważni są bowiem tylko w kontekście wyborów. Wtedy trzeba coś rzucić masom. Coś co przełoży się na wynik. Czasem pozytywny jak stworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego czasem negatywny – jak skojarzenie przeciwnika politycznego z dziadkiem z Wehrmachtu. Można też wspomniec i o festiwalu.  Na codzień nie liczy się głos ludzi. Na codzień ważne są kręgi opiniotwórcze. Kapelusz dla pani redaktor czy pani dyrektor. Etat dla żony burmistrza. Gabinet, w którym można spotykać się z poplecznikami. Wreszcie – pieniądze.
LVIII. Nowe tysiąclecie

CDN


[1] Mosad to izraelska służba wywiadowcza, której oficjalna nazwa brzmi: Instytut do Spraw Wywiadu i Zadań Specjalnych (po hebrajsku Ha-Mossad le-Modiin ule-Tafkidim Meyuhadim). Mosad odpowiada za zbieranie informacji wywiadowczych, tajne akcje i działania antyterrorystyczne w Izraelu i wszędzie tam, gdzie zagrożone są interesy państwa żydowskiego.

Rozdz. LVIII – Nowe tysiąclecie

poprzedni pierwszy następny

Wybijał rok 2000, zacząłem mutować ideę Festiwalu. No i walczyć o realną zabudowę Doliny Szwajcarskiej. Przed dziewiątym konkursem, znów bezrobotny z nadzieją jedynie na dotację ogródkową skryłem się na wsi w Ołtarzach, na której wraz z moimi dziewczynkami witaliśmy trzecie tysiąclecie, dopingowaliśmy pierwszym sukcesom Małysza, studiowaliśmy Hrabiego Monte Christo. W sumie to były bardzo piękne dni. Choć oddalaliśmy się juź coraz bardziej z ich matką, która zaczynała żyć swoim własnym, jeszcze bardziej niż moje, oderwanym od realiów życiem.

Przede mną IX Konkurs. Ogródek 2000. W grudniu jeszcze dopracowywałem w PAI, z którego mnie Czabański wyrzucił. Zorganizowałem tam jeszcze kilka ważnych konferencji. Przetrwać do Ogródkowego kontraktu pomogło mi  ciekawe zlecenie jakie dzięki Marynce Bersz  moja firma Media ATaK dostała z Ministerstwa Kultury. Był to  bowiem Rok Słowackiego, którego koordynatorem został niedawny doradca ministra  Jacek Kopciński. Nie mając pieniędzy (czy też mając ich bardzo mało) wymyślił sobie wystawienie w Teatrze Narodowym sztuki opartej na listach Słowackiego do matki. No a ja zyskiwałem już zdaje się, wcale nie jestem pewny czy aby pochlebną opinię producenta oszczędnego, by nie powiedzieć –  tandeciarza tearalnego.

Zegarek
Krzysztof Wakuliński i Maria Pakulnis

Tym niemniej jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Firma Media ATaK dostąpiła niewątpliwego zaszczytu połączenia swego logo z białym tłem profilu Bogusławskiego, doprowadzając skutecznie do dwóch prezentacji spektaklu pt. Zegar słyszę idący …(Rzecz o Słowackim). Przy inscenizacji brała udział sama artystyczna śmietanka: a to:Maria Pakulnis,  Krzysztof Wakuliński. Reżyserował  Krzysztof Zaleski na podstawie scenariusza   Marka Troszyńskiego. Scenografię wykonał Dariusz Kunowski,  kostiumy Zofia de Inès, muzykę skomponowała  Angelika Korszyńska-Górny. Uroczystość zakończenia Międzynarodowych Obchodów 150. Rocznicy Śmierci Juliusza Słowackiego pod Honorowym Patronatem Premiera Rzeczypospolitej Polskiej profesora Jerzego Buzka odbyła się 12 marca 2000. Wieczór uświetni premiera wyprodukowanego przeze mnie spektaklu

W końcu w czerwcu uprawomocniła się ostatecznie decyzja o warunkach zabudowy Doliny Szwajcarskiej. Brakowało drobiazgu: inwestora.

Ci jakoś się nie kwapili. Bo teren drogi. I mała szansa uzyskania go od miasta. Zresztą to była końcówka władzy AWSu w Warszawie, która zakończy się pod koniec roku zarządem komisarycznym. Rozmowom nie było końca ale i na rozmowach się kończyło. Tym bardziej, że radni dzielnicowi z towarzyszem Zającem na czele postanowili przykręcić śrubę ogródkowi. Dotacja miała spaść do 40 tysięcy złotych. Kłopoty zaczęły się się już z ósmym ogródkiem ale wtedy jakoś 80 tysięcy wywalczyłem. Starczyło na 12 imprez. Zacząłem zbierać składki. Wyrysowywałem fantastyczne wykresy w excelu. Kolędowałem od Wojewody, gdzie pierwszy raz 10 tys zł zabezpieczyl mi Andrzej Hagmajer (potem formalnie przemienionego w Sejmik) po powstałe właśnie Starostwo Powiatowe personalnie podbite przez tegoż Hagmajera. Nie wiele już mógł ale znajdowało się tam dla Ogródka raz pięć, potem na X KTO dziesięć tysięcy złotych. Potem  już nic. Pojawiły się także drobne środki z Ministerstwa Kultury i ( jak mawiał ówczesny doradca ministra Zakrzewskiego – Mirek Chojecki) dziewictwa narodowego.  Za pierwszego panowania Kazimierza Ujazdowskiego otrzymałem na IX konkurs pięć,  na X  KTO – aż dziesięć tys. złotych, które zawdzięczam uwadze pani Agnieszki Komar-Morawskiej.

Krzysztof Marszałek
Krzysztof Marszałek

Ale szczególnym patronem ogródka okazał się z roku na rok zwiększający swoje wsparcie przez te bodaj 8 lat, gdy kierował Wydziałem Kultury tzw. Gminy Centrum – Krzysztof Marszałek. Ten niewysoki ale przystojny brunet, upozowany na nieco cynicznego besserwisera traktował mnie zasadniczo dość pobłażliwie lecz z roku na rok poważniej.

Mówiąc o jakichś pieniądzach zmarnowanych przez pozorantów pamiętam przyjął to spokojnie. – No cóż. Więcej nie dostaną. Pomylić się można ale – raz. Pieniądze wydane na moją imprezę pomyłką z pewnością  nie były i budżet wzrastał z roku na rok.  Do czasu.

Rok

– Konkurs

Suma

Dotacji

W tym: kwoty Nagród Liczba spektakli

Miejsce

1995 – IV KTO

54 115,04 zł

14 000,00 zł

17

Stara Dziekanka

1996– V KTO

66 410,00 zł

17 000,00 zł

14

Stara Dziekanka

1997– VI KTO

89 032,44 zł

20 000,00 zł

22

Stara Dziekanka

1998– VII KTO

159 000,00 zł

22 000,00 zł

15

Mariensztat

1999– VIII KTO

107 000,00 zł

25 000,00 zł

12

Dolina Szwajcarska

2000– IX KTO

116 000,00 zł

38 000,00 zł

12

Dolina Szwajcarska

2001– X KTO

195 000,00 zł

30 000,00 zł

72

Dolina Szwajcarska

Jak widać przez pierwsze trzy lata, kiedy organizowałem wszystko pro publico bono, żadego budżetu nie było. Dzielnicowy Wydział Kultury zwracał koszta przejazdów, płacił za tani hotelik, skromne honorarium dla Jurorów. Gdy na drugim konkursie znalazło się i dla mnie kilkaset złotych bardzo się zdziwiłem i nawet zastanawiałem się czy mi brać cokolwiek wypada.  Odkąd sam zacząłem organizowac imprezę budżet wzrastał. Był to jednak wzrost pozorny. Czy też może niewłaściwie lokowany.

Czasy się zwolna zmieniały. Gdy zaczynałem zachłystywaliśmy się wszyscy wolnościa. I rzadko pytaliśmy o pieniądze. Rozumieliśmy, że się nam należą i przyjdą same. Mieliśmy przy tym poczucie niebywałego awansu ekonomicznego. Ktoś, kto jeszcze niedawno wyliczał, że pensja starcza mu na 20 czekolad, na kim posmakowany na greckim stateczku w roku ’81  batonik Mars pozostawił wrażenie nie mniej trwałe choć innego rodzaju od widoku świątyni Eginy – dysponując komputerem, drukarką, ba !,  biurem ( które Iza Cywińska – co by nie mówić od zawsze obyta z gabinetami – nazwie pakamerą stróża) wszystko uważał za cud i dobro dane. Ktoś kto jeszcze niedawno nie miał dostępu do TV też w zamian za reklamę zrobiłby prawie wszystko, a już z pewnością nie pytał o pieniądze.

Więc nie pytałem i występujący też bardzo rzadko pytali. Tylko raz już po likwidacji Lapidarium nieuwzględnieni w werdykcie scenografowie „Tutama”, za którego jury nagrodziło hojnie Bronka Wrocławskiego próbowali zaskarżyć moich Włochów od Grauso za realizację transmisji w pirackiej POLONI 1. Bezskutecznie. Bo i scenografia w ogródku była raczej naturalna i mało miała wspólnego z tą wyniesioną z teatralnej sali i ja sam zadbałem by wszyscy występujący złożyli oświadczenie, że wyrażają zgodę na nieodpłatną transmisję. Ale tak zasadniczo – pracowało się dla sprawy.

Ciekawe:  zasadniczo pragnąłem kapitalizmu, poglądy mam raczej prawicowe, a jednak w sprawach publicznych jestem jakby socjalistą. Dobra kultury w moim przekonaniu powinny być powszechnie dostępne. Zachwycają mnie dziś internetowe zasoby malarskie, muzyczne, literackie. Również zapisy wideo wydają mi się obowiązkowe, gdyż pierwszym prawem autora jest w moim przekonaniu udostępnić dzieło współczesnym, a przede wszystkim zachować je dla przyszłych pokoleń. Dbałem więc o to by było tanio, taniej, najtaniej. Dbałem wpierw o jakość, potem dostępność, na końcu miały przyjść pieniądze.

Jaką więc prowadziłem imprezę: drogą czy tanią ?

I co to właściwie były za pieniądze ? – Nie małe, jak ktoś popatrzy na nie całkiem z zewnątrz. Maksymalna dotacja na poszczególne przedstawienie oscylowała od 9 do 10 tys zł. Na Mariensztacie, który okazał się być maksymalnym wzlotem śródmiejskiej dotacji. W późniejszych latach dotacja systematycznie spadała, oscylując w granicach 5-6 tysięcy złotych na spektakl. Spadając nawet do dwu tysięcy na jubileuszowym X KTO.

Najgorsze było to, że wszyscy chętnie dawali na nagrody, które wzrastały aż do X KTO. Nie było na honoraria i wszelkie inne koszta związne z oprawą, estetyką, bezpieczeństwem, higieną. No i wtedy własnie z pomocą przyszedł mi Krzysztof Marszałek. Na IV-VI Konkurs zalatwiał mi dotacje rzędu 5 tysięcy złotych, na VII – było dziesięć, na VIII piętnaście , na IX trzydzieści, a przez ostatnie dwa lata, gdy jeszcze  prywatnie ciągnąłem ten Ogródek a  Śródmiejskim  radnym stawał on już ością w gardle dotacja Gminy Centrum przebiła Śródmiejską sięgając stu tysięcy złotych. – CZOŁEM  PANIE MARSZAŁKU !

Czy to dużo ? – zważywszy poziom występów, gdzie w konkursie potrafił startować Jan Machulski, jury od Malajkata, poprzez Kucównę czy Jungowską świeciło gwiazdami. A przede wszystkim czy to wiele – uwzględniwszy w tych środkach zarobki personelu, całorocznej pracy ? Zaczynało się wszakże od pełnej amatorszczyzny. Oczywiście organizacyjnej bo o poziom artystyczny czy lepiej powiedzieć towarzyski szczególnie dbałem. Dlatego tak zależało mi zawsze na profesjonalistach w jury, a także  na scenie – tzw. ruch amatorski jest mi organicznie obcy. Lecz równie, a może bardziej obcy są mi zawodowi chałturnicy.

O zawodostwie nie świadczy bowiem dyplom czy instytucyjne oparcie lecz stosunek do wykonywanej pracy. Pracy adresowanej przede wszystkim do szerokiej publiczności i otwartej na jej osąd  oraz profesjonalną ocenę krytyków. Amatorem  zaś jest ten, kto gra dla siebie, ku uciesze własnego towarzystwa, kto tworzy kółka wzajemnej adoracji. I jest nim dla mnie też wtedy, gdy legitymuje się członkostwem stowarzyszenia „twórczego”, że o związku „zawodowym” nie wspomnę.

Intencja amatorska sama w sobie nie ma nic złego. Bardzo szanuję ludzi piszących wiersze, malujących obrazy czy śpiewających ku uciesze przyjaciół, krewnych i rodziny. Ale amatorstwo stoi w sprzeczności z publikacją. Amatorstwo jest z założenia prywatne, kameralne. Kiedy chcesz publikować, szczególnie w miejscach szeroko dostępnych obowiązują już wszystkich jednakowe reguły. W istocie bardzo proste. Reguły dobrego smaku.

I tu gdzieś następowało coraz większe nieporozumienie. Moja idea robienia imprezy właściwie za darmo i to w czasie wakacji, gdy na sztukę jest zapotrzebowanie a instytucjom artystycznym pracować się nie chce, ta idea wszystkim się spodobała. Ale też każdy mi powtarzał: to ma być małe, proste, spontaniczne

Niech ręka boska broni tradycji Teatru Ogródkowego przed przekształceniem w to, o czym przed chwilą Andrzeju wspominałeś, mówiąc o budowaniu jakiegoś gmachu, jakiegoś podniosłego miejsca. Dopóki to będzie lekkie, dopóty będzie wspaniałe i piękne.” – powie nawet po piętnastym odwiedzonym przez dziesiątki tysięcy widzów Konkursie Jacek Sieradzki. I powie to tuż przed tym jak wspólnym wysiłkiem miejskch urzędników i radnych i przy aplauzie Gazety Wyborczej – rozrastający się do dziesiątków tysięcy widzów Teatr Ogródkowy na Frascatii zostanie w 2007 roku przez Hannę Gronkiewicz-Waltz utrupiony.

Byłem licencjonowanym estetykiem, w miarę profesjonalnym krytykiem, byłem też organizatorem amatorem, który jednak od pierwszych chwil swoje produkty poddawał pod osąd publiczny. I publiczność a także media to zaakceptowały. Z roku na rok uczyłem się nowych technik producenckich. Kombinowałem nie naruszając jednak nigdy zasad uczciwości. W kosztorysie wpisywałem wynajem sprzętu, w istocie sprzęt kupowałem, co naturalnie wychodziło taniej. Jednak ponieważ donator nie zaakceptowałby zakupu więc fakturę brało się na wynajem. Ten trick po raz pierwszy zastosowałem na Mariensztacie. Wynajem sceny  po cenach Stołecznej Estrady stanowił koszt rzędu 1200 dziennie. Po przemnożeniu przez 14 spektakli dawało to w kosztorysie sumę blisko 17 tysięcy złotych.[1]

Oczywiście – pani Wanda Rutkowska ze Stołecznej Estrady gotowa była przy 14 eventach zejść z ceny: dwadzieścia, trzydzieści, może nawet więcej procent. Ostateczna cena kształtowac się miała w granicach pięciu tysięcy złotych za sezon. Ja negocjowałem ostro i summa sumarum: poszukałem, poszperałem, potargowałem i kupiłem estradę spełniającą identyczne parametry za … 1000 zł! Praktycznie dostałem ją w prezencie od Witka Szymańskiego, który przez lata będzie zajmował się u mnie nagłośnieniem.

Taki już miałem widać „wdzięk”. Od czasu do czasu trafiałem na ludzi: najczęściej prostych, rzetelnych rzemieślników, których zarażałem swoim szałem. Taki był też Witek, który sprzęt nagłaśniający wynajmował mi za jakiś grosz symboliczny ( coś z dziesięć razy taniej od Stołecznej Estrady). A potem, gdy już na nic stać mnie nie będzie sprzeda mi nie tylko tę estradę lecz także dwie potężne kolumny ze statywami, końcówkę mocy, kamerę pogłosową, dobry mikrofon kierunkowy. To wszystko za tysiąc złotych z małym okładem.

Witek Szymański
Witek Szymański

Niech to będzie w historii teatru złotymi zgłoskami zapisane, że warszawski akustyk – Witek Szymański był  może najhojniejszym sponsorem imprezy o nazwie Konkurs Teatrów Ogródkowych.

Na jego sprzęcie dojechałem, aż do 12 Ogródka. Z nim objadę  Mazury i Podlasie w trakcie II Alertu Europejskiego w 2003 roku. Będzie jeszcze pracował dla Domu Kultury, wspomagał nawet wielkie imprezy na Frascati.

Na tym tricku – zamiany dopuszczanego przez kosztorysy wynajmu na zakup niedrogiego sprzętu  zbudowałem wszystko:  namiot do namiotu, krzesło do krzesła, kolumna do kolumny. A w kosztorysie wpisywało się nieekonomiczny wynajem. Z wielkim, z ogromnym trudem pozwalało to związać koniec z końcem. Jakoś żyć, płacić telefon komórkowy, czynsz za „pakamerkę stróża” przy Wilczej. Nie było to drogo ale jednak coś kosztowało, a tych kosztów tzw. „pośrednich” ani miejski ani tym bardziej ministerialny donator pokrywać nie chciał. Wszystko więc było wymyślone dobrze dopóty, dopóki ktoś: włoska telewizja, sejmik samorządowy, moja jako tako prosperująca firma dawała ogródkowi bazę: lokal, księgową, słowem – wikt, spunek i opierunek. Póki było zlecenie z KBN-u albo, gdy miałem inną pracę. Ale nikt, nigdy nie chciał się zgodzić by Teatr Ogródkowy stanął na własnych nogach. By go zinstytucjonalizować.

Słyszę jeszcze dziennikarkę WOT-u panią Małgorzatę Deszkiewicz (nb. z firmy Media Corporation Józefa

Małgorzata Deszkiewicz
Małgorzata Deszkiewicz

Węgrzyna: obok Mariusza Waltera i Lwa Rywina jednego z głównych pasów transmisyjnych telewizji gierkowskiej w nowe czasy). Otóż po rozmowie z udziałem Maćka Wojtyszko nt. VII KTO na Mariensztacie pani Węgrzynowa mówi: - Teraz  panowie pewnie bezzwłocznie przystępujecie do organizacji kolejnego Festiwalu. Ma rację pomyślałem. Żeby ten Festiwal był profesjonalny od października powinny pracować przy nim dwie, trzy osoby. Żeby biura podróży rozważyły włączenie go do swojej oferty, repertuar letni powinien być już w zarysie w listopadzie znany.

Z drugiej jednak strony brzmią mi w uszach słowa Krzysztofa Marszałka, który ilekroć tłumaczyłem, że miast kreować kolejne hasło w rodzaju: Cała Warszawa czy Zakochaj się w Warszawie można rozbudować istniejący festiwal – tonował mnie: - ma pan fajną lokalną imprezę. -I po co Panu więcej.

No właśnie – po co ?

Rozdz. LIX – Warszawa jak miedzia

CDN


[1] wg następującej kalkulacji:Scena 6 na 8 metrów to były 24 podesty 1 metr na dwa. Płacąc 50 zł za podest za całą estradę składająca się z 24 elementów musiałbym zapłacić 1200 zł.  Suma ta przemnożona przez 14 dni spektakli dawała kwotę 16 800 zł

CDN

Rozdz. LIX. Warszawa jak miedza dla radnego Zająca

poprzedni pierwszy następny

Więc po co mi ten TEATR , konkurs i Szwajcarska Dolina ? Tak naprawdę także po to by żyć. Bo czasem mi klaszczą lecz nikt nie zastanawia się z czego ja mam funkcjonować do pierwszego. Tak było wtedy. Dziś jest zresztą tak samo.  Wydawać by się mogło na poziome IX Festiwalu, że dowiodłem, iż impreza się rozwija, że zasługuje na zinstytucjonalizowanie.

IX Konkurs należał do skromniejszych. Jak widać z zestawień zamieszczonych w poprzednim rozdziale zarówno na VIII jak na IX konkursie dotacja spadła do sześciu tysięcy na spektakl. Było by to  nieźle, gdyby gdzieś indziej były pieniądze na etat dla mnie, księgowej, kogoś od marketingu. Wszakże licząc instytucjonalnie te 116  tys. , a po odjeciu 38  tys. kwoty nagrody –  78  tysiące złotych podzieliwszy na 12 miesięcy otrzymamy miesięcznie kwotę  6500 zł,  która starczy (wraz z kosztem pracodawcy) w porywach dla trzech osób odbierających netto około 1,5 tys. zł.Pracowałem za siedmiu- dziesięciu  ludzi: dyrektora, sekretarkę, webmastera, księgowego, kadrowca, kasjera,  kierowcę, a czasem i za tragarza, szefa markeitingu i PR. W kieszeni netto nawet te 3 tysiące mi nie zostawało. Co najwyżej połowa takiej sumy.

No ale przecież miałem sukces i nie traciłem nadziei. W dziewiątym konkursie o nagrodę Dyrektora Dzielnicy Śródmieście Gminy Warszawa Centrum wystąpiło dziewięć teatrów i zespołów artystycznych z różnych miast Polski.

Oceny prezentowanych spektakli  dokonało jury pod przewodnictwem Dyrektor warszawskiego Teatru „Syrena” – Barbary Borys-Damięckiej (z udziałem aktorki Zofii Kucówny, scenografa Adama Kiliana i krytyka teatralnego Doroty Wyżyńskiej).

Werdykt ogłoszono 28 SIERPNIA 2000: Małą  Ogródkową Nagrodę Teatralną – 5 tys. zł – otrzymał warszwski kabaret Strzały z Aurory

Tomasz Jachimek
Tomasz Jachimek

za spektakl “Kompendium wiedzy ogólnej z zakresu kabaretu amatorskiego” według tekstu i w reżyserii Tomasza Jachimka.

Spektakl przygotowany przez – jak sami o sobie  mówią – “kabaret amatorski” zagrano z wdziękiem, świeżością i autoironią. Strzały z Aurory w swoim skromnym, acz nie pozbawionym poczucia humoru przedstawieniu, poszukiwały odpowiedzi na pytanie: co to jest kabaret.

Indywidualną Ogródkową Nagrodę Teatralną – 7 tys. zł – jury postanowiło przyznać autorowi scenografii i lalek do spektaklu “Szopka Don Cristobala” z Teatru Luka z Bielko-Białej – Konradowi Dworakowskiemu za kunszt, dobry smak i maestrię.

Przedstawienie nawiązuje do najlepszych tradycji sztuki lalkarskiej.

Teatr Montownia "Po naszemu"
Teatr Montownia „Po naszemu”

Laureatem Dużej Ogródkowej Nagrody Teatralnej  – 10 tys zł –został warszawski Teatr Montownia. Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki oraz Dorota Naruszewicz w Dolinie Szwajcarskiej pokazali kabaretowy spektakl “Po naszemu” Olgierda Świerzawskiego w reżyserii zespołowej. Aktorzy Montowni znakomicie odnaleźli się na scenie ogródkowej i po raz kolejny udowodnili, że potrafią zawładnąć publicznością. Ich przedstawienie – błyskotliwe, dowcipne, dynamiczne – porusza aktualny temat.

I wreszcie Wielką Teatralną Ogródkową – 16 tys. zł  – otrzymał Teatr Luka z Bielsko-Białej za spektakl “Szopka Don Cristobala”. To przykład niezwykłej symbiozy aktora z lalką. Teatr Luka zaskakiwał różnorodnością form, niekonwencjonalną animacją lalek. Przedstawienie poetyckie, dowcipne – ambitna próba adaptacji tekstu F.G. Lorki.

Teatr Luka - Szopka Don Cristobala
Teatr Luka – Szopka Don Cristobala

Głównym celem imprezy było wzbogacenie letniej oferty kulturalnej Śródmieścia Warszawy w czasie tzw.”ogórków”, oferty skierowanej w znacznej mierze do turystów, osób, które pozostają w mieście, a także do telewidzów, gdyż impreza tradycyjnie była pilnie obserwowana i relacjonowana przez media.

W tym roku dążono już zdecydowanie do odtworzenia charakteru zapomnianego miejsca: występów muzycznych, festynów kwiatowych. Wszelkich popisów skupionych wokół estrady i  drewnianego teatru letniego, którego zarys spróbowaliśmy osadzić w Dolinie Szwajcarskiej opierając się na ikonografii Galewskiego  z lat 1890-1935

Impreza cieszyła się bardzo dobrą prasą i frekwencją publiczności. Na wszystkich spektaklach zajęte było całe 140 miejsc siedzących a w pogodne dni ogromna ilość “wejściówkowiczów” zasiadała na trawnikach Doliny szwajcarskiej, gdzie odwiedzało nas około 400 – 600 osób.

Pisano o imprezie we wszystkich mediach. Stałe informacje ( przed i po spektaklach) zamieszczały dzienniki warszawskie (Gazeta Stołeczna, Życie, Życie Warszawy, Rzeczpospolita, Trybuna). Imprezę odnotowywały też popularne magazyny wielkonakładowe (np. Tele-Tydziań, Uroda, Kobieta i Życie, Twój Styl, pisma kulturalne i specjalistyczne (Teatr, Ruch Teatralny) a także turystyczne takie jak Kalejdoskop Kulturalny czy Iks oraz Warsaw Vioce, City Magazin. Impreza zrobiła się też znana w świecie. Pisano o niej m.in. w Niemczech, we Francji (Ubiquité – juillet 2000) Spektakle transmitowane były przez bardzo liczne media (PR I TVP, WOT, TVN, wszystkie lokalne radia ( Radio Plus, Radio dla Ciebie, RFM/FM, Zetka, PR II , III, V – PR; Radio Bis).

Dołożyłem wszelkich starań by wyakcentować rolę samorządu śródmiejskiego przy organizacji imprezy. Mimo, że w tym roku udało mi się pozyskać  dodatkowe nagrody Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwa Edukacji Narodowej, Starostwa  Powiatu  Warszawskiego to jednak ich suma  13 000 złotych zbladła wobec premii 25 000 złotych wyasygnowanej na nagrody  przez Głównego Sponsora i Fundatora Nagród ZARZĄD  DZIELNICY ŚRÓDMIEŚCIE  GMINY WARSZAWA  CENTRUM.

Trzeba tu podkreślić rolę decyzji Radnych Śródmieścia, którzy tradycyjnie jako jedyni finansują podstawy naszych działań takich jak transport, zakwaterowanie, koszta techniczne imprez oraz honoraria organizatorów. Bez tej pomocy i bez hojnej nagrody za którą szczególne podziękowanie należy się w tym roku Pani Dyrektor   Annie  Wysockiej nie mogłoby być mowy o uznaniu Konkursu Teatrów Ogródkowych – po dziewięciu latach działalności za “modelowy przykład wkładu samorządu w kreowanie zdarzeń kulturalnych” i nobilitacji jaką uzyskaliśmy dzięki pozyskanym w tym roku po raz pierwszy patronatom ministerialnym.

Widzowie na IX KTO

Na zakończenie pragniemy złożyć bardzo serdeczne podziękowanie  pracownikom Wydziału Kultury  Urzędu Dzielnicy Warszawa Śródmieście którzy poczynając od Pana Naczelnika Andrzeja Chyby poprzez oddanych od lat sprawie ogródkowej przyjaciół: panie Małgorzatę Jurkowską, Irenę Roszczendę i Lilianę Sakowską nieśli nam ogromną pomoc i nie po raz pierwszy sprawili, że mimo tysięcznych zawirowań administracyjnych latem tego roku  impreza nasza praktycznie nie odczuła ich skutków i odbywać się mogła bez kolizji.

Z nadzieją na równie owocną współpracę w roku 2001, w którym to odbywać będziemy w Dolinie Szwajcarskiej 10 Jubileuszowy Konkurs Teatrów Ogródkowych prosimy wraz ze sprawozdaniem finansowym przyjąć nasze najlepsze wyrazy’

Prawda jak to ładnie brzmi ? Ile taktu, ile wdzięczności w mym stylu. Prawda jednak była taka, że już chwilami brakowało mi sił.

PS. Uprzejmie prosimy o przywrócenie terminu sprawozdania, które formalnie powinno być złożone 30 września. Składamy je z dwutygodniowym opóźnieniem ze względu na horrendalną  mitręgę Urzędniczą Sejmiku Mazowieckiego. O dotację wystąpiliśmy we wrześniu 1999 roku. Po interwencji Komisji Kultury Sejmiku zostało nam przyrzeczone 8 tys. Złotych, którą to kwotę załatwia się od czterech miesięcy. Ostatecznie w ostatnią śródę 11 października otrzymaliśmy wiadomość, że Zarząd Sejmiku ma zamiar zawrzeć z nami umowę. Ratuje nas to przed niewypłacalnością. I pozwala nareszcie rozliczyć dotację. Dotacja została wydana w całości a rozliczona nakładem pracy jednego faktycznie człowieka – brak środków na obsługę księgową.

Liczymy więc, że Zarząd nie będzie nas karał karnymi odsetkami, a razem postaramy się o to by może w przyszłym roku Organizować imprezę przy wsparciu bardziej odpowiedzialnych partnerów.

Coś dodać !?:

Po epizodzie z Elektoralną, po krótkim romansie z PAI czułem, że minęły czasy programów kserowanych z komputerowej Banner Mani, że minęły już czasy przeskakiwania przez płot z torbą ulotek. Od dawna wiedziałem czym jest prawdziwa lecz niedroga telewizja. PAI nauczył mnie organizować konferencje prasowe. IX KTO było próbą zmierzenia się z zawodostwem. Prawdziwa konferencja prasowa, akcja związana z odnajdowaniem pamiątek po Dolinie. W końcu w czerwcu 2000 roku uprawomocniła się ostatecznie decyzja o warunkach zabudowy Doliny.

Wydawało się, że zinstytucjonalizowanie tego miejsca jest o krok. Coraz dokładniej wiedziałem czego chcę. Doliny. Albo użyczonej na rzecz Fundacji albo zinstytucjonalizowanej  w postać parku.

Dbałem o ten mój parczek. Dokupowałem krzeseł. Nie wiązałem moich plastyków już łańcuchem na tydzień lecz zwoziłem do zamkniętego w czasie urlopu Teatru Nowego, gdzie stały sobie na korytarzu. Pozostałe klamoty: tj. daszki dla publiczności, takie małe białe, bazarowe baldachimy kupowane w marketach, stacje energetyczną, zasilające kable, bezcenną drabinę – ładowałem co tydzień na moje Tipo i wiozłem do stodoły na wieś, gdzie spędzałem wakacje z dziewczynkami w Ołtarzach.

Tam miałem już komputer, fax, drukarkę. Stamtąd też rozsyłałem zaproszenia. W dopracowaną z Adamem Kilianem formatkę z WORDA wklejałem aktualne programy. Zjeżdżałem do miasta w poniedziełek rano. Wpadałem na Górczewską po specjalny profesjonalny panel, którym nakrywało się przechodzący przez parkingową uliczkę kabel zasilający nas w elektryczność tak, by mogły po nim jeździć samochody.  Wyrzucałem z mojego wozu Tespisa oprzyrządowanie. Synowie Pana Polniaka (stolarza, który od Mariensztatu aż po Frascatii pomagał mi w montażach) rozstawiali ogródek. Jechało się po krzesła, do ksero wydrukować programy.

Z czasem dorobiłem się asystentów. Jeszcze w Dziekance, ale i później na Mariensztacie, także w Dolinie pomagała mi nieoceniona Maryna Bersz-Szturo. Bilety długo sprzedawała Agnieszka Wróblewska z siostrami. Syn Grażynki Stryszowskiej Mateusz Łepkowski pomagał przy ósmym ogródku. Teraz przy dziewiątym polecona przez Włodka Paszyńskiego córka dhny Elżbiety Dehnel z Hufca Warszawa-Śródmieście – Marynia Łyszczyńska. No więc programy w druku i około drugiej, trzecie zjeżdżały zespoły. Próba. Czasem jeszcze jakieś studio radiowe, czy telewizyjne. Wywiad i spektakl. Tak to trwało. Może miało trwać bez zmian ? Ale mnie wciąż marzyło się więcej i więcej.

Dolina, która kojarzyła się wszystkim tak silnie ze ślizgawką mogłaby się stać miejscem szeregu plenerowych zdarzeń teatralnych. Mediom ten pomysł bardzo się spodobał. Zatrudniwszy panią Joannę Dudek-Klimiuk z zakładu architektury krajobrazu próbowałem w trakcie dziewiątego ogródka z pomocą WOT-u wywołać w Warszawie nostalgię za Doliną Szwajcarską.

W sobotę 26 sierpnia 2000 na godz. 16.30 zaprosiłem do Studia na pl. Powstańców wszystkie osoby, które posiadają pamiątki z warszawskiej Doliny Szwajcarskiej oraz informacje związane z działalnością jej  polskich oraz europejskich odpowiedników tzw. Schweizertal’i czy Valée Suisse. Czekałem we foyer WOT przy wejściu od strony ul. Jasnej obiecując, że najciekawsze relacje i pamiątki pokazane zostaną w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym w rozmowie studyjnej o godz. 18:50 i zaprezentowane podczas Finału Konkursu Teatrów Ogródkowych w poniedziałek 28 sierpnia o godz. 19:00 w warszawskiej Dolinie Szwajcarskiej przy ulicy Chopina.

Udaliśmy się do WOTu, a tu … pies z kulawą nogą się nie pojawił !  Problem polega na tym, że nie ma warszawiaków w Warszawie. Gdyby taką akcję zaproponować krakowiakom, którzy kochają swoje miasto. Lubią o nim opowiadać. Lubią śledzić jego historię …

Ba, wiedzą o tym stołeczni radni z dziesięć już lat piastującym funkcję przewodniczącego śródmiejskiej komisji kultury  SLDowskim aparatczykiem

Przemysław Zając

Przemysław Zając

Przemysławem  Zającem na czele. Wiedzą i pod miedzą  siedzą. Byle przetrwać wyborcze żniwo, a po wyborach nie przejmują się specjalnie miastem i jego historią.  Patrzą, gdzie żytko dorodne.  Tak,  Warszawa niczym „Rzym” wg Sępa-Szarzyńskiego: „ To miasto świat zwalczywszy i siebie zwalczyło – by nic niezwalczonego od niego nie było.” .

Jeszcze próbowałem. Starałem się zagospodarować Dolinę Szwajcarską. Udowodnić, że może funkcjonować przez cały rok. Andrzej Chyba z Terasą Stanek zaakceptowali nawet nienajgorszy kosztorys i próbowałem we wrześniu po zakończeniu konkursu zorganizować w Dolinie specjalne koncerty Marka Majewskiego  i Mariana Opania. Zupełnie dobrze wypadło.  Próbowaliśmy też z Romkiem Holcem zorganizować imprezę dziecięcą mającą stanowić początek akcji „Z Dziecka Król”. Akcji wymyślonej jeszcze w 99 roku w WOK-u, a polegającej na tym by w wieloboju konkursowym o charakterze sportowym, towarzyskim i merytorycznym – wyławiać najzdolniejsze dzieci, z których dwoje w czas zapustów mięsopustnych obwoływałoby się w karnawale królem stolicy.

Takie połączenie średniowiecznej tradycji karnawałowej ze współczesnym konkursem w południowo-amerykańskim stylu, gdzie wybory mistrza patelni, króla rodeo, piękności miasta stają się często stymulatorem awansu całych grup młodzieży. Świetny pomysł ale … widać –  fatalny. Trzykrotnie próbowałem wcielić go w życie i nigdy nie odniosłem powodzenia. Także i w tę wrześniową niedzielę w Dolinie, gdzie nas wszyscy, zarówno nauczyciele jak prasa równo olali. Imprezy dziecięce z jakiegoś powodu najtudniej wypromować. Przekonywałem się o tym wielokrotnie.

Fantazje Adama Kiliana

CDN

LX. Fantazje Adama Kiliana

poprzedni pierwszy następny

Po IX KTO widać było, że pamiętająca Mariensztat i dwa szwajcarskie Ogródki Budka Domańci więcej w całości nie przetrzyma. Zresztą nadchodził jubileusz. Zwróciłem się zatem z kolejnym pismem do radnego Zająca. Dziwna postać. Postawiony przez SLD na straży Śródmiejskiej kultury, zastąpiwszy mnie na stanowisku przewodniczącego Komisji w roku 1994 nie mógł wprost utrupić dobrze rozwijającej imprezy, której nb. jego partyjny kolega Marek Rasiński raczej sprzyjał. Początkowo starał się jednak przekierować moje środki na teatralny Ogródek jaki jego znajmi  studenci próbowali prowadzć na małym  dziedzińcu przy Uniwersyteckiej  SIGMIE. ( Tak tak, tej Sigmie z Olejarza, gdzieśmy swego czasu z Urbańskim „Meteora” grali).

Mału Dziedziniec UW

Mały Dziedziniec UW

Tam, gdy ja prowadziłem imprezę biletowaną SLD-owscy propagandyści od razu wiedziel, że chleb kulturalny tłumom się darmo rozrzuca. Ale i tak nie wyszło.  Komuś po prostu zabrakło pary, i skończyło się na imprezach muzycznych, które zresztą do dziś się  tam z powodzeniem odbywają .

Więc mniej czy więcej ale trzeba było na Konkurs Tearów Ogródkowych dawać. Ciekawe jednak, że przez 10 lat ocierania się o siebie facet ten nie znalazł 15 minut na rozmowę ze mną. No ale poraz kolejny spóbowałem. Skoro nie chciał gadać – napisałem doń pismo

Tłumaczyłem, że IX Edycji Konkursu Teatrów Ogródkowych w latach 1992 – 2001 stanowi trwały dorobek organizacyjny i medialny samorządu Warszawskiego. Letnia impreza jest dostrzegana przez wszystkie media […] ma zasięg  międzynarodowy,[…] dysponuje trzy językowym portalem internetowym. ( Sam go w html-u wykonałem).  W ciągu 9 lat odbyło się około 130 spektakli, które obejrzało około 13 000 osób. Roczną frekwencję zaś szacować można było na 2-3 tysiące osób. W jury zasiadają najwybitniejsi przedstawiciele środowiska teatralnego Na temat imprezy powstało: 30 transmisji spektakli w sieci ogólnopolskiej […] Odnotowują ją wszystkie stacje radiowe. Wszystkie spektakle są zapowiadane i recenzowane w Stołecznej Gazecie Wyborczej i w Życiu Warszawy.[…] przez pisma specjalistyczne (Teatr, Dialog, Le theatre en Pologne, Ruch Teatralny) ale także przez wysokonakładowe magazyny[…] Dowodem popularności imprezy jest umieszczenie jej w większości zapowiedzi turystycznch a także odnotowanie wśród kilku najważniejszych imprez letnich  przez prestiżowe przewodniki  Wiedzy i Życia zarówno w edycji krajowej (Polska) jak i stołecznej (Warszawa)

Wiedz i Zyciei_webZ tym wszystkim impreza jest w znacznym stopniu niedoinwestowana, Boryka się też stale z kłopotami organizacyjnymi. Podstawowe mankamenty to:          Brak solidnego zadaszenia sceny i widowni

         Brak zaplecza (garderób) dla aktorow; brak środków np. na wóz castingowy

         Brak personelu technicznego, co uniemożliwia skuteczną kontrolę miejsc, a zatem ich rezerwacje.

1.1.      Spektakle mają najczęściej nadkomplety

1.2.      Brak środków na ochronę terenu  ( w czasie gdy nie odbywają się spektakle)

         Brak środków na zorganizowanie Komisji Kwalifikacyjnej co podniosłoby poziom średnich prezentacji.

Narodzona w Café Lapidarium przez pierwsze siedem lat moja impreza korzystała ze wsparcia restauratorów wynajmujących dziedziniec Lapidarium. Gwiazdeczki,  Starej Dziekanki czy Mariensztatu.  Od 1999 roku odbywała się jednak w  Dolinie Szwajcarskiej, Co okazało się triumfem frekwencyjnym i medialnym.Tradycyjne miejsce kulturalnych spotkań warszawiaków przywrócone został na mapę kulturalną stolicy. W sensie całkowicie dosłownym: Życie Warszawy w 1999 roku opublikowało taką mapę.Miejsce to okazało się już wdzięcznym terenem do organizacji innych imprez kulturalnych. Istnieje tu możliwość prowadzenia działalności kulturalnej przez cały rok. Apel powołanego w 1997 roku Komitetu Restytucji Doliny  Szwajcarskiej podpisało ponad 140 osób […]

W 1998 roku ufundowana została Fundacja „Kultura Tutaj Obecna”,Jej założenia statutowe to m. in:

•          zaangażowanie w organizację imprezy o nazwie: Konkurs Teatrów Ogródkowych

•          zaangażowanie się w organizację w Warszawie  letniego Festiwalu Artystycznego pod hasłem Kultura Tutaj Obecna – będącego miejscem spotkania  przybyszy i turystów z kraju a także z zagranicy;

•          Zaangażowanie w stworzenie w Stolicy Polski Warszawie Centrum Kultury Dolina Szwajcarska – modelowego ośrodka ponadregionalnych spotkań kulturalnych;

Fundacja ta  jest od dwóch lat głównym realizatorem imprezy, której głównym sponsorem i fundatorem nagród pozostaje Komisja  Kultry i Zarząd  Dzielnicy  Śródmieście Gminy Warszawa Centrum. Środki jakie na ten cel są asygnowane ulegają jednak znaczej fluktuacji Podjęte dotąd prace doprowadziły do wprowadzenia Imprezy do Doliny Szwajcarskiej. Na podstawie ikonografii Galewskiego odtworzono też scenkę ogródkową. Uległa jednak ona po trzech latach eksploatacji dekapitalizacji.

Jest zatem niezbędne by w roku 2001 X jubileuszowy Konkurs Teatrów Ogródkowych

         Odbywał się przez 4 dni w tygodniu od maja do września

         Zintegrował „magiczne” miejsca Warszawy takie jak: (1)       Lapidarium (2)       Starą Dziekankę (3)       Mariensztat (4)       Dolinę Szwajcarską

         Został zorganizowany w oparciu o własne zaplecza kawiarni ogródkowej nawiązującej stylistycznie do tzw. Stylistyki wiedeńskiej W tym celu w pierwszym etapie konieczne jest wzniesienie w Dolinie Szwajcarskiej zaplecza nawiązującego stylistycznie do ikonografii teatrów Ogródkowych Galewskiego w rodzaju Teatrzyku Belle Vue;

W następnym etapie należy dążyć do rozbudowywania go w kierunku wyznaczonym przez rozwój tzw. Foklwarku Świętokrzyskiego: W ostatnim etapie istnieje możliwość rozważenia idei odtworzenia w Warszawie ( rekonstrukcji) tzw. Salonu Wielkiej Alei.

Mogłem sobie pisać – przynajmniej mam teraz gotowca…

Dziewiąty Konkurs się skończył. Nagrody zostały rozdane. Na IX KTO przyznano w sumie najwięcej nagród w historii. Budżet: 116 000,00 zł musiałem zmniejszyć aż o 38 000,00 zł przeznaczone na nagrody. Nie powiem by mnie to bawiło. Na nagrody wszyscy dawali chętnie. Bo też to daje największe nagłośnienie. Ale na garderoby, podłogę, przyzwoitą dekorację, efektowniejsze wydawnictwa na to już sposororów nie było. Kończył się wiek. Nadchodziło trzecie tysiąclecie.

Po dziewiątym ogródku, pod nieudanej próbie osadzenia „Z Dziecka Króla” w Dolinie, zaszyłem się w moich  Ołtarzach-Gołaczach. Praktycznie na całą zimę. Siedziałem tam. Pisałem sprawozdania, wnioski, memoriały. Przed weekendami zjeżdżałem do Warszawy. W piątek, czasem w czwartek odbywałem jakieś spotkanie. To wtedy próbowałem nawet zwolnionego z pracy w „Życiu” Wołka Bronka Wildsteina namówić do współpracy. Czułem, że brakuje kogoś, kto miałby większą ode mnie wiarygodność finansową. Jednocześnie pracowałem nad projektem zabudowy Doliny. Podpisana przez panią Wysocką Decyzja o warunkach zabudowy Doliny z 1999 roku ostetcznie uprawomocniła się w 2000 roku. Od tego momentu można było projektować. Skorzystałem więc z porady pani Kozubowskiej z Wydziału Architektury i zatrudniłem młodych ludzi. Kontaktowaliśmy się praktycznie cały sezon. Przedstawiali symulację komputerową za symulacją.

Warszatat M.Goszczyńskiej, A.Kowalczyka i M.Kwietowicza

Warszatat M.Goszczyńskiej, A.Kowalczyka i M.Kwietowicza

Adam Kilian

Adam Kilian

Próbowałem spotykać ich z Adamem Kilianem. Członkiem jury, znakomitym grafikiem, ilustratorem, wieloletnim dyrektorem Teatru Lalka, do którego dzieł życia zaliczyć pewnie trzeba przede wszystkim słynna „szopkową” dekorację do „Wesela” Adama Hanuszkiewicza.

"Wesele" w Teatrze Narodowym (1963)

"Wesele" w Teatrze Narodowym (1963)

Ojciec Jarka Kiliana szefującego  od lat dziesięciu już  Teatrowi Polskiemu, to przede wszystkim uroczy, ciepły człowiek, z którym współpraca była razem radością i zaszczytem.  Cieszę się też, że udało mi się za ten trud podziękować. Swego czasu, gdy kierowałem moją „Fundacją Kultura Tutaj Obecna”  otrzymałem bowiem ankietę z pytaniem, komu  powinna  zostać wręczona  jako pierwszemu utworzona właśnie  przez Prezydenta RP  nagroda za twórczość i działalność artystyczną dla dzieci i młodzieży.

Wskazałem  Pana Adama jako najlepszego kandydata i … okazało się, że tylko ja na to wpadłem, a jury powołane przez Prezydenta przychyliło się do wniosku właśnie mojej Fundacji.  Kawaler  Orderu Uśmiechu z roku 1980 może więc dopisać Nagrodę Prezydenta RP z roku 2002 do kolekcji  zaszczytów.

No ale z do Doliną Szwajcarską, z którą zresztą pan Adam sąsiadował mieszkając nieopodal na Chopina szło strasznie opornie. Raz, że nie było inwestora, ja miałem w głowie  rysunki  Galewskiego, młodzi architekci bujali w jakich konstruktywych szablonach, a Pan Adam – też fantazjował.  Skoro tak martwiłem się o to by publiczność od deszczu ochronić –  Kilian  wyrysowywał nam jakieś latające dachy.

Ogródkowe Wizje  Adama Kiliana

Ogródkowe Wizje Adama Kiliana

Wsiadałem w samochód, spotykaliśmy się w bufecie Teatru Lalka, którego dyrektorem niegdyś, a teraz scenografem był pan Adam.

Młodzież inżynierska symulowała z komputera. Pan Adam – dalej fantazjował.

Fantazja na Ogródek i Dolinę Szwajcarską szkicowana przez Adama Kiliana

Fantazja na Ogródek i Dolinę Szwajcarską szkicowana przez Adama Kiliana

Prawdę mówiąc wszystkio o kant … potłuc.

Tymczasem po raz kolejny zmieniła się władza. Potem jak 23 maja 2000 r. Jerzy Buzek mianował komisarzem  Warszawy Andrzeja Hermana   pani Anna Wysocka z AWSu wzięła się za czuby z panią Teresą Wyszyńską z Unii Wolności.  Bez metafory – pobiły się panie pod gabinetem kłócąc o jakieś stołki czy apanaże. Samorząd Śródmieścia Warszawski sięgnął bruku. Na dziewiątym ogródku Pani Dyrektor Dzielnicy funkcjonowała z nadania AWSowskiego komisarza.  Teraz  przyszły jednak kolejne  wybory, które tradycyjnie wygrał układ warszawski. Dyrektorem Dzielnicy Śródmieście mianowano Piotra Foglera. On naczelnikiem Wydziału Kultury zrobił w Dzielnicy mojego dawnego asystenta z Sejmiku: Piotrusia Królikiewicza. Trudno  sobie wybrazić lepszą sytuację.

Starzy, dobrzy  znajomi …

Rozdz.. LXI –  ”Firma” – albo Piotr Królikiewicz CDN

Rozdz. LXI -Firma czyli Królikiewicz

poprzedni pierwszy następny

Jest  taki film o mafii. Nazywa się „Firma”. Opowiada jak swoje macki układ rozpościera. Do kogo się zwraca. Więc przede wszystkim szuka ludzi skromnych, raczej introwertyków, niż ekstrawertyków najlepiej  obciążonych rodziną, ale bez zaplecza familijnego,klasowego, terytorialnego.

Tom Cruise w filmie "Firma" (1993)

Tom Cruise w filmie "Firma" (1993)

Rozumie to świetnie każda władza. Komuniści rozumieli perfekcyjnie przekuwając uruchomione już przez wojnę rozbicie często zatęchłego świata tradycji i zastoju –  w wolę awansu, wędrówki, ucieczki. Rozumiał to Senior pisząc, że dla komunistów każda tradycja była zła, każdy był nie taki: źle urodzony, złych obyczajów nauczony.[1] Naturalny bunt młodości przeciw starości przekuto w potępienie starości, a zarazem oderwanie się od osądu Ojców. Partia po wojnie była Firmą właśnie: dawała co chciałeś: najpierw talon na rower, wykształcenie, Kawalerkę typu M-2 w okresie małej stabilizacji, z czasem talon na Syrenkę, a w końcu Malucha. Komunizm upadł, gdy Firma zbankrutowała, dawała coraz mniej i coraz nieliczniejszym. Wtedy słyszalnym ukazał się głos JPII, który przypomniał , że czas przywołać Ojców dzieje. Tak, dla założycieli Firmy najmniej interesującym jest człowiek taki jak ja: zasadniczo zadowolony ze swego losu, czczący ojca swego i (do czasu…) matkę swoją, a wdzíęczność za pierwsze mieszkanie zachowujący dla rodziców, za rower czy magnetofon dla cioci z Ameryki, za malucha skarbom  spod podłogi. Ani nuworysz ani dorobkiewicz. Zapomniane pojęcia, prawda !?

ATK jako wicemarszałek i jego asystent P.Królikiewicz (Sejmik Samorządowy 1993)ATK jako wicemarszałek i jego asystent P.Królikiewicz „Warszawski Sejmik Samorządowy” (1993)

Ten kto chce w górę, ucieka ze swojej ziemi, chaty ze swego kantoru. Ten w szczególności, kto dla swego awansu nie ma Ojcowskiego błogosławieństwa, braterskiego wsparcia jest idealnym klientem Firmy. Tak samo jak ten, kto nie zrealizował pokładanych w nim nadziei, kto musi szybko nadrobić klęskę, kogo środowisko ocenia wg sławy i kasy, komu Ojciec nie zada tego przez mego dziada postawionego Seniorowi pytania. Dowiedziawszy się w latach 50 tych, że ma zamiar funkcjonować publicznie: „a nie zeszmacisz ty się – Kochanieńki” – miał spytać. Nie szmaciłem się. Zaszyłem się w Ołtarzach. Skoro Układ Warszawski wziął władzę, nie odpuszczałem Piotrów: Foglera i Królikiewicza.

Piotr Fogler

Piotr Fogler

Doradzał Fogler by się z Miętusem  dogadać, z diabłem poszedłbym w tańce byle tylko ideę zrealizować.

Tadeusz Miętus ( były radny SLD)

Tadeusz Miętus ( były radny SLD)

Foglera wspierał znajomy jeszcze z sejmiku prawnik i dawny opozycjonista – Marek Borowik. Za jego też pośrednictwem próbowałem dogadać się z lewicą czy tym jej odłamem reprezentowanym przez Tadeusza Miętusa.  Zagłebiałem się odważniej – niby nurek na akwalungu.

Marek Borowik

Marek Borowik

Próbowalem Włodka Frenkla namówić do inwestycji w Dolinę – pokazał mi swoje wspólnie z Miętusem prowadzone Kon-Tiki przy basenach nad Wisłą miedzy mostami  Poniatowskiego a Berlinga. No coż, jak ta  Rachel z Wesela ” Nie dorastam do wielkich skal. Bawię się, pour passer le temps tylko”. I tak, za błazna wszyscy mnie widać mieli.

Dopingująca już z lekkiego autu Teresa Stankowa poznała mnie z Waldemarem Stańczykiem. Mówiono o nim, że stanowi zaplecze finansowe dla części restauracji Magdy Gessler, niezależnie od tego, że sam prowadzi  Casa-Valdemar: znakomitą restaurację u zbiegu Pięknej, Chopina i  Mokotowskiej.

Waldemar Stańczyk

Waldemar Stańczyk

Ale i on wspomagał mnie radą a nawet sprzętem  lecz jak inni pewnie  widział  we mnie Don Kichota. No a z błędnymi rycerzami interesów się przecież nie robi.

Zabrakło Dulcynei choć  poznałem miłą, rezolutną kelnereczką w knajpce na Poznańskiej. Ale i ten wariant nie  wypalił.  Ze zorganizowanym przez panią Anię zespołem postanowiłem pójść na całość. Na całe jubileuszowe lato zaanektować Dolinę – również kulinarnie.

Dlaczego nikt, poza towarzysząca mi publicznością nie chciał tak naprawdę Doliny. Nie chcieli jej mieszkańcy okolicznych domów, ani władze, ani biznesmieni. A nie chcieli,  bo pomysł jej odtworzenia był niestandardowy zaś mój ewentualny sukces byłby moim, a nie aparatczykowskim triumfem. Budowałby siłę jednostki i poczucie obywatelskiej wspólnoty. Dziesięć już lat trwał Odrodzony Samorząd. W roku 1990 chodziło o to, by urząd nauczył się  być tylko pośrednikiem, emanacją Wspólnoty Lokalnej czyli Samorządowej. By pieniądze trafiały tam, gdzie są potrzebne by zredukować etaty.

Wiceburmistrz Królikiewicz

Piotr Królikiewicz jako Wiceburmistrz w Firmie Samorząd Śródmieścia Warszawy

Avery Tolar (G.Hackman) jako szef  Mitcha McDeere (T. Criuse)  w filmie "Firma" Polacka

Avery Tolar (G.Hackman) jako szef Mitcha McDeere (T. Cruise) w filmie "Firma" Polacka

Uwierzyłem w te słowa i starałem się wcielać je w czyn. Pracując za kilku, nie czekając etatu, tworząc wpierw  spółkę cywilną, potem fundację, potem jeszcze jedną firmę już całkiem prywatną – wszystko po to, by nowemu systemowi czoła stawić. Dostawałem dotacje pozwalające na pokrycie kosztów imprez ale nie zostawiające środków ani na mój zarobek, ani nawet na opłacenie tzw. kosztów pośrednich. Gdy z moimi propozycjami choćby minimalnego zinstytucjonalizowania mej idei występowałem do władz wszyscy – od Jacka Sieradzkiego z „Dialogu” po Piotra Foglera z Samorządu, wykrzykiwali chórem: – ależ nie ! Małe jest piękne, a  patrzenie na ciebie jak miotasz się w naiwnym szale taką sprawia nam frajdę jak Ojcom chrzestnym obserwowanie  delikwentów oddalających się łódką w stronę morza… Nie odmawiaj nam tej przyjemności.

Tak też nie odmówiłem, a wtedy gdy ja bezustannie prosiłem o siedem osób dla obsługi wydzielonego w formę instytucji miejskiej  Ogrodu Dolina Szwajcarska … panowie Dyrektor Dzielnicy Fogler z Naczelnikiem Wydziału  Królikiewiczem bod hasłem „byle nie etaty” – spokojnie przekształcili budynek po Gralni i Digitalu przy ulicy Smolnej 9 w Dom Kultury. Utopili ponad milion złotych w niekompletnym remoncie, w zbędnym sprzęcie kuchennymi  nigdy nie rozliczonych materiałach. Zatrudnili na dzień dobry 18, wkrótce ponad 30 osób na etaty pochłaniające blisko milion złotych rocznie – na same płace.

I tak powstanie Instytucja, której tajemnic zgłębianie zajmie mi pięć lat życia. A trzeba było widzieć minę mego dawnego asystenta Piotra Królikiewicza, gdy mi przyjdzie pod koniec roku 2002 po tych wszystkich faryzejskich opowieściach o czystości instytucjonalnej, pojawić się w jego gabinecie w imieniu świeżo powołanego na urząd prezydenta Urbańskiego.  Musiał mi pokazać budżet i spis tych wszystkich  poukładanych etatów.

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że segregator z danymi tej pseudokulturalnej śródmiejskiej Firmy otwiera się niczym pudło znalezione przez bohatera filmu Polacka na Kajmanach

r. LXII – Zające i Króliki czyli gdzi jest sałata

CDN

[1] Andrzej Kijowski – Notatnik ze współczesności. Por. www.andrzej.kijowski.pl (cz.I-III,*. mp3)

Rozdział LXII -Zające i Króliki czyli gdzie jest sałata.

Walka o teren, szukanie inwestora, wsparcie dla uzyskania kawałka dachu dla publiczności czy garderoby dla aktorów to były mrzonki. Ani prywatni sponsorzy ani urzędnicy nie mieli ochoty na inwestycję, za którą nie widać było w krótkiej perspektywie – podstolnej „sałaty”. Teren Doliny Szwajcarskiej jest cenny więc oddanie go w ręce prywatne mogło nieść za sobą niebezpieczęństwo, że wnet zamiast teatrzyku czy pod jego przykrywką powstaną tam np. garaże.

Zdawałem sobie z tego sprawę więc też raczej dążyłem do powołania tam instytucji publicznej  w całości lub przynajmniej w znacznym procencie kontrolowanej przez Władze Miasta. Ale władze miasta interesowały się raczej tymi miejscami, z których dyskretniej jak np. z  pubów powstających w tym czasie na Wybrzeżu Wiślanym, można było prowizje odbierać.  Mijał kolejny sezon zimowy i nic nie  rokowało zmiany. Pozostała kwestia normalnego budżetu Ogródka, który już od pewnego czasu przestał wzrastać, a nawet był ograniczany.

Zatem negocjowałem pieniądze. Śródmiejscy Radni wzięli mnie jednak pod but. Starali się dociec swoimi kategoriami rozumując czemu ja to robię. Jaki mam w tym interes.

krolik

Więc trzęśli się i zmykali. Pilnując tylko bym przypadkiem czegoś nie uszczknął ze strawy. Nie mogąc wprost utrupić imprezy, odmawiano wszystkiego co pachniało komfortem: środków na komisję kwalifikacyjną działająca zimą, jakiejś zwyczajnej pensji – dla mnie jako dla szefa instytucji. Mieli nadzieję, że w końcu zaprzestanę. Czemu zaś to robię nie będą w stanie pojąć do ostatka.  Szczerze mówiąc i ja nie do końca rozumiem sam siebie, a moim dzieciom jeszcze dziś  trudno to wytłumaczyć.

W dniu 11.01.2001 roku odbyło się posiedzenie Komisji Kultury na temat możliwości finansowych Dzielnicy Śródmieście i poziomu dotacji dla  X Jubileuszowej Edycji Konkursu Teatrów Ogródkowych.

Logo Kiliana
Logo Kiliana

Postulowałem 90 tys złotych, co byłoby kwotą dalece niewystarczającą gdyby nie fakt, że miałem już realne podstawy oczekiwać równoległego wsparcia ze strony Gminy Centrum Krzysztofa Marszałka. Zwracałem uwagę na fakt, z którym mało który organizator imprez kulturalnych się liczy. Otóż, że, koszt udziału jednego uczestnika na imprezie IX KTO w 2000 roku wyniósł w zależności od sposobu liczenia około 26 – 38 złotych[1].

Tymczasem koszt obecności jednego widza na spektaklu w każdym warszawskim Teatrze Miejskim po obliczeniu frekwencji, sumy dotacji i przychodu z biletów – to dopłata rzędu 100-200 złotych do widza. W tych samych granicach kosztują Miasto wszelkie jednorazowe imprezy plenerowe. U mnie – zakładając, że w roku 2001 w miejsce ośmiu sprzed roku odbęda sie  przez 14 tygodni po trzy spektakle  tygodniowo czyli 42  ( w rezultacie zorganizuję ich 72 !) imprezy i średnia frekwencja spadłaby z 350 do powiedzmy nawet 150 osób na spektakl  - możnaby i tak  spodziewać się  frekwencji rzędu 6- 10 tysięcy osób. Wstęp jednego widza kosztowałby  Miasto  średnio między 20 a 35 zł !  Trudno więc o Konkursie Teatrów Ogródkowych powiedzieć, co starali się wmówic mi radni, by był imprezą drogą !

Maciej Wojtyszko
Maciej Wojtyszko
Izabella Cywińska
Izabella Cywińska

Bardzo niepokoiła radnych moja fundacja. Powołałem ją wobec faktu, że w dobie przetargów nie można było już dla prywatnej firmę otrzymać zamówienia na realizację mojej autorskiej imprezy. Fundacja to co innego. Dotację mogłem otrzymać ale z kolei   nie mogłem  wykazać żadnego zysku. Zapewniłem zatem zgodnie z prawdą, że zarówno Izabella Cywińska jak i Maciej Wojtyszko, którzy  zasiadali w Jury KTO w latach 1992-1998 , a w tymże 1998 roku zostali powołani do Rady Fundacji „Kultura Tutaj Obecna”  jako członkowie Rady nie uczestniczyli  już w Jury ani nie czerpali żadnych innych dochodów z Konkursu. Zgodnie zaś z § 19 pkt 2 Statutu Fundacji: Członkowie Rady Fundacji nie pobierali też wynagrodzenia z tytułu członkostwa w Radzie.

To był już styczeń 2001. Czas na nawiązanie kontaktu np. z biurami podróży minął w listopadzie 2000. Zaklinałem o nie mitrężenie czasu, o jakiś budżet stały, którego można by być pewnym wcześniej niż na cztery miesiące przed imprezą. Praktycznie uniemożliwiało to pozyskanie dodatkowych sponsorów, którzy zawsze wymagają potwierdzenia zaangażowania głównego inwestora. Przez 12 lat nie dane mi   było od tych  śródmiejskich zająców i królików wyciągnąć podobnej promesy. Summa sumarum skończyło się na 65 tysiącach ze strony Dzielnicy Śródmieście. Sto tysięsięcy dała jednak Gmina Centrum, co pozwoliło uruchomić imprezę. I sfinansować. Tak by wszyscy (poza mną!) zarobili.

Cóż – jakby ktoś w mojej kieszeni siedział. Poczynając gdzieś od tego X KTO na Konkurs Teatrów Ogródkowych dostawałem tyle by nikt nie powiedział, że mi odmówiono dotacji, ale bym sam nie mógł na tym uczciwie zarobić – miano widać nadzieję, że w końcu mi się znudzi.

Rozdz. LXIII – Jubileusz czyli roboty ręczne

CDN

[1] zależnie czy będziemy uwzględniać w wydatkach kwotę nagród czy też nie. (78 000 koszta + 38000 nagrody = 116000 zł / 3000 widzów).

Rozdz. LXIII – Jubileusz – czyli roboty ręczne

poprzedni pierwszy następny

X – KTO to było w istocie szaleńcze przedsięwzięcie. Pamiętam ten moment, jak chwilę poetyckiego natchnienia. Kiedy już zliczyłem pieniądze szedłem Puławską od strony Teatru Nowego z  mieszkania  Andrzeja Radomińskiego, który graficznie program mi projektował. Podążałem  w stronę mieszkającej nieopodal  na vis-à-vis Europlexu Marynki Bersz, której postanowiłem zlecić przygotowanie folderu podsumowującego dekadę. Miał być kolorowy, poręczny, nawiązujący do XIX wiecznej ale też i do mojej dziewięcioletniej już historii. I wtedy powiedziałem sobie:  - żyje się raz. a kto nie ryzykuje ten zdycha. Albo się uda albo niech mnie rozniesie z kretesem. To ma być potężny całosezonowy Festiwal oświadczyłem Marynie – trzymaj miejsce na dwa miesiące zdarzeń.

Festiwal uratował Krzysztof Marszałek. Ale … postawił niełatwe warunki. Powrotu do Lapidarium, które zamknięto po ataku mafii w ’94, a potem  przez pięć lat remontowano. Mówiono nawet o szklanym dachu.

Projekt przeszklenia Lapidarium - 2000

Projekt przeszklenia Lapidarium - 2000

Skończyło się na wchrzanieniu w to piękne podwóreczko ogromnego namiotu, którego dach mierzący   13 m – 8 m pokrywa scenę 8m szeroką i 4m głęboką  oraz 2/3 widowni.

Knajpki, którą prowadził tam Kiliński już nikt nie odtworzył.

Podwóreczko

Podwóreczko Lapidarium

Podwóreczko Lapidarium

Kamienica Smockich - Nowomiejska 6

Kamienica Smockich - Nowomiejska 6

kamienicy Smockich pod 6 i kamieniczki Mirosławskiej przy Nowomiejska 8  w rękach Sebastiana Lenarta ze Staromiejskiego Domu Kultury straciło wiele ze swego wdzięku. Imprezy postanowiono robić tam już tylko w weekendy oferując teatrzykom Ogródkowym niedzielne popołudnia.

Kamienica Mirosławskiej - Nowomiejska 8

Kamienica Mirosławskiej - Nowomiejska 8

Lapidarium jest piękne. Z pewnością teatralnie lepsze od otwartej przestrzeni Doliny Szwajcarskiej, no ale wygnano nas zeń: – F i Jacka Kilińskiego i mnie. Wypchnęli nas urzędnicy, którzy tak strasznie boją się jakiejkolwiek spontanicznej inicjatywy. Odebrano temu miejscu osobowość. Nie zadbano o wygodę widzów. Co więcej w przyległym budynku Kamienicy Gębińskiej przy Nowomiejskiej 10 powstała miła restauracyjka „Na Prowincji”, której okno wychodzi na podwóreczko Lapidarium.

Kamienica Gębińskiej - Nowomiejska 10

Kamienica Gębińskiej - Nowomiejska 10

W czasie spektakli gwar zza otwartego okna dekoncentrował widzów oglądających spektakle podwójnie: raz hałasem, a powtóre faktem, że tam sobie popijają kawkę czy harbatkę, może nawet winko z włoskimi daniami … a my tu musimy kontemplować sztukę o suchej krtani. Najbliższym miejscem, gdzie można było wypić kawę w przerwie między ( jak to zwykle u mnie bywało) dwoma spektaklami, był ogródek u Dekerta na Staromiejskim Rynku. Tam jednak naparstek świetnego włoskiego espresso kosztował drożej niż na Champs-Élysées nie mówiąc o Fontannie di Trevi. Nie na kieszeń miłośnika teatru.

Szefowi Staromiejskiego Domu Kultury sprawującemu urząd nieprzerwanie już lat dwadzieścia  oczywiście ani w głowie było dogadywać się z knajpiarzem, generować mu zyski, uruchamiać sprzedaż kawy choćby przez okno. Podnosić komfort zdarzenia.

Sebastian Lenart

Sebastian Lenart

Sebastian Lenart rozumie, że impreza nie jest dla ludzi lecz dla sprawozdań i urzędników i tego, co oni w  te wykazy włożą.

Zatem Pan (Marszałek) każe, sługa (Kijowski) musi. Marszałek uzależnił dotację w wysokości 100 tysięcy złotych od tego bym powrócił z Konkursem do Lapidarium. Ja przejęty już byłem tworzeniem genius loci Doliny Szwajcarskiej. Po namyśle stwierdziłem jednak, że dobrze położone w centrum miasta Lapidarium będzie Doliny Szwajcarskiej miejscem znakomitej promocji.

Poniedziałki były tradycyjnie dniami konkursowymi. Postanowiłem utrzymać je w Dolinie, w niedzielę zapraszając zespoły do Lapidarium na rodzaj sparingu przed staromiejską publicznością. Po raz dziesiąty zaprosiłem zatem do Warszawy scenicznych profesjonalistów, którzy wiedzą, że latem w Warszawie jest świetna publiczność  oraz mnóstwo złaknionych kulturalnych sensacyj – piór, mikrofonów i kamer !

Od 1 lipca do 27 sierpnia  obiecałem powracać w niedziele do staromiejskiego Lapidarium, gdzie się Konkurs narodził i występować  w  poniedziałki przed Jury w Dolinie Szwajcarskiej, którą Konkurs Teatrów Ogródkowych odtwarzał.

Nagrody: fundowane przez  Gminę Warszawa-Centrum i Dzielnicę Śródmieście przyznać miało niezmienne od trzech już  lat jury z Barbarą Borys-Damięcką, Stanisławem Górką, Adamem Kilianem i Dorotą Wyżyńską.

Poza spektaklami konkursowymi we wszystkie pozostałe dni tygodnia, łacznie nawet z niedzielą, gdy pokaz prezentowałem w Lapidarium – w „Dolinie Szwajcarskiej” zapowiedziałem  występy dodatkowe. Słowem normalny  TEATR LETNI,  na którego repertuar składały się powtórzenia występów prezentowanych w konkursie, a także prezentacje zaproszonych gości głównie z grona dotychczasowych laureatów festiwalu.

Jak zawsze zapewniałem jedynie  zwrot kosztów benzyny przejazdu zespołu  (samochodem) i nocleg w jednym z tańszych stołecznych hoteli. Dochód z biletów w całości natomiast przekazywałem  występującym. I to było ich całe honorarium. Czapka – jak za Moliera !

Sam zająłem się organizowaniem Doliny.  To miało być już przecież codzienne zdarzenie. Codzienne, z zabezpieczeniem dla publiczności, z jakimś rodzajem garderoby, z toaletami etc. – Oczywiście najprostszym rozwiązaniem wydawała się współpraca z kawiarnią. Tak jak to było na Mariensztacie byłem skłonny umówić się z jakimś restauratorem, zdobyć dlań wszystkie zgody i pozwolenia, byle tylko on z kolei zadbał o krzesła i stoły, jakąś sensowną podłogę dla publiczności i dachy nad głowami, garderobę, toalety, wreszcie nocną ochronę. Tylko tyle.

Ale jakoś nikt się nie kwapił do tej roli. Nikt nie wierzył, że ludzie zaczną ściągać do Doliny Szwajcarskiej.  No i przede wszystkim – każdy pytał o piwo. Zaczynała się rozmowa ślepego z głuchym. Ja zasadniczo nic przeciw piwu nie miałem. „Tu polskie piwo, pijemy żywo” napisałem wszak jeszcze na Mariensztacie z nadzieją, że mi się za to „Żywiec” zrewanżuje. W Dolinie na VIII KTO funkcjonował barek i jakiś układ z Browarem Warszawskim. Na dziewiątym ? Szczerze mówiąc nie pamiętam. Spektakle odbywały się raz w tygodniu. Chyba w ogóle temat gastronomiczny sobie odpuściłem. No ale teraz coś należało zrobić. Lecz wszyscy do unudzenia pytali o piwo. Troszkę się go obawiałem. Wiedziałem, że drogo sprzedawać nie mogę, więc jeśli w istocie samo piwo zacznę serwować w Dolinie przekształcę teatrzyk w tani browar. Piwo tak, proszę bardzo ale tylko droższe, elegantsze. Jakiś Guiness czy Heineken.

Ale przecież można podawać lody, herbaty w stu smakach, wreszcie „napój dionizyjski” czyli szprycer: białe wino przemieszane z wodą, z dodatkiem lodu i cytryny. Zawsze zresztą, jeszcze od czasu Dziekanki dbałem by taka ambrozja pojawiła się  przynajmniej na stole jurrorów.

Zmieniał się już styl ogródków. Gdy zaczynaliśmy w Lapidarium plastykowe krzesełka, które nb. wstawiła Jackowi Kilińskiemu Coca-Cola zdawały się szczytem komfortu. Teraz na ulicach pojawiłu się już piękne kute ogrodzenia. Solidne drewniane ławy. Wszystko z browarnych zasobów.

Bogaciła się ogródkowa Warszawa. Z drugiej strony swoje apogeum przeżywały Ogródki nad Wisłą. Uruchomione jak mnie pamięć nie myli po raz pierwszy w 1999 roku stały się na trzy, cztery  sezony autentycznym hitem letniego  życia w Warszawie. Byłem jedną z pierwszych osób, która ich powstanie dostrzegła. Temat ogródków był mi zresztą znany od czasu Barki Wolskiego, który w 1994 roku uruchomił jedno z pierwszych takich miejsc.

Władze Warszawy z Zarządem Terenów Publicznych trudno było do czegolokwiek przekonać jednak  nurty rzeki jak się okazuje nie im lecz ministerstwu żeglugi podlegają. Stąd – po czterech latach szaleńczej ekspansji ogródków piwnych nad Wisłą w latach 1998-2002 – z nadejściem Lecha Kaczyńskiego uśpiono wszystko. Ocaleli tylko właściciele dwóch barów, którzy koncesją dysponowali od czasów komuny i ci, którzy dorobili się na tyle by zainwestować w barki. Przybyło ich zatem i do dziś podległe Krajowej Inspekcji Wód wodne oazy są jedynym miejscem wolnej zabawy dla Warszawiaków.

A ludzie zabawy potrzebują. Kultury też i to bardziej niż piwa. Nie docierała ta prosta prawda do właścieli kawiarń. Niestety, osoby pokroju Jacka Kilińskiego nie rodzą się w tym fachu na ulicy. Negocjowałem i z profesorem Andrzejem Bliklem i to parokrotnie i z synem jego – też  bezskutecznie. Nawet w ich supermarketowej elegancji nie mieściła się moja wizja. Czy naprawdę przyjdzie mi kiedyś wreszcie kontynować Teatrzyki w jakiejś Handlowej Galerii ?  Skrzydło w skrzydło  z basenem. Gdzieś podle kaplicy katolickiej, między McDonaldem a Synagogą, gdy wszystkie świątynie już w samych Marketach pozamykają ?  Trudno powiedzieć. Chrystus wyganiał przekupniów ze Świątynii, co ma jednak zrobic z kapłanami, którzy swą wiarę hurtem w galeriach przeceniają ?

Na razie jednak zostałem z jedną Panią Anią, jej znajomą parą kelnerów, którzy wpadali do mnie po południu dorobić. Stańczyk z Casa Valdemar także w Dolinę nie wszedł. Acz zachował się bardzo dżentelmeńsko. Z własnej wiejskiej posiadłości pożyczył mi nieodpłatnie  kilka potężnych drewnianych ław do siedzenia i  ogromne stoły. To był taki jego aport na poczet mojego mało prawdopodobnego sukcesu.

Zatem Ogródek w Dolinie Szwajcarskiej zmieniał się po raz kolejny. Nic sensownego nie wynikło z negocjacji z architektami zrobiłem więc wszystko sam i na zielono. Nie dało się już postawić frontu z Mariensztatu.

Teatr w Dolinie Szwajcarskiej 1999

Teatr w Dolinie Szwajcarskiej 1999

Zresztą znudził się on już i zużył. Nad sceną od Witka Szymańskiego rozpostarłem dach o wymiarach 5.3 m. na 5.3. Dach był zielony. Miał osiem nóg. Jedna kolumna wypadała zatem równo na środku sceny. Maciej Sarapata z firmy Bossar  bronił tej nogi jak niepodległości. Twierdząc, że jest ona zgodna z ISO i bez niej to on w ogóle za nic nie odpowiada. Nie trzeba mówić jak do tej kolumny odnieśli się aktorzy. Jeszcze na pierwszym spektaklu jakoś to zniesiono. Potem z pomocą Mirka Wróblewskiego dokonaliśmy oficjalnej amputacji nogi przedniej w taki jednak sposób, by można ją było przy znośnych warunkach atmosferycznych wyjmować na czas trwania spektaklu, a potem na cały czas, gdy namiot pozostawał narażony przez całą dobę na wiatry i deszcze – z powrotem wstawiać.

Teatr w Dolinie 2001

Teatr w Dolinie 2001

Nabyłem także dziesięciokątne altany dla publiczności. Trzy, a w każdej mieściło się przeszło 30 osób. Teren ogrodziłem w sposób najprostszy. Zleciłem mianowicie  znajomemu ślusarzowi w Nurze pocięcie prętów zbrojeniowych. Kazałem zaostrzyć sztyce, dorobić im uszka, a przez uszka przeplotłem stokilkadziesiąt metrów ozdobnej liny. Kosztowało grosik. Z tym wszystkim zwróciłem się do firmy „Gardenia”, w której imieniu działający Marcin Radzymiński przystroił mi ogródek jak potrafił. Ozdobił sztucznym kwieciem front sceny, w otwory altany wprowadził siatkę na ptaki, która miała ( ludziom kulturalnym rzecz prosta i delikatnym) bronić wejścia, jednocześnie przepuszczając wiatr i  służąc za stelarz dla kompozycji kwietnej. Nad sceną  ułożyliśmy girlandy. Ba, girlandy były nawet wokół, także z drutu zbrojeniowego wykonanej, wygiętej  w kształt łuku atrapy wejściowej bramy.

Pomyślałem  też o podłogach. Miałem wciąż w oczach sytuację z dziwiątego ogródka, gdy  w czasie deszczu publiczność z jurorkami na czele była wprawdzie zabezpieczona przed opadem pod białą ogródkową altaną z supermarketu, jednak woda zaczęła spływać po gołej ziemi tworząc błoto pod nogami. Patrzyłem jak Basia Borys-Damięcka z  Zosią Kucówną i Dorotą Wyżyńską niby gęsi nad brzegiem stawu podkulają nogi. Było mi wtedy wstyd. Chcąc podnieść komfort oglądania spektakli u zaprzyjaźnionego od czasów Mariensztatu stolarza pana Maciej Polniaka zamówiłem do  namiotów klasyczne podłogi. Był to spory wydatek więc deski w wejściu uzupełniałem zdobytymi w jakimś magazynie panelami transportowymi, po których publiczność przekraczała ogródkowe progi.

Znałem już nieco opadające w dół ukształtowanie terenu Doliny i kazałem … kopać fosy. Tak by deszcze jak najmniej szkodziły publiczności.. Istota mojego teatru sprowadzała się zawsze do dbałości o widza. Nie dbałem  o architekta, który musi zarobić, ani scenografa, pragnącego zaspokoić swą próżność, ani nawet aktora w swoim pojęciu (szczególnie w plenerze) zstępującego z parnasu ku gawiedzi. Interesował mnie tylko  widz.  Oby jak najlepszy ale tak naprawdę każdy był świetny, skoro zechciał nas odwiedzić. I on w Ogródku  był zawsze hegemonem. To jemu należy się szacunek, to on swym patrzeniem teatr stwarza.  Ale  też jego stwarza – tak jak stworzyła mnie w Marina do Palermo – aura otaczającej go przestrzeni.

Było więc wejście, fosa, podłogi, altany dla publiczności, garderoba dla aktorów pod zasłoniętym ścianami namiotem, który jeszcze rok temu rozpościerał się nad sceną. Kupiłem też wreszcie pianino. Nie często dotąd bywało potrzebne ale zdarzało się. Do dziś pamiętam moje zażenowanie, gdy jeszcze na I KTO w Lapidarium nie sprawdziłem dokładnie wymagań technicznych zespołu i nagle na dwie godziny przed spektaklem okazało się, że nie mamy instrumentu. Uratowała mnie wtedy śp. Ewa Janowska z Wydziału Śródmiejskiego zorganizowawszy transport jakiegoś pianina z pobliskiego SDKu od Sebastiana Lenarta. A transport pianina jak wiadomo to rzecz nie prosta. Czterech ludzi, laweta, pasy – potem stroiciel. W sumie niebagatelny też koszt. Częściej potrzebowałem instrumentu na Mariensztacie, gdzie wymyśliłem sobie muzyczne intermedia. Zaczynały się już wówczas wyższej klasy keybordy ale były bardzo drogie. Tak drogie, że jak czytelnik pamięta Teatr Rampa, który taki instrument posiadał nie zdecydował się go użyć w deszczu.  Umówiłem się potem z panią Starczewską, dyrektorką pobliskiego słynnego pierwszego społecznego liceum na Browarnej, która za jakąś symboliczną wpłatę na konto fundacji szkoły zgodziła się udostępniać mi w trakcie wakacji szkolne pianino.

W Dolinie Szwajcarskiej było gorzej, żadnej szkoły w pobliżu. Za to elektroniczne pianina już się zaczynały. Wynajmowaliśmy je czasem, niektórzy akompaniatorzy na czele z Aldoną Krasucką towarzyszącą jak pamiętam występowi Mańka Opani już dysponowali swoimi. Teraz, wiedząc, że Grupa Teatralna Pod Górkę zbiera się do częstego u mnie grania musiałem dostarczyć Zbyszkowi Rymarzowi instrument. Ten zarzekał się wprawdzie, że w życiu nie zagra na „zdechłym kocie” lecz zgodził się w towarzystwie Mirka Wóblewskiego, który w Stanie Wojennym zjadł zęby na handlu takim sprzętem udać na Plac Konstytucji ocenić elektroniczną Yamahę z dynamiczną klawiaturą i pedałem, którą Mirek polecał.

Zbigniew Rymarz

Zbigniew Rymarz

Więc Rymarz jak trup blady siadł przy klawikordzie

i z wolna jął próbować akord po akordzie.

W sklepie zapadła cisza. Zbyszko grał jak z łaski.

Gdy skończył wszyscy wstali. Zabrzmiały oklaski,

a  muzyk – rzecz niezwykła oddał hołd technice.

Brzmi bosko. Kupuj acan. Grać się nie powstydzę…

I tak stałem się posiadaczem elektronicznego pianina, marki Yamaha, które było świadkiem niejednego wielkiego zdarzenia. Klawiatura ta posłuży wszystkim najwybitniejszym akompaniatorom warszawskim: Krzysztofowi Paszkowi i Januszowi Tylmanowi, Andrzejowi Połonczyńskiemu i Zbigniewowi Majchrzakowi, Irence Kluk-Drozdowskiej i wspomnianemu Rymarzowi. Zresztą kto na nim nie grał. Tylko Kamka z Emką, roztańczone córeczki moje, które myślałem przy jego pomocy umuzykalnić nie zechciały poddać się tej kosie.

Stworzyliśmy też w Dolinie kawiarenkę. Jako, że żaden poważny biznesmen nie chciał się zaanagażować wzięła się za nią w rezultacie wspomniana pani Ania z przyjaciółmi. Na piwo z dystrybutora uparcie zgodzić się nie chciałem obstając przy winie z wodą nazwanym przez nas  napojem dionizyjskim. Jeszcze pomocą Amiry i Matiny Bocheńskich, córek Małgosi, które mi wtedy pomagały – wymyśliliśmy parę greckich nazw.

Menu teatralne w "AnTraKcie"

Menu teatralne w "AnTraKcie"

Jakąś ambrozję, coś było teatralne, aktorskie, bywał też jakiś dramat z grilla. Wszystko kręciło się na niby. Po pierwsze i ostatnie nie mieliśmy bieżącej wody. Pod Doliną znajduje się jedynie tzw. ogrodowa hydraulika. Jeszcze gorzej było z odprowadzaniem nieczystości. Najbliższa studzienka to  też tylko tzw. burzówka, a  znajdowała się o kilkadziesiąt metrów  na końcu trawnika. I to był prawdziwy powód, dla którego ewentualna kawiarenka, taka co przyniosłaby jakiś realny dochód wymagała znacznie większych inwestycji. Owszem na wolnym powietrzu można uzyskać jednorazowe koncesje na piwo w plastyku, ale to groziłoby opanowaniem ogródka od przedpołudniowych godzin  przez towarzystwo, które mogłoby zniszczyć elegancki charakter miejsca.

Samo piwo rzecz jasna mi nie przeszkadza podobnie jak wino. Chodzi tylko o to by było elegancko. Dążyłem więc do tego by wino było bardzo tanie, stosowne dla inteligencji, piwo droższe by nie ściągało szerszych rzeszy. W rezultacie kawiarenka istniała nie tyle dla dochodu, co dla komfortu bywalców. Starałem się to wszystko w miarę zalegalizować. Częściowo się udało. Koncesję na piwo mógłbym mieć ale nie chciałem. Na wino już nie bo to w Polsce alkohol „twardy” – traktowany jako wysokporocentowy. Paranoia !  Zarząd Dzielnicy wyraził jednak zarówno zgodę na nieodpłatne użyczenie kilkuset metrów Doliny mojej Fundacji na działalność kulturalną jak i na wynajęcie kilkunastu metrów mojej prywatnej firmie Media ATaK na działalność gastronomiczną. Za to naturalnie musiałem już zapłacić. Dogadałem się nawet z Sanepidem tak, że summa sumarum w Dolinie legalnie sprzedawaliśmy z dystrybutora Coca-Colę-Fantę-Sprit. Herbatę. Świetne espresso. Jednorazowe lody z Zielonej Budki. A do napoju dionizyjskiego czyli woda z cytryną zaprzyjaźnieni dostawali łyk białego wina.  Ot, przekręt po polsku ale à rebours. Zwykle wszakże czegoś nie dolewają. Bardzo po cichutku zezwalałem też by sobie kelnerzy dorobili sobie sprzedając spod lady –  lecz jedynie najlepsze (Heineken, DaB czy Carlsberg) – markowe piwo.

Kawiarnia zatem specjalnego dochodu nie przynosiła. Chyba nawet nie pokryła kosztu wynajmu powierzchni. Jednak jej formalne przynajmiej  funkcjonowanie od 10 rano do 10 wieczorem pozwalało obniżyć koszty dozoru. Panu Henrykowi, który przybywał z Ursusa by pilnować ogródka nocą musiałem płacić więcej niż kelnerce, która zastępowała go rano.

Pomyślałem też o reklamie. Dotychczas kombinowałem jak umiałem. Teatry ( nawet Mały kierowany przez zaprzyjaźnionego ojca chrzestnego mojej córeczki Emilki –  Pawła Konica) nie bardzo chciały udostępniać nam swoje gabloty choć te świeciły pustakami w czasie wakacji. Jednak przez kilka sezonów wykorzystywałem przeszklone, a porzucone przez przekształcających się właścicieli panele reklamowe  stojące naprzeciwko  Hotelu Forum w alejach Jerozolimskch w przesmyku prowadzącym do apteki przy ul. Przeskok. Wieszałem tam na cały sezon plakaty. W końcu je jednak zdemontowano. Odkryłem za to, że przy dawnym ZBOWiDzie na rogu Alej Ujazdowskich i Pięknej były też dwie przeszklone gabloty całkiem zapomniane.  Już na IX KTO udało mi się jedną z nich wynająć. Teraz postanowiłem zwiększyć reklamę. Nawiązałem kontakty z Warexpo. Szczerze mówiąc również nie do końca formalne. Ustaliłem, że część słupów naczele z wielkim stojącym przy aptece u zbiegu Świętojerskiej i Freta, spadły z jakiejkolwiek ewidencji. Nawiązałem konrakty z Gildią eksplorującą biznes pokątnego plakatowania i stawaliśmy się coraz bardziej widoczni.

Oczywiście najważniejsza jest  jednak reklama w najbliższej okolicy. Zatem między wielkimi drzewami od strony Chopina rozwiesiłem gigantycznych rozmiarów baner reklamujący kawiarenkę. Antrakt-na-drzewachWłasnymi rękami zbiłem też (z płotków ogrodowych dostępnych w Castoramie) pierwszą tablicę ogłoszeniową, która stanęła u wrót doliny. X-KTO-tablicaObit Gardenia – theatrum natus est.

Moją ambicją było by opracowany przez Marynkę Bersz, najpiękniej jak umieliśmy,  skomponowany graficznie przez Andrzeja Radomińskiego folder jubileuszowy wydany został tym razem już na start ogródka, podobnie jak plakat. Wszystko się udało.

Pod koniec czerwca w siedzibie PAI przy Bagateli zorganizowałem konferencję prasową z udziałem Piotra Foglera i Basi Borys-Damięckiej z Jury. Zaprezentowałem folder i plakat z 60 dniowym repertuarem. Ruszyło…

Rozdział – LXIV Trudna Rocznica

CDN

Rozdz. LXIV – Trudna Rocznica

poprzedni pierwszy następny

Małżonkowie wiedzą, że to trudna rocznica. Okrągła, jeszcze młoda, a już zębem czasu kąsana. Po siedmiu latach należy wszystko zmienić, po dziesięciu ocenić czy to na coś się  zdało. Po siedmiu latach powiedziałem sobie – Dolina Szwajcarska! Powiedziałem Letni Festiwal Ludów Europy na wolnym powietrzu w Warszawie.

Ogłosiłem również ideę teatru będącego miejscem spotkania. Powiedziałem, że sztukę robią dziś twórcy filmowi, telewizyjni, pewnie internetowi – tam są pieniądze, tam są współczesne tworzywa i tam liczna publiczność. Ale ta publiczność medialna, blogosfera,  wirtualny czytelnik książek z e-booka, czy filmu z DVD, potrzebuje czasem wyjść na świeże powietrze, zdjąć słuchawki, oderwać się od monitora,

Spektakle Obywatela Genewskiego

Spektakle Obywatela Genewskiego

znaleźć się wśród podobnych sobie.

Zatem: „Nie gódźmy się na ekskluzywne widowiska przeznaczone dla garstki ludzi, którzy zamykają się smutnie w ciemnej spelunce i trwają zamknięci i nieruchomi w ciszy i bezczynności [...] Nie ludy szczęśliwe, nie dla was takie zabawy! Na pełnym powietrzu, pod gołym niebem powinniście się gromadzić i rozkoszować poczuciem własnego szczęścia.”[1] Tak pisał J.J.Rousseau dwieście lat temu, gdy sztuka z kościołów, dworów i placów zamierzała się wymknąć ku dziewiętnastowiecznym Posłannictwom.

Oczywiście nigdy się to w pełni nie udało. Właśnie Dolina Szwajcarska była jednym z przykładów trwania idei antycznego festiwalu, średnowiecznego miraclu, renesansowego karnawału. Właśnie europejskie schweizertale, gdzie grano i śpiewano – niosły jedność sportu i gry ( sport und spiel). I tak jak niegdyś między grecką Świątynią i Stadyonem, sytuowały teatr między ślizgawką, czy kortem tenisowym a estradą.

Nic dodać! Tylko tworzyć to miejsce spotkania, dzięki któremu poznaliście się Państwo. Wy którzy wolicie Dolinę Szwajcarską i jej spektakle od eklektycznych występów w teatralnej sali. Wy, którym lepiej smakuje dionizyjskie wytrawne wino od piwa z pikniku. Poznaliśmy się też my, którzy chcemy by Warszawa ożyła latem. Nic bym nie zrobił, gdyby nie Samorząd, a w nim konkretni ludzie, którzy ponad podziały administracyjne i polityczne dbali o kulturę naszego Miasta.

Piotr Fogler i Piotr Królikiewicz pomagali mi jeszcze w Warszawskim Sejmiku – a potem w Dzielnicy Śródmieście. Pewnie mogli więcej ale nie szkodzili. Przynajmniej do czasu. Wspierali mnie Jan Rutkiewicz jako burmistrz i Marek Rasiński jako Dyrektor Środmieścia i Andrzej Hagmajer w Województwie. Potem mogłem  liczyć na Miejskie Biuro Planowania, któremu szefował Rutkiewicz wydając bardzo pozytywną opinię nt. możliwości uzyskania warunków zabudowy teatralnej dla Doliny Szwajcarskiej.  Wspomagał Konkurs dalej Marek Rasiński jako Starosta Powiatowy i Andrzej Hagmajer, który kierował kulturą w tym krótkotrwałym i dość surrealistycznym dowodzie na atrofię idei samorządności jaką było uczynienie z Warszawy Powiatu Grodzkiego. Starał się jak mógł i zapewniał skromne ale zawsze,  wsparcie tzw. Starostwa Powiatowego m. st.  Warszawa.

Zrobiłem za mało. I myślę, że z mądrzejszymi ludźmi można było więcej. Jednak nic bym nie począł bez radnych z Terasą Stankową na czele. Nie byłoby Doliny bez głosu Janusza Rosy i pióra Krzysztofa Gąsiorowskiego, a niejednej imprezy bez wsparcia Sebastiana Lenarta ze Staromiejskiego Domu Kultury.

No i jak już kilkakroć podkreślałem nie byłoby ani jednego plakatu, ani jednego folderu i w ogóle niczego co profesjonalizmem oprawy trąci, gdyby nie systematyczna, zwiększająca się z roku na rok pomoc Gminy Centrum. Gminy i Dyrektora Krzysztofa Marszałka, który wywalczył odbudowanie Lapidarium i dzięki, któremu moje marzenia o Warszawie jako letnim Avignonie czy Edynburgu centralnej Europy  w roku  2001 – Jubileuszu 10 lecia Konkursu zdawały stawać się ciałem.

To Gminie Centrum bowiem zawdzięczałem w tym roku znacznie niż dotąd poważniejsze środki. I fakt, iż Warszawski Festiwal Teatralny, Letnie Spotkania Teatralne, Festiwal Wisła Żywa, Festiwal Artystyczny Ogrody Frascati czy jak tam Państwo nazwać zechcecie  coraz bogatszy i coraz lepszymi imprezami otoczony – Festiwal Teatrów Ogródkowych- nie jest już dziś  w 2009 roku  tylko moim dziełem i moim jedynie teoretycznym marzeniem – lecz zaistniał. I właśnie od wtedy.

Idei Wielkiego Warszawskiego Letniego Festiwalu, wciąż w to jakoś wierzę,  nie da się wymazać z mapy zdarzen kulturalnych Warszawy. Nie zdołają go też ośmieszyć prowincjonalne naśladownictwa jakichś ArtParków. Ta idea jest  jest przecież wspólnym  dorobkiem wszystkich Wymienionych i Niewymienionych.  To  żywy konkret: artystycznych letnich weekendów w Lapidarium lat 2002-2005 .  Codziennych w lipcu oraz w sierpniu występów teatralnych w An-TraKcie – kawiarni artystycznej Doliny Szwajcarskiej. Potem zaś  w latach 2005-2006 także tłumnych spotkań  w Ogrodach Frascati.

Folder-X-KTO-Recto

Folder-X-KTO-Recto

Folder na X KTO  wyszedł znakomicie. Było oczywiście parę błędów. Jak brak nazwiska Kucówny (mimo zdjęcia) wśród

Folder-X-KTO-Recto

Folder-X-KTO-Verso

wszystkich jurrorów, wstęplowywaliśmy je potem pracowicie. Czy przepiękna literówka <pr”e”fesjonalne>  zamiast  <pr”o”fesjonalne>, gdy we wstępie pisałem o fachowych wreszcie wydrukach.

Folder wydrukował pan Jacek Juchniewicz. A właściwie państwo Juchniewiczowie, gdyż on i jego Pani Ela staną się przez najbliższe trzy lata czasami doprawdy jedynym oparciem ogródka.

Juchniewicza poznałem przez Andrzeja Radomińskiego jako drukarza. Nie do końca to jednak okazało się prawdą. Pan Jacek związany od zawsze z edytotorskim światem okazał się mistrzem optymalizacji ceny – tak bym go nazwał. To znaczy nie taniochy bynajmniej lecz tego by za minimalną cenę uzyskać maksimum efektu. W zasadzie zaczęło się od programu na X KTO zrealizowanego przez Andrzeja Radomińskiego. Skład realizowałem po staremu u Pani Ani Jedlińskiej  i Janusza Wójcika w „Cezanie”, jednak Juchniewicz okazał się bezkonkurencyjny w poszukiwania dobrych, a  nie drogich firm drukarskich.

Ale nie tylko. Jakoś tak wraz ze ze swoją panią Elą przylgnęli do mnie. Sponsora (była bodaj mowa o Dilmahu) znaleźć się nie udało ale wciągnął ich mój szał. Po wydrukowaniu programu zaczęła się jego dystrybucja. Umówiliśmy, się że ich firma podejmie się sprzedaży biletów ( co mogłem symbolicznie honorować) a także wspólnie wyprodukowanych programów które zaczęliśmy rozprowadzać  po 8 zł, a potem po -  7, 6, 5,  spuszczałem cenę z tygodnia na tydzień. Państwo Juchniewiczowie próbowali sprzedawać jakieś swoje gadżety drukarsko-reklamowe,  zainwestowali w kartki pocztowe. Wydrukowaliśmy ich pięć z pięknymi zdjęciami dawnej doliny, z pamiątką X KTO i Ludwiką Zimajerką.

I tu zaczęliśmy się przekonywać o przeczącej  logice odmowie ogródkowej publiczności na ponoszenie jakichkolwiek dodatkowych opłat. Za bilety płacono. Po dziesięć złotych.  W miarę przybywania widzów , gdy brakło już krzeseł wprowadzałem wejściówki po 5 zł. Pamiętajmy, że impreza cały czas obywała się bez honorariów aktorskich. Zwracałem przejazd i transport, a w miejsce honorarium była cała ‘kasa’ zebrana od widzów. Sam nie brałem nic, a aktorzy mieli jeszcze nadzieję na dużą nagrodę. Więc inwestowali: jak w TOTO LOTKU. Widzowie więc bilety kupowali, kawka, piwko,  proszę bardzo ale nie poszło pół pamiątkowej kartki, ćwierć gadżetu.

Jacek Juchniewicz

Jacek Juchniewicz

Juchniewiczowie byli zszokowani ale  trwając przy mnie dzień w dzień – powoli stawali się ludżmi teatru. Wkraczali w towarzystwo. Ona flirtowała z aktorami, on ( a temperament ma Pan Jacek kresowego szlachcica) rwał się do szabli. On śpiewał z Rosjankami – ona  zwijała manatki.

pani Ela

pani Ela

Rozbiliśmy wszak rodzaj biwaku w samym centrum miasta. Kilometr od URMu spod, którego podjeżdżał czasem do mnie  rządową Lancią  Jędrek Urbański – świeżo upieczony minister ,

A Pan Dyrektor to taką nową bryką pewnie z tego ogródka wyjedzie, sputała mnie Pan Jacek w chwili rozmażenia widząc mnie setny pięćdziesiaty dzień na nogach...

- A Pan Dyrektor to taką nową bryką pewnie z Ogródka wyjedzie? Spytał Pan Jacek w rozmarzeniu widząc mnie pięćdziesiaty dzień na nogach...

podsekretarz stanu czyli  doradca premiera Jerzego Buzka do spraw polityki informacyjnej (2000-2001).     Nie on jeden.

Rozdział LXV O Kaliszu, Buzku i Bluszczu z Legnicy

CDN


[1] J.J. Rousseau   List do pana  d’Alamberta o widowiskach , w: Umowa społeczna i inne rozprawy, przełożyła W. Bieńkowska, Warszawa 1966, s.482

Rozdz. LXV – O Kaliszu, Buzku i Bluszczu z Legnicy

poprzedni pierwszy następny


Nie zapomnę tego ranka na Długiej, gdzie spędzałem samotnie lato. Nagle dzwoni telefon.

– Czy to pan Kijowski ?,  pyta głos w słuchawce.

-  Czym mogę służyć ?, odpowiadam  przytomniejąc (pora była tak bardziej urzędnicza, parę minut po ósmej – pewnie już od czterech godzin spałem…).

- My tu wiecie, dzwonimy do Was z Zarządu Warszawskiego SLD w sprawie spotkania ministra Kalisza z młodzieżą w Dolinie Szwajcarskiej. Przytkało mnie.  Jeszcze nie wiem czy to sen czy mara przypominająca czasy, gdym w latach 70 tych wybrał sie raz z polecenia mego promotora Krzemienia do budynku KW przy Chopina, a tam mnie Towarzyszem tytułowano.

- Jakie spotkanie, pytam, o której ?

- O siódmej wieczorem, słyszę w słuchawce.

– Zaraz zaraz, o siódmej wieczorem istotnie jest spotkanie w Dolinie Szwajcarskiej  ale publiczności warszawskiej z aktorami z Legnicy  występującymi w Konkursie Teatrów Ogródkowych.

– No właśnie, właśnie. Słyszę. - I pan Minister Kalisz wybiera się na spektakl spotkać się z naszą partyjną młodzieżą. Chcielibyśmy zarezerwowować 20 zaproszeń. Zbaraniałem. Nie muszę ukrywać, że ta opcja polityczna nie należy do mych ulubionych. Jednak noblesse oblige. Co by nie mówić, trudno obrażać Szefa Kancelarii urzędującego prezydenta nawet jeśli nie tylko nań nie głosowałem lecz nawet pracowałem w konkurencyjnym sztabie.

Prawda, powiadam jednak ja pierwsze słyszę o spotkaniu, a ponadto spektakle są płatne. Jednak naturalnie – zreflektowałem się mówiąc - dla Pana Ministra będzie czekało dwusobowe zaproszenie.

A ile kosztują bilety ? Podałem sumę,  usłyszałem westchnienie i byliśmy umówieni.

Ja w szoku. Szybko zrobiłem wyliczenie. Teatr Ogródkowy pierwsze wystawienie miał w czwartek 23 lipca 1992 dziś jest poniedziałek 23 lipca 2001 – równe dziesięć lat. Niezauważona rocznica. A tu – po chwili zrozumiałem, oczywiście kolejna kampania wyborcza się kroiła. Przed rokiem Kwaśniewski 8 X – wygrał uzyskując (53,3%) i po raz drugi został obwołany prezydentem. Za dwa miesiące – 23 września 2001 roku, w trzy tygodnie po moim X ogródku będę sobie siedział w Ołtarzach, Jacek Kuroń zaprosi mnie na 25 lecie powołania KORu. Ale nie pojawię się u Mirka Chojeckiego w przeddzień wyborów, w których ostatecznie i na lata oddamy władzę. Na własne żądanie. A czemu ?  -  Chociażby – temu.

Zbudzony przez służby Kalisza natychmiast zadzwoniłem przecież do mojego grubego ministra -  doradcy premiera Buzka ds. polityki informacyjnej. Mówię:

-  Andrzej, SLDowcy z Kaliszem robią kampanię u mnie w ogródku, przyjdź, a może byś i premiera sprowadził.   Ty jesteś prawie tak samo ciężki jak Kalisz,  a może kiedyś nawet Sekretarzem zostaniesz Stanu. Uczcimy moją X okrągłą i jakoś przełkniemy tę kaliską żabę.

Ryszard Kalisz na X KTO

Ryszard Kalisz na X KTO

Ale gdzie tam !  Minister Urbański mój  teatrzyk miał zawsze za produkt niszowy. Lubił  nawet wpaść do mnie  po godzinach ale absolutnie nie doceniał politycznego wpływu tej imprezy. A tamci…Widz do widza, fotka do fotki – uzyska SLD ostatecznie  41,04% we wrześniowych wyborach.  Głosy zyskiwali wszędzie – nawet na moim ogródku. – Nie powiem by mi nie pochlebiło.

Piętnaście minut przed spektaklem stacza się jak pączek w maśle ubrany po cywilnemu Minister Stanu w krótkim rękawku. Wychodzę mu naprzeciw z zaproszeniem jak na dyrektora przystało. Wita się grzecznie i … ze schodków Doliny Szwajcarskiej wygłasza krótki wykład do otaczajacej go młodzieży nt.: magicznego zakątka Warszawy, tradycji teatrów ogródkowych i moich X letnich zmagań. Myślałem, że wypiórkuję ! Następnie otrzymawszy dwuosobowe zaproszenie odliczył otaczającą go trzódkę, wyciągnął portfel i wysłał asystentkę do kasy ze stówką czy dwiema by kupiła dwadzieścia parę biletów. Skonstatowawszy, że nie sprzedajemy piwa,  innego hundejbina  pchnął po krzynkę browaru do pobliskiego sklepu i jak na  barona ( z SLD) przystało -  rozsiadł się w tylnych rzędach w otoczeniu grona młodzieży.

Kalisz z Bluszczem

Kalisz z Bluszczem

W trakcie spektaklu śliczna asystentaka wywierała na mnie presję wszelaką bym może jednak jakoś tak przywitał albo pożegnał,  słowem – zauważył obecność pana ministra.  Nie przeszło mi to przez gardło ale jednak ujęli mnie na tyle, że gdy już po brawach zbierali się oddalić podpowiedziałem emablującej mnie  asystentce by po prostu z własnej inicjatywy udał się Pan Minister do namiotu – garderoby by podziękować aktorom. Trzeba było widzieć jak panienka gnała, jak Kalisz posłusznie wykręcił pirueta, jak to się z wokół Przemka Bluszcza oplatali, a fotografowali…

Gdy w rok później jeżdżąc przez kilka tygodni z byłym już wówczas premierem Buzkiem z zamiarem założenia wydziału medialnego przy Akademii Papieskiej w Częstochowie opowiem mu ten wieczór  Ojciec pięknej Agaty nie będzie mógł pojąć jak to się stało, że się o tym nie dowiedział.  Twierdził, że kochając teatr jak córkę przybiegłby tam bez wahania. Słowa. Słowa. Słowa.

Rozdz. LXVI – Wśród przyjaciół Moskali

CDN

Rozdz. LXVI – Wśród przyjaciół Moskali

poprzedni pierwszy następny

Urbański jednak dobiegł … acz po miesiącu. I załapał się na wieczór przyjaźni polsko – rosyjskiej.  Jeszcze  wiosną otrzymałem tajemniczego meila z rosyjskiej miejscowowści Ivanovo z propozycją zagrania adaptacji słynnych „Oświadczyn” Czechowa nazwanych przez artystów teatru „Ptak” – Pasje pod brzozami.

Sergiei Shawarinsky (Iwana Wasiliewicz Łomow),  Viktor Łobaczow), (Stiepan Stiepanowicz Czubukow), Tatiana Griszanina – Shawarinska (Natali Stiepanowna Czubukow)

Sergiei Shawarinsky (Iwan Wasiliewicz Łomow), Viktor Łobaczow (Stiepan Stiepanowicz Czubukow), Tatiana Griszanina – Shawarinska (Natalia Stiepanowna Czubukow)

„Oświadczyny”, przypomnę to ten słynny żart sceniczny (nb. bardzo często grany jako egzamin w ramach scen na II, III roku w szkołach teatralnych)  - historia nieporozumień, można powiedzieć komedia omyłek, w której nad realizacją marzenia Ojca – Stiepan Stiepanowicza Czubukowa (Viktor Łobaczow) o małżeństwie Natali Stiepanowny Czubukowej – tu zagrała ją   Tatiana Griszanina – Shawarinska,  triumfuje (pozornie jednak tylko) małastkowość, zawziętość, krótkowzroczność.

Teatr Ptak z Ivanova - "Oświadczyny" Czechowa

Teatr Ptak z Ivanova - "Oświadczyny" Czechowa

Iwan Wasiliewicz Łomow w wykonaniu i reżyserii Sergieia Shawarinsky’ego [  Шаваринский Сергей ]  nie był nareszcie żałosnym parafialnym patafianem. Lecz wesołym, autoironicznym, niezręcznym nieco – marzycielem. Był taki, jakim okazał się Siergiei. Aktor, reżyser, choreograf. Ich „wołowe łączki” jak lubię nazywać tę sztukę nie były nadto charakterystczne, były lekkie i romantyczne. Gdy w końcu po drugim sporze ( pierwszy był o własność wołowych łączek, drugi o ułożenie psa myśliwskiego) dochodzi do ożenku to nie jest zwycięstwo kołtunerii lecz życia: Hу, начинается семейное счастье! Шампанского!  – w niezapomniany sposób podsumuje komedię Viktor Łobaczow grający Чубуковa.

„Pasje pod brzozami” bo tak artyści z Ivanowa nazwali ten spektakl ukazywały to, co naprawdę tkwi w jednoaktówce Czechowa: miłość i szacunek do tych ludzi, którzy spędzą życie jak spędzą. Ale najlepiej jak im na to świat pozwoli.  Którzy – zrobią z Ivanova Hollywood, objadą świat na rowerze, zasadzą prawdziwe podmoskiewskie brzozy w centralnym parku Warszawy, pod którymi będą pić piwo ( i   także coś z piętnaście razy mocniejszego) śpiewając z grającym na gitarze ministrem rządu Jerzego Buzka i Kościelnym z  serialu Plebania – Beatlesów, Młynarskiego i Okudżawę!.

Przyjaciele Moskale

Przyjaciele Moskale

Tak było ! Wydawało mi się do tego wieczoru, że jestem barwny, a może i pomysłowy. Ale fantazja Siergieja przeszła najśmielsze oczekiwania. Wtedy w 2001 roku pojawili się w Warszawie na moim pikniku pod ambasadami. Przyjechali w sumie na tydzień. Przedzierali się autobusami i pociągami osobowymi. Podbili wszystkich. Nagrodę Wielką Ogródkową ( 9  tys. zł wypłacałem im w dolarach, a wielkie to były dla nich pieniądze) nagrodę tę otrzymali „Za świetne aktorstwo, precyzję, lekkość, dowcip, inscenizację oraz kreacyjne wykorzystanie muzyki do tekstów Czechowa.”. Przedtem prośbą, groźbą i najłagodniejszą perswazją zmusili mnie bym objechał okołowarszawskie szkółki leśne bo jak „pod bieriozkami” to Pod Brzozami – wychowani na Konstantego Stanisławskiego „twórczym procesie przeżywania” nie wyobrażali sobie gry na świeżym powietrzu bez prawdziwych podmoskiewskich brzózek.

Teatr jest  Światem

Teatr jest Światem

– Przywiążą się do mnie. Za rok Tania i Sergiej ( przed 11 KTO) – pojawią się w Warszawie w czerwcu. Tania gonić tu będzie Sergieja, który jakby nigdy nic wyjechawszy z końcem  kwietnia ze swojego odległego 300 km na  pólnoc od Moskwy Ivanowa dotarł na rowerze w połowie czerwca do Warszawy jako „Wędrujący Aktor”.

Aktorami - Ludzie.

Ludzie - aktorami...

Rozdz. LXVII – Wędrujący aktor

CDN

Rozdz. LXVII – Wędrujący aktor

poprzedni pierwszy następny

Jego przodkowie wywodzili się z Polski. Nazywali się Szawarzyńscy. Dziś mieszka w Ivanowie 300 km. na północny wschód od Moskwy. To miasto włókiennicze. Przed pierwszą wojną można je było może porównywać z polsko, rosyjsko, żydowsko, niemiecką – Łodzią. I tam spotykały się  cztery kultury, aż je jedna sowiecko-komunistyczna antykultura rozpędziła na cztery wiatry.

Byłem tam. Jechałem pociągiem do Moskwy, a stamtąd autobusem przez bezkres włodzimierskiej obłasti zmierzałem w stronę Ivanova trasą, którą Siergiej zwykł pokonywać … rowerem !

Tu inaczej toczą się koła

Tu inaczej toczą się koła

Tak to sobie wymyślił. Pięnaście bez mała lat Siergiej wędruje czy raczej wędrował po świecie na rowerze z laptopem, podłączony do internetu. Zdawał relacje sponsorom i Ivanowskim fanom ze swoich wojaży. Coraz częściej w towarzystwie żony Tani, która z oddaniem tylko Rosjankom znajomym pędziła za nim na kraj świata. Dopadła w Warszawie, zmuszając mnie bym jej znalazł wypożyczalnię rowerów by mogła za ukochanym pognać na Maltę -  do Poznania.

GLAVNAYA

Kto mi nie wierzy niech zajrzy na http://shavari.narod.ru/velo95rus.htm, gdzie o szaleństwach tego Tespisa na Bicyklu można więcej poczytać. Ale to nie koniec talentów jego. Poza tym, że wynalazł sponsorów i fanów dopingujących go w okołoświatowej podróży pozyskł też środki by w smutnym Ivanovie

Ivanovo

Ivanovo

-  w „mieście dziewczynek”, królestwie przemysłu tekstylnego jakim w istocie jest ten odpowiednik naszej Łodzi, urządzać iście hollywoodzką galę nazwaną „Biała Wrona”. Jestem taką wroną. Człowiekiem, który nie przystaje do swego środowiska, zwraca na siebie uwagę. Odwiedziłem Ivanowo po trzech latach znajomości z Tanią i Sergiejem. W lutym 2003 gnałem do nich pociągiem przez Białoruś i Rosję. Zatrzymałem się w Moskwie, oglądałem szerokie prospekty i szosy, gdzie trup staruszki z prowincji leży nie zakryty, a kierowca dzikiej taksówki, jaką mi zafundowano, za nieopatrzny skręt w lewo przez dwie godziny trzęsie się ze strachu ( a ja czyli ‘inastraniec’ – czekam)  nie wiedząc czy wyląduje (?-my – może obaj!?)  w gułagu czy jednak zostanie wreszcie  przyjęta przez kałmuckiego milicjanta łapówka.

Byłem w Moskwie  w Trietiakowskiej Galerii, gdzie pojąłem czym jest rosyjski z ziemią związany naturalizm.  W pełnej włoskich arcydzieł Puszkinskiej Galerii, zrozumiałem,  jak na tej nieludzkiej  ziemi dalekimi się zdają –  włoskie lazury. I pierwszy raz z dogłębnym zrozumieniem powtarzałem, za Miłoszem ze „Sieny” że „słodyczy dosyć – ale ta słodycz od ziemi odpycha”.  Patrzyłem na  Moskwę, w której panienka w metrze sprzedaje na dziko rozmowy z automatycznej budki w cenie 50 impulsow karty za prawo do  jednej rozmowy. I nikt jej nie aresztuje. I ktoś ją widać ochrania. Przyglądałem się oszołomiony  Moskwie gwarnej i dzikiej,  gdzie tylko na starym Arbacie przypominającym nieco deptak w Sopocie czy Krupówki w Zakopanem można poczuć się jak w przedsionku ( wschodniej rzecz jasna) – Europy. Trafiłem też do Teatru na Tagance, tam gdzie się dusza otwiera.

Stary Arbat w Moskwie

Stary Arbat w Moskwie

Wreszcie dotarłem do Ivanowa. Dziewiętnastowiecznej stolicy przemyslu włókienniczego  zrujnowanego przez Stalinowców bardziej niż francuski Brest przez normandzką inwazję. Wkroczyłem do wielkiego jak hala sportowa  kinoteatru, w którym Siergiej grać za nic nie chciał ale musiał, skoro odmówiono mu sali kameralnego „kukolnego” (lalkowego) teatru – i… zabrzmiała muzyka  i  girlsy zatańczyły.

Nagle za sprawą Szawarzyńskiego znalazłem  się w Moulin Rouge czy na Manhattanie. Miejscowy lekarz śpiewał jazz otoczony pląsającymi nimfami niby amerykański notabl. Aktor dowcipkował jak przy wręczaniu Telewizyjnej Emmy. Zwycięzca olimpiady, nastolatek, był  obsypany spadającymi z sufitu balonami – a niżej podpisanego, powitano – ku memu absolutnemu zaskoczeniu- rozbrzmiewającymi na całą salę, a ściągniętymi z internetu w formacie mp3  mymi własnymi ogródkowymi piosenkami. Ku swemu zdumieniu wygłosiłem w tym momencie éloge w znienawidzonym rosyjskim języku ze zręcznością jaką tylko takiej laurce zawdzięczać można:[1]

Hollywood w Ivanovie

Hollywood w Ivanovie

Laurka, no właśnie – święto!  Balanga i śpiew, aż do rana. Patrząc na nich nie wiedziałem czy widzę przed sobą Komediantów Bergmana czy Zesłańców z Dostojewskiego.  Czy ten rozśpiewany Siergiej to Dymitr Karamazow, który dla tańca, wyprawy, spektaklu – poświęci własne, a może każde życie ?  Czy to Rosyjski los czy trop wszystkich  wędrowców – kuglarzy ? A biegnąca za nim Tania, z roku na rok z większym trudem, niezmiennie zakochana – wielka artystka, która dla Siergieja poświęciła moskiewską karierę na Tagance,  lecz w której jej jeden telefon wciąż wszystkie drzwi pootwiera ?

Miało być wesoło. – Jaki piękny rozdział – zaanonsowała mi wczoraj Ela Bąkowska z Delaware, moja amerykańska Muza i Korespondentka. „I jaki – optymistyczny”…

- Nie ma już Tani ! Nie żyje !!!

Tania i Siergiej Shavarynsky - Pożegnanie z Rosją

Tania i Siergiej Shavarynsky - Pożegnanie z Rosją

W czerwcu tego roku znaleziono ją zamordowaną w skromnej klitce w Ivanovie, w komunistycznym blokowisku tam, gdzie mnie szesć lat temu  z mężem przyjmowała. Ostatnia podróż rowerowa Sierioży do Irkucka została przerwana 25 czerwca 2009 przez rosyjską milicję.  Sam jeszcze nie wierzę w to, co przed chwilą wyczytałem w Internecie !

Siergiej Shavarinsky w Ivanovie

Siergiej Shavarinsky w Ivanovie

Ot i los człowieka. Szalonego podróżnika, genialnego organizatora czy wiekiego hochsztaplera ? W 2005 jak się dowiaduję – kandydata na burmistrza czy mera Ivanova, który jednak w ostatniej chwili wycofał swoje nazwisko z wyborczych list.  Już, już dyrektora Kiszyńskiego Teatru Dramatycznego w Ivanovie o czym donosiła prasa publikując wywiady kandydata … aby wydział kultury po tych enuncjacjach ogłosił, że to myślenie życzeniowe.

„Dusza Rosyjska”. Z takim spektaklem objechał Sierioża świat cały. Zjechał Europę i Azję, Skandynawię, Niderlandy i Chiny. Zjechał mając przecież jakieś oparcie i zaplecze. Obserwując ich „wronią” imprezę w Ivanowskiej kinowej Sali, nie mogłem nadziwić się uwadze z jaką rodacy dopingowali szalonemu Sergiejowi, który ruszył w drogę  by Rosję ukazywać światu. Ba nawet dziś, kto przeczyta  w Internecie tekst Александра Гopoxoba uzna, że  więcej  pobrzmiewa w nim podskórnego współczucia niż obowiązkowego potępienia.

Татьяна Гришанина

Татьяна Гришанина

Co tam się stało ? Sierioża,  pisze Гopoxob w  artykule „Biała Wrona czyli nic po ludzku”: „był postrzegany jako człowiek wesoły, może nieco szalony ale bezwzględnie dobry i poszukujący w życiu czegoś lepszego i niezwykłego”.[2] Mogę się pod tą opinią podpisać obydwiema rękami. –  Czy mógł oszaleć ? –  Ba ! Każdy może!  Potomek polskiego szlachcica zagonionego w tiurmę,  wychowany na Dostojewskim, rozpieszczony przez rosyjskie wcielenia dobroci tych Soń, Gruszeniek czy … Griszanin.

Przez Murmańsk na Nord Kap - 2008

Przez Murmańsk na Nord Kap - 2008

Kiedy jechałem do nich raz jeden jedyny –  do Rosji, odczułem z całą bezpośredniością siłę tego trwania.  Wracałem z włoskich Alp, gdzie z córeczkami spędziliśmy kilka najpiekniejszych dni mego życia w Dolomickiej Paganelli. Przejechałem  w ciągu tygodnia 3 tysiące kilometrów i niezmierzony dystans kultury. Zostawiłem dziewczynki w Warszawie, by spotkać się z rosyjskiej duszy bezmiarem.

Tatiana

Татьяна Гришанина-Шаваринская

I cóż mam dziś powiedzieć na obronę zakutego w kajdany pensjonariusza СИЗО № 1. ?

- Że wszystkiemu z pewnością winien jakiś Smierdiakow !?

- Że w dwa tygodnie po śmierci Tani, nadeszła wiadomość o śmierci Николайa Семёновичa Максимовa – aktora i dyrektora tego  Kiszyńskiego Teatru w Ivanovie,  którego szefem z jakiegoś powodu Sierioża dwa lata temu nie został…

Nie widziałem ich sześć lat. A zapamiętałem jakbyśmy się rozstali wczoraj. Cóż mam powiedzieć tu w Warszawie o tym, co dzieje się trzysta kilometrów na wschód od Moskwy, tam gdzie

„Kraina pusta, biała i otwarta

Jak zgotowana do pisania karta.

Czyż na niej pisać będzie palec Boski,

Przedostatnia podróż Sierioży - 2008 - ПОСЛЕДНЯЯ «ГАСТРОЛЬ» АРТИСТА Ивановского драмтеатра С.Шаваринского в Иркутск 92009] была прервана в Тюмени, где лицедея сняли с поезда и уже под конвоем возвратили в Иваново, где Шаваринский сознался в убийстве жены, актрисы Татьяны Гришаниной. Теперь вместо задуманного очередного велокруиза по миру «путешественнику», скорее всего, придется довольствоваться нарами.

Przedostatnia podróż Sierioży - 2008

I ludzi dobrych używszy za głoski,

Czyliż tu skryśli prawdę świętej wiary,

Ze miłość rządzi plemieniem człowieczem,

Że trofeami świata są: ofiary?

Czyli też Boga nieprzyjaciel stary

Przyjdzie i w księdze tej wyryje mieczem,

Że ród człowieczy ma być w więzy kuty,

Że trofeami ludzkości są: knuty?”.

Miało być radośnie. Bo przecież teatr, Dolina Szwajcarska, wędrówki i spotkania są znakiem Europy. Płyną z południa, znad Śródziemnego Morza.

A tu ? –  Tu wieją wiatry od wschodu.

- Czy czynownicy  co zakażają dziś  kulturę przywiślańskiego miasta są łagodniejsi od tych, co w Ivanovie natychmiast  skasowali dostępną jeszcze  tylko w skrócie pamięci Googli rozmowę zszokowanych internautów, wiążących – co naturalne-  śmierć Tani i dyrektora teatru  i pytających – kto następny ?  A podsumowanie oskarżenia Sierioży  ”mówiącym samym za siebie”  stwierdzeniem, że wszak  nie rozważa się nawet domniemania innej niż obciążającej Wiecznego Wędrowca wersji wydarzeń ?

Czy to znak nadchodzących po 15-leciu czasów?  Tych, w których zaproszona przez Kwaśniewskiego i Sikorskiego Rosja robi porządki u siebie i gotuje się na do inspekcji także europejskiego NATO-wskiego ogródka ?   Dla mnie to było 15 lat Ogródka Teatralnego. Dla Szawarzyńskich też  15 lat trwającej  rowerowej wędrówki z teatrem  po świecie. Wędrówki, w trakcie której było nam dane natknąć się na siebie.

Cóż powiedzieć ?  W mowie Szekspira ani Moliera, nawet w języku Mickiewicza czy Żeromskiego brak dobrych słów. Nie znając wyjaśnienia, nie licząc na prawdę –  zamknijmy ten rozdział głosem płynącym z otwartej rany rosyjskiej kultury:

Bracia Karamazow

Bracia Karamazow

Ale czy chcecie ukarać go strasznie, okrutnie, najstraszliwszą karą, jaką można sobie wyobrazić, ale i zarazem uratować i odrodzić duszę jego na wieki? Jeżeli tak, to zmiażdżcie go waszym miłosierdziem! Zobaczycie, usłyszycie, jak wzdrygnie się i przerazi jego dusza: „Dla mnie tyle miłosierdzia, dla mnie tyle miłości, czy zasłużyłem na to!” — oto co zawoła! O, znam je, znam to serce, to dzikie, lecz szlachetne serce, panowie przysięgli! Ukorzy się przed waszym czynem, bo łaknie wielkiego aktu miłości, rozpłomieni się i odrodzi na wieki. Są dusze, ograniczone duszyczki, które zawsze czują żal do całego świata. Ale zmiażdżcie tę duszę miłosierdziem, okażcie jej miłość, a przeklnie swoje czyny, albowiem kryje w sobie wiele dobrych zadatków. Rozpłomieni się i zobaczy, jak litościwy jest Bóg i jak piękni i sprawiedliwi są ludzie. Przerazi go, przytłoczy skrucha, i odtąd bezgraniczne poczucie powinności zapełni mu życie. I nie powie wówczas: „Skwitowałem się” — powie natomiast: „Jestem winien przed wszystkimi ludźmi, jestem najnikczemniejszy ze wszystkich ludzi.” We łzach skruchy i palącego, cierpiętniczego zachwycenia zawoła: „Ludzie są lepsi ode mnie, albowiem nie chcieli mnie zgubić — chcieli mnie ocalić!”

Fiodor Dostojewski

Fiodor Dostojewski

O, tak łatwo wam zdobyć się na to, na ten akt miłosierdzia, albowiem wobec braku pewnych i bodaj zakrawających na prawdę poszlak trudno wam przecież będzie powiedzieć: „Tak, jest winien.” Lepiej uniewinnić dziesięciu winnych niż ukarać niewinnego — czy słyszycie, czy słyszycie ten wielki głos z zeszłego stulecia naszej wspaniałej historii? Czyż ja, maluczki, mam wam przypominać, że sąd rosyjski jest nie tylko karą, ale i ocaleniem zgubionego człowieka! Niech się inne narody trzymają litery prawa i kar, u nas jest duch i sens, ratunek i odrodzenie dla zgubionych. I jeżeli tak jest, jeżeli taką jest Rosja i jej sądy — to Rosja kroczy na czele, i nie straszcie nas waszymi oszalałymi trójkami, przed którymi z obrzydzeniem usuwają się inne narody! Nie oszalała trójka, lecz majestatyczny rosyjski rydwan triumfalnie i spokojnie dotrze do celu. W waszych rękach jest los mego klienta, w waszych rękach jest los naszej prawdy rosyjskiej. Ocalicie ją, obronicie ją, dowiedziecie nam, że ma jej kto strzec, że jest w dobrych rękach!” [3]

Rozdział LXVIII

CDN


[1] Гость из Польши Анджей Тадеуш Кийовский получил гордое звание «белой вороны» в номинации «Полонез шампанского». Г–н Кийовский извествен в Польше как театровед, создатель театральной школы и организатор ежегодного фестиваля «Театров огродковых» — театра в парке. В своей краткой, но очень эмоциональной речи он поблагодарил всех, кто изобрел интернет за то, что благодаря этому чуду современной коммуникации он познакомился с Сергеем и Татьяной Шаваринскими. Выразил благодарность тем, кто придумал велосипед. Именно с помощью этого транспортного средства Шаваринский доехал до Польши. А также особую благодарность Анджей выразил своему счастью, которое позволило ему приехать в Россию и познакомиться с такими замечательными людьми.

The 8th Nomination: „A special dancing of Champaign”

The winner is a guest from Poland, Andzey Tadeush Kiyovskiy. He is known in Poland as a theatre specialist, a founder of a theater school and organizer of the annual festival „Theater in a park”. He is a very unruly and unpredictable person. He thanked everybody for a warm reception. His speech was brief but emotionally colored. He was very grateful for people who invented Internet because owing to it he has met Sergey and Tatiana Shavarinskiy. He was also very grateful for people who invented bicycle because owing to it Sergey Shavarinskiy was able to visit Poland. Moreover, he was very happy because he had an opportunity to visit Russia and meet a lot of wonderful people.

[2] всеми нами воспринимался как человек веселый, немножко с сумасшедшинкой, но, несомненно, добрый и ищущий в жизни чего-то необычного, лучшего”.

[3] Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow, tłum., A.Wat

Rozdział LXVIII – Sny o potędze czyli Kraj Rad i Państwo Stanów

poprzedni pierwszy następny

Siegiej Szawarzyński  zmierzył się z losem. Jakikolwiek wyrok wydadzą nań świat i zaświaty o małoduszność nie można go oskarżyć. Rosjanin nie ma kompleksu. Tak naprawdę nie potrzebuje cudzego języka ani innej kultury. On ma cały świat za swój. Jest razem pożądliwy i pokorny. Pragnie wiele ale i szanuje wielu:  ze swoją władzą, z systemem w którym wyrósł  na czele. A jeśli w świat rusza to nie po to by uciekać od Ojczyzny. Żaden Rosjanin nie wygłosi Anty-Inwokacji Gombrowicza z TransAtlantyku. Rosjanin nie szuka  poza Rosją wolności. On  chce świat podbijać. Nie przyswaja innej kultury ani języka lecz jeśli nawet opanuje cudzą mowę to po to by własne myślenie i rosyjską literaturę zachwalać.

Teatr "Ptak"

Teatr "Ptak"

Pokora, pożądliwość i bezmiar rozpaczy to mimo wszystkich słowiańskich podobieństw zasadnicza różnica między hardymi Polakami, którzy sami sobą pomiatają, a Rosjanami, którzy zdają się nam Polakom irracjonalni, gdy zaczynaja mówić o Wielkiej Rosji i swojej niepowtarzalnej duszy. Słychać to w cytowanej w poprzednim rozdziale mowie Obrońcy Fietiukowicza spisanej przez Dostojewskiego. Ale ten ton pojawi się praktycznie w każdym kontakcie z Rosjaninem. Będzie brzmiał w wypowiedziach wspominanego Szaszki Gurjanowa, który w „Polsce w oczach innych” będzie przekonywał, iż to Rosjanie pieriestrojką, a nie Polacy Czerwcowymi Wyborami zapoczątkowali ruch, który doprowadził do zjednoczenia Europy. Zwróci na to też uwagę słusznie, co nie znaczy sprawiedliwie  na Salonie24 mój czytelnik podpisujący się  ’Rezystor’ zauważając: „Profesor był miły dopóki rozmowa nie zeszła na politykę Rosji. Co ten profesor opowiadał. Tak zażartego nacjonalisty jeszcze w życiu nie widziałem. Ruś – Święta Ruś ponad wszystko.”

To uznanie własnej wartości, sen o potedze, idea imperialna, której polskie naznaczone stygmatem obcości elity odmawiają naszemu narodowi stanowi o swoistym podobieństwie Supermocarstw: Kraju Rad i Państwa Stanów.

Pierwszy raz odczułem to jeszcze w ’94 roku zaproszony na kilka dni do Lexington. Tam oglądając hale przekształacającej się właśnie w Lexmarka ( w ramach polityki antytrustowej) fabryki drukarek IBM spostrzegłem nad bramą cytatę  brzmiącą mniej więcej – oczywiście po angielsku: jak  „ wytrwała praća budujemy przyszłość narodu”. A był ten tekst fragmentem jakiejś wypowiedzi dyrektora IBMowskiej fabryki o dźwięcznym nazwisku – Marx -  bodaj Otto czy może Michael’a. Toteż  patrząc jak Sierioża Szawarzyński przeksztalca „zał” w „hall”, wspomniawszy Amerykanów co tak naprawdę w wielu sferach wprowadzają  w życie radziecką utopię brzmi mi jeszcze w uszach komentarz rosyjskiego dziennikarza, z którym lecąc z Atlanty do Lexington, tę jednopiętrową Amerykę oglądałem . Patrzyłem z zainteresowaniem,  a Wołodia wzdychał z mieszaniną zazdrości i powątpiewania  „Ech strana ! Dla żyzni strana”. Nie rozwiążę tak pokrótce potężnego dylematu. Zamiast  podsumowania zanućmy wspólnie z Jackiem Kaczmarkim: „W Amsterdamie”:

A ja na to – Kreml w niebo śle rakiety

Bez wysiłku wielkich rzek zawracam bieg

Żal mi ciebie lecz niestety

Również trudny kunszt baletu

Najlepiej posiadł on na planecie tej.

Szczerze mówiąc nie podnieca mnie ani rosyjski ani amerykański imperializm. Cały jestem z Wiednia i z Paryża. Jak i mój ogródek nawiązujący do kopenhaskiego Tivoli, paryskich Tullieries, guinguettes gdzieś w Normandii czy nad Sekwaną. I taką właśnie gęgetkę w środku miasta stworzyłem w 2001 roku. Było to amatorskie, tymczasowe, parciane. I jako takie podobało się ministrom i radnym, co nagle u mnie mogli ( jak ten Kalisz) poczuć się swobodniej. Niby jeszcze w garniturze ale już zrzuciwszy marynarki i  w koszuli z krótkimi rękawami.

Rozdz. LXIX – Emilian Kamiński i inni Jaskiniowcy

CDN

Rozdz. LXIX – Emilian Kamiński i inni Jaskiniowcy

poprzedni pierwszy następny

Tak – miałem krótkie rękawy i marzłem w łokcie. Codziennie budziłem się na Długiej -dzieci były z nianią na wsi, a żona krążyła  gdzieś po cudzych festiwalach. Budziłem się więc codziennie rano z uczuciem paniki i narastającego przerażenia. Miałem wrażenie, że frunę, że wykonuję jakiś wielki 60 dniowy skok. Skok, którego etapami i ozdobami był

Jan Machulski na X KTO
Jan Machulski na X KTO

Jan Machulski startujący w tym roku w konkursie ze swymi studentami z Łodzi, Staszek Górka grający z Zbyszkiem Rymarzem i Machnickim cały swój lwowski repertuar ( Hemar mniej znany, Tylko we Lwowie),

Górka, Machnicki & Rymarz
Górka, Machnicki & Rymarz

Monika Świtaj, śpiewająca piosenki Jerzego Derfla.  11 sierpnia o 20.30 odbył się w Dolinie występ Emiliana Kamińskiego, który pokazał „W obronie Jaskiniowca”. Ten monodram skierowany do  naszych domomowych Ksantyp, został przygotowany na benefis 25 lecia aktora w Teatrze Buffo. Autorski spektakl jest oparty na motywach sztuki Roba Beckera, napisanej na podstawie książki Johna Graya „Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus”. To prawdziwy popis gry, wirtuozeria wcieleń, pełna kreacji i akrobacji. Znaczną część dochodu z występu w „Dolinie Szwajcarskiej”  przeznaczył przy tym Kamiński na rzecz  ofiar szalejącej w tym czasie powodzi. Udało się wspaniale. Panie szalały. Panowie zresztą też. Tak nam się spodobało, że umówiliśmy się na powtórzenie sukcesu w sam finał po ogłoszeniu werdyktu w poniedziałek 27 sierpnia.

X Konkurs odbywał się w dwu miejscach. Jak pisałem Krzysztof Marszałek odbudował był Lapidarium, więc w niedzielę sam sobie robiłem konkurencję wystawiając jednocześnie w Lapidarium przedstawienie, które w poniedziałek jury oceniać miało w Dolinie.

W Dolinie zaś w niedzielę występował któryś z zespołów zaproszonych do występu w Antraktach. Rozumiałem przez to pojęcie wszystkie odbywające się od wtorku do niedzieli  występy pozakonkursowe. Zasada bowiem była taka, że startujący w konkursie spektakl występ niejako sparingowy dawał przed publicznością w Lapidarium w niedzielę. W poniedziałek aktorzy występowali przed Jury w Dolinie.

Emilian Kamiński - W obronie Jaskiniowca, Dolina Szwajcarska 2001

Emilian Kamiński - W obronie Jaskiniowca, Dolina Szwajcarska 2001

W Dolinie powtarzali swój występ jeszcze we wtorek, czasem w środę.  Czwartek, piątek należały najczęściej do Staszka Górki lecz i innych wiernych ogródkowych druhów takich jak „Teatr Tradycyjny” Hankiewiczów z Krakowa, ukochani przez publiczność Warszawską „Konsekwentni”. Także „Teatr Własny” Grzegorza Stanisławiaka wypełnił jeden z sierpniowych tygodni. Tu po  raz pierwszy próbowaliśmy przyciągnąć do ogródka w niedzielne przedpołudnia dzieci. W ten sposób narodziła się  idea teatralnego ‘Poranka Familijnego’. W pełni zrealizuję ją dopiero w Ogrodach Frascatii, gdzie w latach 2005-2006 będą ściągały tłumy rodziców i dzieci.

Teatr Własny Stanisławiak

Teatr Własny Stanisławiak

Ostatni tygodzień sierpnia wypełnili oczywiście Rosjanie z Ivanowa, którzy zagrawszy w  sparing w „Lapidarium”, w poniedziałek wystąpili w Dolinie przed Jury, a następnie przez trzy dni w Dolinie próbowali – z niemarnym skutkiem – zarabiać graniem w ogródku  i zwracać sobie w ten  sposób  koszta podróży oczekując na – nieznany wszak jeszcze – Werdykt.

No a po tch spektaklach zaczynało się – jak już była o tym mowa  – odbudowywanie tradycyjnych więzi łączących polskich i rosyjskich intelektualnych dysydentów.

Wszystko jednak w tym sezonie zmierzało do wielkiego finału.

LXX – Krystyna Janda i wspólne  koszmary

CDN

Rozdz. LXX – Krystyna Janda i wspólne koszmary

poprzedni pierwszy następny

Finał był przygotowywany nadzwyczaj starannie. Na ten dzień zaplanowałem bowiem występ Krystyny Jandy, która miała po raz pierwszy pokazać w Warszawie montaż nazwany „Piosenki z Teatru”. Pełna profesja. Umowa z agencją ‘Grami’ Grażynki Miśkiewicz zawarta została jeszcze w czerwcu. Osobny plakat. Pocztówka. Bilety sprzedawane nawet w kasach ZAiKSu. Na koncert przeznaczyłem całą dotację z Ministerstwa Kultury. I stał się on jak chciałem wydarzeniem sezonu.Plakat Jandy

Wydatek był jednak spory. Wszystko zależało zatem od frekwencji i sprzedaży biletów, które wyceniłem  bodaj na 35 zł. O zarobku oczywiście nie mogło być mowy. Chodziło o to by nie dołożyć. – Pan Juchniewicz, dzielnie ( i bardzo uczciwie) pomagający mi odzyskać te pieniądze spytał mnie, w chwili szczerości. – Ale Pan Dyrektorze to nową bryką z tego Ogródka wyjedzie. – Mój Boże ! Nowym wozem to ja istotnie wyjechałem – z Włoskiej telewizji i zajeździłem go przez piętnaście lata ogródka na śmierć, którą mojemu poczciwemu Tiponkowi zafundowali (podejrzewam, że inspirowani przez nieprzyjaznych mi związkowców i samorządowych urzedników dzielnicowych) – uczniowie Liceum Zamoyskiego. Urządzili sobie oni kiedyś harce na dachu trzymanego na boisku szkolnym samochodu. Ale to potem. Potem. Przepraszam Cię Piękna Czytelniczko (że o czytelnikach nie wspomnę) –  za te dygresje diachroniczne.

Na razie wiec w 2001 na X KTO – codziennie przez 60 dni śniłem koszmary: wichura, deszcz, choroba – tak drżałem o tę Jandę. Tak się trząsłem, że przeprowadziłem nawet research, który katolicki święty najbardziej jest odpowiedzialny za pogodę i ustaliwszy, że Św. Antoni Padewski ma pod sobą cały departament spraw codziennych, w dzień poprzedzający niedzielny występ Artystki udałem się do kościoła pod Jego Wezwaniem na Senatorskiej, gdzie przeznaczyłem całe sto złotych na podatek pogodowy. – Poskutkowało !

Janda w ostatni  poniedziałek nie mogła grać. Jej benefis poprzedzał finał i wyznaczony był na niedzielę 26 sierpnia. Na szczęście ! Było ślicznie.  Udało się wszystko. Do obsługi koncertu w dolinie zatrudniłem firmę bileterską z Teatru Polskiego, wspierali mnie zaprzyjaźnieni i grzani od dwóch miesięcy herbatami policjanci, którzy od roku ( w miejsce zlikwidowanych jednostek nadwiślańskich) strzegli ambasad z Chopina. Wynająłem  250 dodatkowych krzeseł – sto pożyczyłem z Lapidarium, gdzie równolegle odbywać się miał przedkonkursowy występ „Latającego cyrku Monthy Pythona” ze Szczecina. Spektakl, który nazajutrz w poniedziałek miał być ostatnim przedstawieniem ocenianym w Dolinie przed Jury. W niedzielę wszystko grało. Pogoda była piękna. Gazety doniosły od koncercie Jandy od „Tele Tygodnia” i patronującej mi w tym roku „Anteny”, po „Życie Warszawy”, „Gazetę Wyborczą” – wywiady, wywiady, wywiady. Mój Boże – ja naprawdę pieniędzy nie liczyłem. Byłem pewny, że sukces medialny musi w końcu zostać nagrodzony.

Górne Balkony
Górne Balkony

Na spektaklu  Jandy wszystkie bilety, coś około 350 miejsc po 35 zł zostało sprzedanych. Dwakroć tyle osób obsiadło okoliczne murki. W tym czasie  Lapidarium, gdzie zostawiłem 200 krzeseł też wypełnione było niemal do ostatniego siedziska. Słowem przekroczyłem tysiąc widzów w ciągu jedego wieczoru. Spektakl Jandy był …. No, ale o tym niech sama opowie:[1]

„Wczorajszy mój koncert to był zrealizowany koszmarny sen aktorów, sen, który zresztą trapi mnie od jakiegoś czasu, wychodzę na scenę i zapominam tekstu. Tu było gorzej, bo zapomnieć tekstu piosenki to gorzej niż gdybym zapomniała frazy wiersza, bo to można uratować, nie mówiąc o prozie. Tu muzycy grają dalej w rytmie i koniec. No do tego doszła jeszcze histeria i pożar w mózgu, jaki się zaczął po pierwszej pomyłce. Nie mogę ochłonąć do dzisiaj. Kilka razy zapomniałam tekstu i musiałam zatrzymywać muzyków i wracać, a od pewnego momentu śpiewać ze scenariusza, który przypadkowo zresztą miałam ze sobą. Koszmar.

Janda na scenie
Krystyna Janda – „Piosenki z Teatru”

Lecz to była tylko proba...
Lecz to była tylko proba…

A zaczęło się od tego, że zapomniałam z domu mikrofonu, potem dostałam przed koncertem wrzos, co aktorce wróży nieszczęście, następnie na scenie nie miałam gdzie odłożyć scenariusza i rzuciłam go na ziemię, co jest największym przesądem w moim zawodzie, my nadeptujemy wszystko co nam upadnie, znam przypadek, że aktor nadepnął scenariusz, który się zsunął z siedzenia obok niego w samochodzie, kiedy prowadził i spowodował poważny wypadek, ale to było silniejsze od niego. Ja swój scenariusz nadepnęłam kładąc go na ziemi, ale nie pomogło. Jestem załamana. I na siebie zła. Nie wiem jak po tym wieczorze będę uprawiała zawód dalej.

Przed moim wyjściem na scenę pomysłodawca i organizator Festiwalu Teatrów Ogródkowych, pan Kijowski, wzywał Bogów, błagał o pomoc, co prawda w innej sprawie ale jednak, potem na moje nieszczęście wspomniał coś o Modrzejewskiej i o mnie, no jedyne „wspólne” co można by zastosować w tym wypadku to to, że Modrzejewska kiedyś w występując w Krynicy zapomniała na scenie nie tylko tekstu ale nawet jak się nazywa, i pół roku musiała się leczyć. Był to wynik przepracowania i przemęczenia. W tamtych czasach aktorzy mieli premiery co tydzień, bo publiczności chodzącej do teatru starczało na dwa razy, dużo grano pod suflera ale ona, Modrzejewska, była ambitna i starała się umieć przynajmniej monologi na pamięć i sforsowała mózg. Nie wiem czy mam to samo, ale może rzeczywiście mam za wiele ról w głowie, Shirley, Callas, Helver, Opowiadania, Marlena, a dodatkowo właśnie uczę się nowego monodramu na pamięć. Muszę chyba coś wyrzucić z twardego dysku.

Janda przed wnuczką, Krzysztofem Marszałkiem i Ministrem Kaliszem
Janda przed swoją wnuczką, Krzysztofem Marszałkiem, Ministrem Kaliszem i tłumem gości Szwajcarskiej Doliny.

Dobrego dnia. „.

Janda pisała to 27 sierpnia – w poniedziałek. Od rana napawałem się prasą – ale przed nami był wielki finał. „Latający cyrk Monhy Pythona”, a w trakcie obrad jury planowałem powtórzenie „Jaskiniowca” Emiliana Kamińskiego.  Jednak ten koszmar, co mnie każdego poranka przesładował wreszcie się  ziścił. Spektakl „Monthy Pythona” rozpoczął się bez przeszkód przy wspaniałej frekwencji – gdy w połowie sztuki rozpętały się żywioły. To był istny szał. Ulewa. Wiatr porywisty wyginał płachty. Namiot garderoba, (4.5 m długi i na trzy metry szeroki) oparty na stelarzu, który jeszcze rok temu chronił aktorów na scenie teraz po powiekszeniu estrady do 6×6 m i postawieniu nań opisywanego estradowca (5.3 * 5.3  metra) stanął z boku sceny służąc w połowie jako kabina dla akustyka, w połowie jako garderoba. Za ciężkie (jak na moją kieszeń) pieniądze zaopatrzylem go w płócienne zielone ściany. Teraz jednak wiatr przybierał na sile,  natężał się deszcz, moje cud elektroniczne pianino też było zagrożone.

A oni –  grali!  Poczułem się jak kapitan okrętu na wzburzonych falach. Po pierwsze, w jednym momencie kazałem towarzyszącemu od lat ogródkowi Radkowi Zarosie włożyć środkowy filar na przód sceny by wzmocnić konstrukcję dachu. W momencie przerwy w grze przesunęliśmy akompaniatora z pianinem ku środkowi sceny, by ochronić klawiaturę instrumentu (i plecy akompaniatora też) przed zalaniem wodą.  Garderoba zrobiona z namiotu latała niczym maszt na morzu.

Te boki podnieść należało
Te boki podnieść należało

Rzuciłem się refować żagle. Nikt nie wiedział co czynię. A tłumaczyć nie było czasu. I wtedy zobaczyłem jak z rzędów też wycofującej się w głąb namiotów i kryjącej przed deszczem widowni wyskoczył mój wędrujący aktor – Sierioża Szawarzyński. On jeden pojął co czynię podnosząc boki namiotu. Wiec gdy ja podnosiłem jedną przyskoczył do drugiej ściany. Bardzo przyspieszyło to akcję. W ten sposób uratowaliśmy konstrukcję przed porwaniem. Jeszcze jakaś folia, którą  otulałem moje elektroniczne pianino…

„Monthy Pythona” dograli do końca. Publiczność też była wytrwała. Ale w  trakcie mokrych obrad jury, imprezy rozciągać nie było już sensu. Siedzący w samochodzie Emilian Kamiński musiał zrezygnować z występu. Werdykt Jury ogłaszało, a Piotr Fogler wręczał już bardzo kameralnie. Nawet nie na scenie lecz w bufetowym namiocie.

I tak dobiegł końca X jubileuszowy Festiwal Teatrów Ogródkowych. W Dolinie Szwajcarskiej odbyło się sześćdziesiąt trzy, a w Lapidarium dodatkowo dziewięć – łacznie siedemdziesiąt dwa spektakle. Wystąpiło w sumie piętnaście Teatrów. Z tej liczby dziewięć wzięło udział w zmaganiach konkursowych.

Impreza cieszyła się bardzo dobrą prasą i frekwencją publiczności. Oceniałem, iż  w ciągu sezonu odwiedziło Dolinę Szwajcarską  przeszło 9 000 widzów. A jeszcze z tysiąc przewinęło się przez Lapidarium.

Lapidarium AD 2001
Lapidarium AD 2001

Na wielu spektaklach zajęte było całe 140 miejsc siedzących a w pogodne dni ogromna ilość “wejściówkowiczów” zasiadała na trawnikach Doliny Szwajcarskie.

A więc wszystko się udało. Choć z coraz większą zadyszką. Prasa pisała o konkursie dobrze i czule. A „Gazeta Wyborcza”, gdzie działem kultury kierował przez chwilę przyjaciel wierny – Tadzio Sobolewski piórem Romana Pawłowskiego zamieściła … cóż właściwie  - piękny nekrolog.

Hommage à (lbo) -  nekrolog...
Hommage à (lbo) – nekrolog…

Czegóż właściwie miałby chcieć człowiek próżny ponad taki tekst w milionowym nakładzie, ze zdjęciem, na pięciu szplatach głównego polskiego dziennika i na kolumnach krajowych ! I czegóż wymagać potem. Trudno się więc dziwić Dorocie Wyżyńskiej, że się po piętnastym konkursie publicznie zapytała ze zdziwieniem. – To ten  Kijowski jeszcze żyje !? Przecież to przeszłość. Historia.

„Krótka historia wzlotu i upadku Konkursu Teatrów Ogródkowych” – być może tak się ta  opowiastka powinna nazywać….

Rozdz. LXXI – Olechowski, Piskorczycy, przekręty i dźwigi -

CDN…


[1] Krystyna Janda ,Dziennik, 27 sierpnia 2001 r, poniedziałek

Rozdz.LXXI – Olechowski, Piskorczycy, przekręty i dźwigi

poprzedni pierwszy następny

Skończył się konkurs i tak naprawdę pozostały długi. Tylko faktowi, iż nagle otrzymałem dwie interesujące prace (Małgosi Bocheńskiej zawdzięczałem świetnie płatne wykłady w Wyższej Szkole Dziennikarstwa, a Joli Kessler-Chojeckiej po jej wyjeździe na placówkę do Berna stanowisko dyrektora Centrum Monitoringu Wolności Prasy)

Jolanta Kessler

Jolanta Kessler

- tylko więc tym dwóm posadom zawdzięczałem fakt, że udało mi się przeżyć i stopniowo popłacić większość zobowiązań. Większość powiadam, bo po dziś dzień ciągną się za mną pewne w tamtych czasach powstałe zaległości. Na szczęście jednak nie wobec osób fizycznych lecz skarbu państwa, telekomunikacji, energii.

Nie tylko więc nie wyjechałem z X ogródka nową bryką, lecz – abstrahując od faktu, że jakoś utrzymałem rodzinę, opłaciłem szkołę córeczek, ich pobyt na wsi – trzeba

było jeszcze spore pieniądze do tego szaleństwa dołożyć. Musiałem się też naupokarzać.

Już drugi rok z rzędu przyszło prosić urzędników ze Śródmieścia i Gminy Centrum  o wybaczenie spóźnionych rozliczeń. Sprawozdania finansowe miałem dostarczyć bodaj do końca listopada. Tymczasem wypłaty honorariów przeciągnęły się do końca grudnia, a w kilku wypadkach zrealizowane zostały dopiero w lutym 2002 roku. Podobnie jak rok wcześniej mitrężył Sejmik Wojewódzki i Starostwo Powiatowe, teraz na dodatek część dotacji wpłynęła  na zasadzie  refundacji dopiero po imprezie ( z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego dopiero w grudniu). Po to by prowadzić imprezę taką jak moja trzeba więc albo być zamożnym by wyłożyć za budżetowych sponsorów bądź też liczyć na cierpliwość i wyrozumiałość swoich wierzycieli. Różnie zresztą z tą cierpliwością bywało. Teatry i aktorzy na swoje nagrody czekali uprzejmie wiedząc, że niepłacenie faktur raczej się w naszym towarzystwie rzadko zdarza. Lecz wspominany Pan Juchniewicz, biegał po urzędach z pianą na ustach –  nie będąc pewnym czy go nie zwodzę i o mało nie zlinczował osobiście pani Skarbnik Miasta Łucji Konopki dowiedziawszy się, że ta o kolejne dwa tygodnie przedłuża nasze oczekiwanie na  pieniądze za plakat, za który wszakże i on komuś jeszcze zalegał.

Summa summarum wypłątałem się jakoś choć na pokrycie części zobowiązań musiałem zwyczajnie zarobić.

Tak było. Nadchodził więc XI Konkurs, a tu X-ty nie rozliczony i jeszcze groziło mi czas jakiś płacenie karnych odsetek od spóźnień. Oczywiście ludzie Komitetów Obywatelskich od Piotra Foglera ze Śródmieścia po Ludkę Wujec

Ludwika Wujec - Sekretarz Gminy Centrum w roku 2002

Ludwika Wujec - Sekretarz Gminy Centrum w roku 2002

sekretarzującą w owe dni Gminie Centrum zachowywali się elementarnie przyzwoicie. Nikt mi tych odsetek płacić nie kazał. Nie odmówiono też kolejnej dotacji. W końcu gołym okiem było widać, że zarzynam się dla jakiejś idei. Dla jakiejś mrzonki, marzenia. Moje prośby o jakąkolwiek stabilizację, etat, stały budżet, kilku pracoowników, że o przyzwoitym lokalu nie wspomnę były zawsze odrzucane by nie powiedzieć wyśmiewane. Jak więc w istocie mnie traktowano: źle czy dobrze ?

Pamiętam jedną z rozmów w gabinecie burmistrzowskim Piotra Foglera, kiedy już wręcz go prosiłem o drobną wydawałoby się rzecz. O zinstytucjonalizowanie Doliny Szwajcarskiej i zrobienie mnie prostym dyrektorem parku. Ot  tyle ile w 1960 roku dostał od komunistów 30 letni wówczas profesor Marek Kwiatkowski, który, po wzmiankowanym już wcześniej profesorze Durko, był bodaj najdłużej w Polsce funkcjonującym dyrektorem.

profesor Marek Kwiatkowski

profesor Marek Kwiatkowski

- Jak to się panu udało, spytałem go kiedyś.

- Udawałem wariata. Usłyszałem w odpowiedzi. Mamy mu wierzyć ? Czy prosić o pokazanie teczki…

Mowy nie było.  Chociaż ja , jak się zdaje udawać czubka nie musiałem. Chyba wszyscy za takiego mnie mieli.

– W twoim wykonaniu, nic mnie już nie zdziwi,  usłyszałem od Adasia Michnika, kiedy to w 1999 roku, gdy zawiadywałem „Szpitalem Św. Ducha”, przyjmował mnie w towarzystwie Wojciecha Fuska w  swym gabinecie na Czerskiej. W tym samym, w którym będzie nagrywał za jakiś czas ( nb. w moje urodziny czyli 15 lipca !) – wynurzenia Lwa Rywina. Zgłosiłem się doń – “po instrukcje” – nawet mi ich udzielił. Kazał skontaktować się z jakimś potencjalnym reemigrantem ze Szwecji. I wydziwiał jak to trafiłem na tę posadę, gdzie powinien być jakiś: no, no – myślał zająkliwie – pewnie “przedstawiciel układu”. Niestety, nie zdążyłem z tych rad skorzystać. Wcześniej mnie wylali.

Przecież z góry nie potępiałem układu. Jak już pisałem rozumiem, że ważne jest Towarzystwo, ważna wspólna Sfera. I wcale nie jestem za tym by dopuszczać do władzy kmiotków, którzy rządy zaczynają od tego by kupić sobie skarpetki jakich nie widzieli, a potem myślą jak  zabezpieczyć rodziny i pociotków na kilka pokoleń. Szczerze powiedziawszy nie wiele bym miał przeciw układom, gdybym mógł wraz z moimi artystami i wierną publicznością stać się ich beneficjentem. Wydawało mi się do czasu, że ten układ to tak naprawdę towarzystwo, moja sfera i grono ludzi, którym zależy na samorządzie i rozwoju stolicy. To, co wydarzy się w ciągu najbliższych lat pięciu tę moją wiarę przynajmniej – nadwyręży.

Z jakiegoś powodu ani  teatr ogródkowy ani Centrum Kultury w Dolinie Szwajcarskiej nie pasowało do tego co nazwano Układem Warszawskim. A zaznaczmy, że  używając tego słowa nie przesądzam o nieleganości podejmowanych przez tę grupę działań. Jest przecież faktem, że nie ryzykuje nic tylko ten, kto nic nie robi.

W czasie pierwszej kadencji samorządowej (90-94), takim “nierobem” był  Jan Rutkiewicz. Wola rozwijała się prężnie. Śródmieście stało. Tyle tylko, że w dniu zakończenia kadencji mógł burmistrz

Jan Rutkiewicz

Jan Rutkiewicz

Śródmieścia  wręczyć wszystkim radnym opracowany, przegłosowany, zalegalizowany – plan zagospodarowania przestrzennego dzielnicy i pokazać kilkanaście projektów realizacji. Realizacji, które nb. finalizować będą w sobie tylko wiadomych “towarzystwach” ludzie lewicy z Markiem Rasińskim na czele. Na Woli zaś zaczęły się procesy i pogłoski nt. malwersacji.

Andrzej Lubiatowski – poznaniak i samorządowiec, twórca Unii Metropolii Polskich, który nam doradzał w czasie pierwszej kadencji samorządowej w Sejmiku powiedział kiedyś zdanie, które zapadło mi głęboko: -

- Nie pytaj o przekręty, patrz na dźwigi. Podejdź do okna swego biura i sprawdź czy pracują. Przekręty będą zawsze ale nie ty jesteś od ich ścigania. Ty jako Marszałek Sejmiku masz ich po prostu nie robić i innym na to nie pozwalać, a policja jest po to by je ścigać. Do Ciebie – do władzy samorządowej należy sprawić by była prosperity, by posuwały  się dźwigi.

No cóż, dzieje gospodarcze Polski po II Wonie Światowej podzielić można na wielki zastój gomułkowskiej “małej stabilizacji”, który kraść nie pozwalał. Nie bardzo chciał jeszcze mocniej uzależniać nas gospodarczo od Sowietów, których zresztą nie było na to stać, a zachodu panicznie się obawiał.

Potem przyszedł Gierek i jego słynne 10 mld $, które przejedliśmy wspólnie, a część towarzyszy liznęła przynętę luksusu. Znów Jaruzelski zmuszał do wstrzemięźliwości do czasu, gdy za rządów M.F.Rakowskiego dokonano, jak je po raz pierwszy przez bodaj w styczniu ’87 roku w Wolnej Europie profesor Rafał Krawczyka zdefiniuje  – „uwłaszczenia nomenklatury”.  Od tej chwili zaczęła się wolnoamerykanka, z której wyszliśmy – jako naród – po piętnastu latach najoględniej mówiąc, dziesięć razy bardziej syci, sto razy bliźsi Europy, lecz tysiac razy mocniej    sfrustrowani.

Czemu jednak w tej grze dla takich jak ja miejsca zabrakło ? Dla mnie i  pewnie tysięcy podobnych mi entuzjastów działających w wielu sferach życia społecznego ? Czemu, po krótkiej chwili uniesienia, poczucia jedności i wspólnoty roku ’89  dla takich ludzi, których starałem się wokół siebie gromadzić zabrakło miejsca w III Rzeczpospolitej ? Czemu nie było, nadal nie ma miejsca dla Doliny Szwajcarskiej ? Nie znajdzie się ani pół miliona złotych rocznie (ćwiartka budżetu średniego domu kultury),  które z nawiązką starczyłyby mi na letnie i zimowe imprezy, a także na zorganizowanie prac potrzebnych dla zdobycia unijnych funduszy.

Profesor Antoni Kamiński

Profesor Antoni Kamiński

Dlaczego zamiast nagrody musiałem Miejskie w istocie zobowiązana z własnej kieszeni spłacać? A nawet dobre źródło, które mi w tym pomogło czyli Wyższa Szkoła Dziennikarstwa wnet, to znaczy po ledwie roku pracy wyschło, gdyż przetrwałem w nim tyle ile wykoleżankowany przez Julkę Piterę również z Transparency International – ówczesny rektor tej uczelni, a człowiek niezwykłej uczciwości i rozległej wiedzy profesor Antoni Kamiński.

Daremne żale. Dość, że zarobiłem nieźle i uczciwie, co pozwoliło mi pospłacać główne zobowiązania jakie po X KTO powstały wobec ludzi. Wobec umorzenia należnych formalnie giminie Centrum odsetek można było myśleć o kolejnym ogródku, choć … coraz bardziej zastanawiałem się po co.

Widać było coraz wyraźniej, że jakikolwiek rozwój czy stabilizacja tej imprezy są mi praktycznie wzbronione. Pamiętam nawet taką rozmowę z Małgosią Bocheńską, gdy mówiłem o frekwencyjnym i medialnym sukciesie X KTO.

- No i dosyć, podsumowała.

Jednak wnioski zostały złożone, granty przyznane, zaprzestać było niesposób. Nie byłem w stanie oznajmić, że  nie zrobię ogródka tylko z tego powodu, że wszystkie otrzymywane na fundację środki (nawet wcale niemałe) musiały być przeznaczone na honoraria, że nikt nie chciał się godzić na pokrycie kosztów wynajmu lokalu, opłaty księgowej, personelu, marketingu – słowem całej trwającej przez sezon pracy. Wreszcie, że nawet środki na kolejny sezon potwierdzane zostawały zwykle późną wiosną, gdzieś na wysokości maja.

A wiosna była barwna tego roku. W marcu, wymieniono po raz kolejny władze w WSD. I podziękowano mi z końcem semestru zimowego. Odszedłem w ślad za profesorem Kamińskim Kierowałem jednak jeszcze do końca czerwca Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Jednocześnie Andrzej Urbański, po odejściu rządu Buzka, z którym był pod koniec silnie związany  rozpoczynał swoją grę o polityczne przetrwanie prawicy. Najpierw związał się (ale nie partyjnie, jak to u niego w zwyczaju) ze  Stronnictwem Konserwatywno Liberalnym  Artura Balazsa, które wniósł w posagu Lechowi Kaczyńskiemu. Bowiem jak mi zakomunikował – właśnie na niego czyli na Lecha Kaczyńskiego: postawił. Zabrzmiało to jak na Służewcu, gdzie zresztą też przez moment sponsora szukałem. Widac jednak, że polityka to sport konnym  wyścigom bliźniaczy. I czasem niezwykle prostych wymaga refleksji. Ot takich, jak zapamiętana z Makuszyńskiego lekcja szybkobiegania. Kiedy to Jacek wymienia Placka w połowie wyścigu o nagrodę Miasta.[1]

Tak więc mój Jędrek poznawszy obu księżycowych braci  najprościej wyliczył, że nawet jeśli z osobna mają konkurencję w sztafecie nikt ich nie pobije.

A Teraz Konkretnie z A. Olechowskim ( 21.V.1994)

A Teraz Konkretnie z A. Olechowskim ( 21.V.1994)

A mnie ?  Mnie Andrzej Olechowski wydawał się wyższy… I tak Urbańskiemu powiedziałem, gdy w czasie, gdym kierował Centrum Monitoringu Wolności Prasy namawiał mnie bym zorganizował grono autorytetów wspierających Kaczora w drodze po prezydenturę Warszawy. Tak powiedziałem, bo czułem, że na wsparcie mojego ówczesnego otoczenia liczyć nie mogą. Tak powiedziałem też dlatego, że w głębi duszy jestem przekonany o przewadze dźwigów Lubiatowskiego. Czułem, że Kaczyński to nowy Gomułka. Uczciwy pewnie, ale w Miasto łopaty nie wbije.

Szukając wsparcia, autorytetu, siły – udałem się zatem na rozmowę do Andrzeja Olechowskiego. Nie było to moje pierwsze z nim spotkanie. Zetknęliśmy się w Nowej Telewizji Warszawa, gdzie prowadziłem z nim wywiad jako z Ministrem Spraw Zagranicznych. – Pani Ministrze spytałem, czy nie spadliśmy z deszczu pod rynnę. Czy z uzależnienia od Związku Radzieckiego nie popadamy w podległość Stanom Zjednoczonym ? Pamiętam odpowiedź:

- Polska jest istotnie zainteresowana trwałą i serdeczną współpracą z USA. To nasza racja stanu i najlepsze oparcie. Albowiem, (tu Olechowski szeroku uśmiechnął się do kamery:

- Nie mamy wspólnych granic!

Odpowiedź genialna i uczciwa. Pozostało najlepsze wrażenie. Respekt nawet.

Teraz też było miło. Gadaliśmy godzinę. To ponoć niezwykłe. Niedoszły prezydent kraju i Warszawy nawet nie ziewnął, nie wyszedł w trakcie do siłowni lub na tenisa, co ponoć ma w zwyczaju. Przeciwnie po 30 minutach rozmowy o mediach, centrum monitoringu i takich tam sprawach zdjął marynarkę i przeszedł do rzeczy, definiując swoje plany i ambicje.  Ofiarowałem daleko idącą pomoc i wychodziłem w przekonaniu, żeśmy się na coś umówili.  Lecz po tym spotkaniu i miłych słowach z tamtej strony pełne zapadło milczenie. Poczta e-meilowa szła w dym. Nie wiem: sprawdzono moje nie aparatczykowskie korzenie czy ktoś mnie zablokował…

Z Andrzejem inaczej. Dla Jego działań na rzecz Lecha Kaczyńskiego zrobiłem, czy próbowałem zrobić więcej niż obiecałem. Testowałem wśród otaczających mnie dziennikarzy (Agnieszka Romaszewska, Jurek Kisielewski, Stefan Bratkowski, Krystyna Mokrosińska) – szansę na wsparcie środowiskowe dla Kaczora. Były zgodnie z przewidywaniami zerowe. Próbowałem namówić jeszcze Mokrochę by chociaż Andrzeja zgodziła się włączyć do Rady Konsultacyjnej Centrum Monitoringu wolności Prasy.  Jej szczerość była bezwzględna.

– Urbański! Parsknęła. A komu coś kiedy załatwił Urbański… Nie było o czym gadać.

Mnie natomiast  Andrzej Urbański skontaktował  tej wiosny z byłym (ale dysponującym jeszcze rządowym samochodem) premierem Buzkiem. Zaproponowano mi zorganizowania Instytutu Mediów i Public Relations przy Akademii Polonijnej w Częstochowie.

Rozdział. LXXII – Jerzy Buzek czyli pielgrzymki do Częstochowy

CDN


[1] “Tłum współzawodników runął przed siebie jak gromada z nagła przerażonych baranów: każdy z nich wytrzeszczył oczy, a niektóry wywiesił język jak czerwoną flagę, co zapewne pomaga przy wielkim wysiłku, i pognali, aż się za nimi zakurzyło.

– Gdzie jest młodzian w czerwonych majtkach? – zapytał hrabia.

– Na przedzie! – zakrzyknęły dziewice.

– Oby został zwycięzcą! – rzekł hrabia, pomyślawszy równocześnie, że takiemu smykowi można by dać kieliszek do jaj, a zamiast scyzoryka uśmiech, o który tak pięknie prosił.

Tłum współzawodników zniknął mu z oczu, gdyż mieli, krążąc przez poła i lasy, obiec miasto dokoła.

Placek, który świetnie biegał, znajdował się z początku na czele długiego węża biegnących, następnie jednak, niewidocznie i ostrożnie, zaczął powoli zostawać w tyle, kiedy zaś przestano na niego w ogólnym zapamiętaniu zwracać uwagę, obejrzawszy się pilnie, uskoczył jelenim susem w bok i zapadł w boczną ulicę. Nikt nie dojrzał tego czynu wielokrotnego rekordzisty, wszyscy bowiem byli zajęci sobą, nikt też nie widział, że kiedy pochód obłąkańców począł zbliżać się do mety, wtedy z przydrożnego drzewa na sto kroków przed nimi zsunął się Jacek i począł jak zając gnać na czele zdyszanego orszaku.

– Czy widać co? – zapytał hrabia.

– Och! – zakrzyknęły dziewice – bieży jakiś samotny bohater, a za nim bardzo daleko biegną inni.

– Ha! – zdumiał się hrabia. – Czy aż tak ktoś się wysforował?

– To one! To one! – zawołały dziewice.

– Jak to one? Czy biega ktoś rodzaju żeńskiego?

– Czerwone majtki! Czerwone majtki!

– Uff! – zdumiał się hrabia.

Z pałacu wszyscy dostrzegli już Jacka, który gnał, wielkie czyniąc susy, lekko i bez zmęczenia.

– To nie do pojęcia! – mówił hrabia. – Pobił najsłynniejszych biegaczów!

W tej chwili Jacek mijał celownik, pozostawiwszy daleko poza sobą wydłużonego węża biegnących. Udawał, że ciężko dyszy i że się słania ze zmęczenia na nogach, na czole nie miał jednak ani kropelki potu.” Kornel Makuszyński, O dwóch takich co ukradli księżyc

Rozdział LXXII – Jerzy Buzek czyli opakowanie

poprzedni pierwszy następny

Pielgrzymowanie

Przełom tysiąclecia. Polska w nowym kształcie administracyjnym. A także ustrojowym. Powołanie samorządowego województwa nie zwiększyło siły regionów, umożliwiło jednak stworzenie silnych baz dla coraz bardziej alienującej się od wyborców klasy politycznej. A raczej media-politycznej, gdyż przenikanie tych sfer zarówno co do metod działania jak i w konsekwencji co do składu wypełniających je osób z dnia na dzień robi się coraz bardziej wyraźne. Rzecz bowiem nie w środkach technicznych lecz w umiejętności ich wykorzystania. W końcu tzw. Komunę:   dysponującą całą infrastrukturą limitownego papieru, radiem  i telewizją obaliliśmy przy pomocy powielaczowych ulotek. Wystarczyło  porozumienie społecznej woli przekazu, której nie dało się zagłuszyć.

We wstępie do programu na dziesięciolecie Ogródka napisałem, że dekada to czas trudnych podsumowań. Po zakończeniu ogródka podszedłem do lustra i spytałem sam siebie – co dalej.

- Facet, mówiłem do odbicia.-  Masz przecież wszytkie sznurki w ręku. Kierujesz Centrum Monitoringu Wolności Prasy, nauczasz w Wyższej Szkole Dziennikarstwa. Masz komputer, fax a nawet wspaniałą sekretarkę. ( Jola Chojecka zatrudniła w CMWP Basię Karczewską, z którą

Basia Karczewska

Basia Karczewska

wydawało się naprawdę, że można góry przenosić.). –  Ratuj się i nie daj zgubić kraju.

Od przegranych wyborów samorządowych roku ’94 i likwidacji Telewizji Grauso w ’95 czułem przecież, że mogę funkcjonować żywiej. Ostatnią próbę miejską podjąłem… 11 września 2001. Na ten dzień,  już  po zakończeniu X KTO byłem umówiony z Tomaszem Siemoniakiem. Ten człowiek biurka pełnił wówczas  funkcję wiceprezydenta Warszawy. To też były „pumpers” telewizjonista, który nb. swego czasu zrzucił jako szef Pr I TVP projekt mego ogródkowego live-u.  Dziś w Rządzie Tuska jest zastępcą szefa MSWiA – coś jakby „czekista”…?

Tomasz Siemoniak - człowiek biurka

Tomasz Siemoniak - człowiek biurka

Wkroczyłem do gabinetu bodaj około trzeciej z minutami. Akurat w chwili, gdy wszystkie agencje podały wiadomość o ataku na WTC. Miałem rozmawiać o przekształceniu KTO w imprezę miejską. Rozmowa jak tysiąc poprzednich o wszystkim i o niczym… Siemoniaka najbardziej interesowała w tym momencie decyzja Platformy o zawieszeniu kampanii wyborczej na kilka godzin.

11 września 2001

11 września 2001

No cóż. Symboliczny wypadek. Od niego jednak pewnie coś się zaczęło. Choćby to udręczające Radio Zet, które codzień mi potem przez kilka miesięcy od rana w głowę wkładało, że oto już po WTC żyjemy w innym świecie. Od tego czasu na Siemoniaka i Radio Zet reaguję jak… na łańcuchową karuzelę.

Mając zatem dostęp do większości polityków i dziennikarzy, i naprawdę niewygórowane wymagania zacząłem szukać miejsca, gdzie może lepiej niż w przez nikogo z decydentów nie chcianej Dolinie Szwajcarskiej byłbym wykorzystany. ( Wiedziałem zresztą, że jeśli Dolina stanie się tylko marginesem mych zajęć tak jak to było przez pierwsze cztery lata w Lapidarium w sumie dużo łatwiej będzie mi jej instytucjonalizację przeprowadzić).

Z trudem przychodzi mi odtworzyć stan moich ówczesnych emocji politycznych. Niewątpliwie dzieliłem jeszcze świat na „postsolidarnościowy” i „czerwony”. Dziś już tego nie czynię. Dziś jak sądzę dzielimy się na tych co jeszcze o Polsce ( a to znaczy Jej  języku, obyczajach, granicach, zasobach) – pamiętają i tych, których cieszy możliwość roztopienia się w nieokreślonej, bezideowej  magmie. Ale także wierzyłem, że żyjemy w niepodległym kraju, którego wolnośc wywalczyliśmy sami. I co do tego ostatniego dziś mam coraz większe wątpliwości.

Bardziej  z przyjaźni niż z przekonania starałem się pomóc Urbańskiemu organizującemu zaplecze dla Kaczyńskich  - ale jako się rzekło bezskutecznie. Inteligencko dziennikarskie kręgi, na które miałem przełożenie absolutnie ich nie akceptowały. Jakoś to zresztą współodczuwałem. Bo choć nie mam żadnych wątpliwości co do inteligencji, uczciwości i ideowości obu braci czuję jednak, że jest w nich pewien rodzaj zacietrzewienia, a także bezwzględności, która utrudnia im pozytywne rządzenie. A potem, po nieoczekiwanym zwycięstwie osiągniętym dzięki wsparciu kręgów katolickich i ludowych ich partia jak każda instytucja władzy zaroiła się tłumem ludzi tak marnych i małostkowych jak… Coż powiedzieć. – Może, – jak Polska właśnie !

Szukałem dalej. Wtedy ( jesteśmy jeszcze wszak przed Aferą Rywina) teczki jeszcze nie latały,  myślałem serio o Olechowskim. Wysoki, bez kompleksów, nie powinien się mnie obawiać -kombinowalem. Może i dobrze się stało, że nie wyszło. Mysłałem oczywiście o mediach. Telewizji. Zdawałem sobie sprawę, że bliskie jest wejście systemów cyfrowych, multipleksu, platform internetowych. Mówiłem o tym wiele. Z Andrzejem Urbańskim widywaliśmy się wtedy często,  dużo rozmawiająć na temat konieczności tworzenia szkół kształcących uczciwych i fachowych dziennikarzy.

Zaczynał się wszak wtedy narastający z każdym dniem proces medialnego chaosu spełniającego w istocie rolę bardziej destrukcyjną od komunistycznej zagłuszarki. Dziś rację ma nie ten kto ma lepsze argumenty lecz ten, kto zdoła się przebić. Zaistnieć. Zwrócić na siebie uwagę. Wiedzą o tym politycy i pewnie dlatego zaroiło się w nowych czasach od uczelni medialnych. Większość dzierżą w swym wpływie pogrobowcy czerwonych. Prawicowym politykom jednak także uczelnie się marzą. Stale też ta myśl chodziła za Urbańskim. Co na mnie popatrzył, to głównie przypominał mu się mój doktorat i kombinował jakby tu jakąś uczelnię wygenerować. Jeszcze gdy zarządzałem Elektoralną myślał o stworzeniu przyczółkowej szkoły. Podobne pomysły będą chodziły mu po głowie, gdy zostanie prezesem telewizji.  Teraz, tzn. w 2001 temat ten podjął wycofujący się z aktywnej polityki prof. dr hab. Jerzy Buzek i z rekomendacji Andrzeja zwrócił się do mnie o pomoc w organizacji takiego kierunku przy Akademii Polonijnej w Częstochowie.

JM Jerzy Buzek

JM Jerzy Buzek

Przygotowałem zatem projekt „Katedry Mediów Internetowych i Public Relations”. Miało to być niezbędne uzupełnienie dla studentów kierunków – pedagogika, zarządzanie i marketing, dyplomacja, urzędnicy instytucji Europejskiej – w Polsce i w instytucjach brukselskich.

Opracowałem plan. Rozkład zajęć prasowych, telewizyjnych, radiowych i internetowych. Nawiązałem kontakt z potencjalnymi wykładowcami. Zredagowalem też ulotkę. Pracowałem w Warszawie, a także w Częstochowie. Spędziłem z byłym premierem na ciągłych rozmowach  łącznie około sześciu godzin. Raz czy drugi odwiedziłem go w warszawskim mieszkaniu  przy Sobieskiego. Zdarzało się, że rano podjeżdżał  po mnie na Starówkę służbową Lancią. A gdy tak mknęliśmy do Częstochowy – czasem w towarzystwie byłej minister Kamińskiej,  pan Buzek–  perorował.  Odniosłem oczywiście jak najlepsze wrażenie. Rozmawialiśmy o służbie zdrowia, zdrowiu i karierze młodej Agaty, samorządzie.

Profesor ma niewątpliwie zmysł dramatyzmu czy melodramatyzmu nawet. Rozmawialiśmy o czterech reformach. Reformie terytorialnej, oświatowej,  przekształceniach służby zdrowia i ubezpieczeń społecznych. Wywiady zacząłem od pytania o służbę zdrowia.

Agata Buzek

Agata Buzek

Profesor Jerzy Buzek ma tu szczególne doświadczenia z okresu ciężkiej choroby córki Agaty w późnych latach 80 tych. Jako dziewczynka przyszła aktorka często się przeziębiała, a kuracje antybiotykami były bezskuteczne. Wtedy padło podejrzenie o nowotwór. Po badaniach, przypuszczenia okazały się  słuszne. Ojciec opowiadał mi jak choroba została źle zdiagnozowana w Katowicach, jak jeździli do Krakowa. Profesor mechaniki twierdził, że w czasie choroby córki praktycznie zmienił specjalizację studiując coraz głębiej medyczny przypadek Agaty. Okazało się wreszcie, że dziewczynka miała ziarnicę. To w tym czasie był prawie wyrok: nowotwór układu chłonnego, atakujący węzły chłonne i pozawęzłową tkankę limfatyczną. Wiele pretensji pozostało w przyszłym premierze do lekarzy. Szczególnie miał im za złe źle pojętą  solidarność zawodową. Krakowski specjalista, który prawidłowo zdiagnozował Agatę nigdy nie przyznał, że błędów katowickiego kolegi dziewczynka  omało nie przypłaciła życiem.

To była przedakcja i  konfliktu zawiązanie.  Czas na kulminację –  to walka o życie. Następuje piękna opowieść o ludzkiej solidarności, o wsparciu środowiska naukowego, licznych wizytach w Niemczech, gdzie prywatne osoby udzielały Buzkowi wraz z córką gościny. Nie zapominajmy, że obecny przewodniczący Parlamentu Europejskiego jest ewangelikiem. Należy więc do jednej z piękniej w Europie wspierających się wspólnot. Wreszcie melodramatyczne zakończenie. Przyjdzie taka chwila, gdy po latach napięcia, wydatków, korzystania ze składkowych darów mógł Jerzy Buzek już jako premier Rzeczpospolitej odwiedzając Niemcy podjechać niezapowiedziany służbowym samochodem pod dom przez lata udzielających mu schronienia niemieckich przyjaciół. Podziękować, zapraszając na oficjalne spotkania w Rathausie. Wszystko niczym z amerykańskiego oleodruku.

Nie mniej pięknej opowieści wysłuchałem o początkach kariery Agaty. O jej  pierwszych występach w warszawskiej Szkole Teatralnej, kiedy to rektor Englert z dziekan Górską na pierwszym roku z trudem tolerowali wślizgującego się na otwarte (raczej jednak dla studentów niż rodziców) tzw. egzaminy ze scen aktorskich – zakochanego w występach córki prowincjonalnego profesora. Aż tu, proszę, proszę… Gdy został premierem, gdy Akademia pojęła ile może zyskać dzięki wysokiej protekcji w osobie Szefa Rządu. Premier teatroman, toż to sen jak z Szekspira.

Nie omieszkałem rzecz jasna w tym momencie wtrącić opowieści o tym jak go próbowałem zaprosić, gdy mi się nieoczekiwanie Kalisz na Doliną Szwajcarską się zdesantował. Premier rzecz jasna nie mógł się nadziwić, że się o moim zaproszeniu nie dowiedział.  Twierdząc, a z wielkim odgrywał to przekonaniem,   że gdyby mu tylko powiedziano,  przybiegł by do mnie na skrzydłach…

” – Co czytasz książę ?     - ……………………………….”

Teresa Kamińska

Teresa Kamińska

Trzecim razem pytałem o horrendalne, według doniesień prasowych zarobki szefów kas chorych. Aż się oboje z Kamińską zaperzyli. Bzdura, nic podobnego. Szefowie kas chorych zarabiali po kilka tysięcy złotych. To wszystko medialne wymysły, któych w żaden sposób zdementować się nie dało. Decentralizacja zdaniem byłego premiera polegała na tym, że jego rząd faktycznie przekazał do województw, do samorządów znaczne środki, umożliwiając samodzielne dysponowanie nimi.

Buzek twierdził, że rząd Millera wstrzymując w szczególności reformę służby zdrowia przechwytuje środki, które miały być przekazane samorządom. W ten sposób dysponując nimi  z centrali będzie mógł pod koniec kadencji rzucić je na rynek wywołując przejściowy wzrost gospodarczy służący jedynie wygraniu kolejnej kadencji. Obawy prorektora Akademii Polonijnej okazały się płonne. Wzrost wygenerowany przez Millera ze smakiem Kaczyńscy przejedzą.

Lewicę zaś w pochodzie po wszechwładzę zatrzymał nie kto inny jak rzucający na szalę cały swój autorytet:  Adam Michnik chwytający za połę chałata Lwa Rywina. I o tym także pamiętać wypada.

Bo to był właśnie rok Lwa.  Jeżdżąc z Buzkiem do Częstochowy byłem już  dyrektorem działającego przy stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Te problemy też siłą rzeczy coraz mocniej mnie pochłaniały. W sumie odbyliśmy dwie i pół podróże. Jakieś rozmowy, pisanie, spotkanie z Księdzem Rektorem. Wreszcie  gotowy projekt,  jakieś mętne obietnice, a potem ot za trzecim razem zmieniły się nagle u stóp Panienki Częstochowskiej premiera plany. BOR-owski kierowca odwiózł mnie grzecznie na dworzec i tylem  Deputata widział.

Buzek Dostojny

Buzek Dostojny

Czy muszę dodawć, że nic z tego (przynajmniej dla mnie) nie wyszło. Że wykorzystano mnie bezczelnie nie płacąc złamanego grosza. Opracowana przeze mnie ulotka do dziś wisi w internecie, studia się toczą. Nie bardzo tylko wiadmo, kto je prowadzi i dla kogo. Mnie w kilka miesięcy po wykonaniu prac projektowych, gdzieś na wysokości września 2002 poinformowano, że się studenci nie zgłoszają, a więc i pracy nie będzie. O tej zainwestowanej w kwietniu  nikt przecież nie pamiętał.

Typowe polskie zachowanie prawicy. Podobnie wszak było z robionymi przez firmę „Kontakt” Mirka Chojeckiego kampaniami wyborczymi kolegów z opozycji, którzy po pierwsze, drugie i trzecie zobowiązań nie płacą. Tak więc ewentualnych chętnych do współpracy z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego – ostrzegam.

Polityk  nie jest po to by płacić czy wypełniać zobowiązania. Nie nosi też w sobie treści. On wręcza obwoluty. Trzeba przyznać, że Jerzy Buzek ma dobre opakowania.

Zniknął z mego życia jak drobny hochsztapler. Oglądać go możemy – w Internecie. Przejrzałem go właśnie, by tekst ozdobić zdjęciami, których wszakże w trakcie wspólnych podróży nie miałem okazji zrobić. Zdjęć szefa parlamentu wiadomo – dostatek. Wspaniałe opakowania. Premier Piękny. Uczony zamyślony. Czasem Mężczyzna uroczy. Nie brak też zdjęć ukochanej córki Agaty. Niektóre nawet – bez opakowania. [1]

Naga prawda o przewodniczącym Parlamentu Europejskiego

Noblesse oblige ?

No cóż. Pewnie jestem staromodny. Może z innej epoki. A może z innego melodramatu. Tak sobie jednak myślę, że europejska klasa, ewangelicka wstrzemięźliwość, by o polskiej godności nie wspomnieć  z pornografią, nawet artystyczną nie idą w parze.

I proszę mi nie mówić, że ojciec nie odpowiada za dzieci. Mam dwie córki.

Emila & Kamila Kijowska

Emila & Kamila Kijowska

Pochlebiam sobie, że nie brzydsze od pięknej Agaty. I mówię to serio do nich i tym, którzy mnie czytają. Gdyby  swój proces wychowawczy zakończyły w podobny sposób szafując ciałem – uznałbym to za osobistą klęskę.  I nigdy nie zdecydowałbym sie po tym kandydować na stanowiska, które zajmować winni tylko ci co  potrafą dla innych świecić  przykładem.

Demaskujemy się wzajemnie. Unia Europejska  Berlusconiego od libacji i Buzka od rozebranej Agaty, który z Pielgrzyma na moich oczach przedzierzgnął się w małego naciągacza – sama sobie wystawia świadectwo.

Rozdza.LXXIII – Rok Lwa czyli GTW

CDN


[1] Naga prawda o Przewodniczącym Parlamentu Europejskiego

http://www.bloblo.pl/image/6496/oryginal/01927_Agata_Buzek_122_352lo.jpg

http://www.bloblo.pl/image/6497/oryginal/02065_Agata_Buzek_427_122_253lo.jpg

http://www.bloblo.pl/image/6498/oryginal/02066_Agata_Buzek_037_122_491lo.jpg http://www.bloblo.pl/image/6499/oryginal/02067_Agata_Buzek_241_122_188lo.jpg

Rozdz.LXXIII – Rok Lwa czyli GTW


poprzedni pierwszy następny

Naważniejszym rokiem mego życia był niewątplwie rok 1981. Gdy się skończył 13 grudnia zaczął sie rok 1982 – bodaj najsmutniejszy. Udałem się wówczas pamiętam do funkcjonującego wciąż pod dyrekcją Hanuszkiewicza Teatru Narodowego na „Pana Tadeusza”. Zofia Kucówna mówiła wstęp do księgi XI. „O roku ów…”. Płakałem rzewnymi łzami. Tak rzewnymi, że od tego dnia po dziś: bywałem u dyrektorów Torończyka i Skotnickiego,  na zapleczu, we foyer, ba nawet produkowałem spektakl na Scenie Przy Wierzbowej. Ale progu Głównej Sali Teatru Narodowego – nie przekroczyłem. Jakoś się nie złożyło… Drugim takim czasem, drugą wiosną było opisywane tu 15 lecie, które zaczęło się po roku 1989 „dotąd lubią starzy o tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy”. Kiedy zaczął się zmierzch ? Bodaj czy nie w równe dwadzieścia lat później. W roku 2002. Z rokiem Lwa.

Naważniejszym rokiem mego życia był niewątplwie rok 1981. Gdy się skończył 13 grudnia zaczął sie rok 1982 – bodaj najsmutniejszy. Udałem się wówczas pamiętam do funkcjonującego wciąż pod dyrekcją Hanuszkiewicza Teatru Narodowego na „Pana Tadeusza”. Zofia Kucówna mówiła wstęp do księgi XI. „O roku ów…”. Płakałem rzewnymi łzami. Tak rzewnymi, że od tego dnia po dziś: bywałem u dyrektorów Torończyka i Skotnickiego,  na zapleczu, we foyer, ba nawet produkowałem spektakl na Scenie Przy Wierzbowej. Ale progu Głównej Sali Teatru Narodowego – nie przekroczyłem. Jakoś się nie złożyło… Drugim takim czasem, drugą wiosną było opisywane tu 15 lecie, które zaczęło się po roku 1989 „dotąd lubią starzy o tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy”. Kiedy zaczął się zmierzch ? Bodaj czy nie w równe dwadzieścia lat później. W roku 2002. Z rokiem Lwa.

Do tego czasu żyłem jakby w natchnieniu. Uszczęśliwiony 4 czerwca 1989, nieoczekiwaną wolnością, paszportem, komputerem. Poczuciem cywilizacyjnego przybliżania się do zachodu. Tak trwało, gdzieś do ( licząc mymi datami) – końca X jubileuszowego KTO. Który był wielkim ( oczywiście w mojej skali) sukcesem medialnym, a zarazem rozpoczął proces ostatecznego rugowania podobnych mi nie do końca oswojonych „solidaruchów” z życia publicznego. Nie zapominajmy, że po nieudolnych próbach zaimplantowania czterech buzkowych reform wahadło wyborcze przesunęło się tak zdecydowanie na lewo, że w miejsce nieudaczników i zawistników ( warto przypomnieć smutny los wicepremiera Tomaszewskiego) naród wybrał szajkę, którą Lew Rywin nazwał jednoznacznie – Grupą Trzymającą Władzę.

Jako dyrektor CMWP byłem w te sprawy dość głęboko wciągnięty. Obserwowałem jak rząd Millera starał się przejąć kontrolę nad Rzeczpospolitą ( dysponował w niej 49,9% udziałów) posuwając się nawet do próby odebrania paszportu Grzegorzowi Gaudenowi prezesowi polsko-norweskiej spółki Prespublika wydającej gazetę. Z drugiej strony  z zapisów przygotowywanej ustawy prasowej miało wynikać, że wydawca dużej gazety ( czytaj „Agora” wydawca Gazety Wyborczej) nie może być właścicielem częstotliwości telewizyjnej.

W ustawie były moim zdaniem dużo gorsze rzeczy. W projekcie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji przyjętym przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji na posiedzeniu w dniu 14 stycznia 2002 r. zauważyłem w szczególności przypominający komunistyczną frazeologię zapis, iż:

„Art. 36. 2. Koncesji nie udziela się, jeżeli rozpowszechnianie programów przez wnioskodawcę mogłoby spowodować : 1) zagrożenie interesów kultury narodowej, dobrych obyczajów i wychowania, bezpieczeństwa i obronności państwa oraz naruszenie tajemnicy państwowej,”

Jeśli ten, skierowany w intecji przeciw faszystom i anarchistom zapis, nie stanowi w istocie otwarcia drogi dla cenzury prewencyjnej to ja nie jestem synem autora Rezolucji Pisarzy z 29 lutego 68 roku opowiadających się przeciw tej instytucji.

Ani jednak poseł Juliusz Braun, ani Stefan Bratkowski nie mówiąc o zajmującej się Ustawą z ramienia Ministerstwa Kulturu Aleksandrze Jakubowskiej, którym na zapis ten zwracałem uwagę nie chcieli dostrzec problemu. Podobnie jak i cała, słownie cała prasa, od Gazety Wyborczej poczynając, poprzez w kolejności: Newsweek, Wprost, wreszcie Politykę: nikt nie chciał opublikować poniższych wywodów. Przepis ten też bez jednego słowa protestu został ostatecznie w 2004 przez Sejm IV Kadencji uchwalony i przez ówczesnego marszałka Oleksego wprowadzony. Obowiązuje i nikomu to nie przeszkadza. Nikomu nie przeszkadza, że zniesiona została tym samym wolność mediów. Media oddane zostały w ręce medialnych Oligarchów.

To znaczy wtedy zrobiono to wprost. Jak się bowiem przekonałem dostrzeżony przeze mnie dopiero w 2002 roku art. 36 wcale nie był nowy. Towarzyszył wszystkim wersjom ustawy od dnia jej uchwalenia. Tzn. od 29 grudnia 1992 roku. Wcześniej nawet. Jak bowiem stwierdził uzasadniając w tym dniu konieczność uchwalenia przedłożenia poseł Juliusz Braun było ono „wersją projektu posłów Bieleckiego ( Jana Krzysztofa) i Merkla (Jacka) przygotowaną przez Komisję Kultury i środków przekazu Sejmu X kadencji z czynnym udziałem przedstawicieli Radiokomitetu reprezentujących Rząd.” . Tych projektów było pięć.

Cytowany zapis pojawił się po raz pierwszy, by wejść do wszystkich kolejnych redakcji, w dniu 17.10.1991. W przedłożonym projekcie podpisanym m. in. przez Juliusza Brauna, Andrzeja Łapickiego, Adama Michnika, Jana Rokitę czy Hannę Suchocką omawiany punkt – brzmiał identycznie i nosił numer § 23 pkt. 2. Powoli spadały mi łuski z oczu. Nadal lecą… Dopiero ostatnio odkryłem, że zapis punktu drugiego art.54 Ustawy Konstytucyjnej z roku 97, który zezwalając na koncesjonowania mediów elektronicznych w istocie znosi wolność mediów jest zgodny…z Europejską Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Ta ostatnia poprawia nieco „Deklarację praw Człowiek i obywatela” precyzując w artykule 10 – „Każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe.

a. Niniejszy przepis nie wyklucza prawa Państw do poddania procedurze zezwoleń przedsiębiorstw radiowych, telewizyjnych lub kinematograficznych

Pierwszy raz było mi dane ponformować o tym opinię publiczną dopiero w roku 2008 – w sześć lat po napisaniu tekstu. Znalazło się dlań miejsce w Rzeczpospolitej.

Musiałem się jednak liczyć z miejscem. Nie starczyło go już na podanie autorów i historii paragrafów.

CDN r. LXXIV

Niesprawiedliwość Sądu czy bezkarność Prasy

Rozdz. LXXIV – Niesprawiedliwość sądu i bezkarność prasy

poprzedni pierwszy następny

Niesprawiedliwość sądu i bezkarność prasy

Są tacy ludzie, których życie realizuje się w społeczeństwie. Tyle czujemy się warci ile znaczą nasze nazwiska. Poklask, publiczne wyróżnienie  – wszystkim: sądowym, prasowym, administracyjnym osobom często zastępują majątek. Nie ważne co mówią mawiała moja babcia, byle głośno i z nazwiskiem. Gatunek ludzi spełniających się w życiu publicznym na użytek tej anegdoty niech będzie nazwany jastrzębiami. O jastrzębiach wolno wszystko wiedzieć: Wynika to wprost z 61 artykułu Konstytucji RP, który głosi

1. Obywatel ma prawo do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne.

Są jednak inni. Tzw. Milcząca większość. Dla których upublicznienie może być jedynie karą. Ludzie czysto prywatni,  nastawieni na to ogniwo wolności, jakim jest moja swoboda osobista. Bezpieczeństwo jednostki, która nie chce być wykorzystywana przez zinstytucjonalizowaną machinę współczesnego świata. Nie chcę by mnie nagabywano, kontrolowano mój majątek – obawiam się natrętów, rozumiem, że szczęście i bogactwo w ciszy najlepiej dojrzewa.

Tak myślą ci, którzy mniej mówią, więcej robią, ci, którzy chcą żyć w wolności i spokoju. Nazwijmy tych ludzi  gołębiami.

Konstytucja, a  w konsekwencji omawiane dziś uregulowania prawne, są w istocie antynomiczne.  Adresowane są do prywatnych obywatelskich gołębi i do publicznych jastrzębi. A przecież jastrząb nie pojmie gołębia, w którego interesie artykułowi 61 Konstytucji przeciwstawiono art. 47,49,51.

Każdy ma prawo do ochrony życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym.

Pewnego razu, do Centrum Monitoringu Wolności Prasy, przyleciał gołąb. Gołąb był inteligentnym studentem prawa. Przyniósł gazetę, w której opisano jak jego rodzice przez lata pomagali bezdzietnym sąsiadom, rodzeństwu, a po śmierci brata uzyskali przepisanie na siebie dużego gospodarstwa wartego kilkaset tysięcy złotych w zamian za opiekę nad osieroconą staruszką. Potem następował opis gehenny staruszki: jak była głodzona, podtruwana, jak ją mój gołąb, a syn gospodarzy nawet miał w twarz uderzyć.

Patrzyłem w twarz gołębia, gdy mi tłumaczył ile w tym wszystkim zawiści, obmowy, ludzkiej pazerności ( po staruszce, która uciekła od nich z domu można jeszcze odziedziczyć sporą sumę pieniędzy oraz odszkodowanie za pracę przymusową); patrzyłem w twarz młodego adepta prawa. Budził moje zaufanie.

Artykuł prasowy, którego mój gołąbek był bohaterem skonstruowany został pozornie bez zarzutu. Nie wymieniono nazwy miejscowości, z której ów student pochodził  ( teraz Rodzice już na niego przepisali inkryminowane gospodarstwo). Zrobiono mu wprawdzie zdjęcie w charakterystycznej kurtce na tle domostwa lecz twarz została zamazana. Również i nazwiska nie wymieniono zastępując je inicjałami.

Cóż z tego: za zgodą pokrzywdzonej staruszki podano nazwisko jej i ludzi, którzy się nią teraz zajmują ( czy jak chce gołąb czyhają na schedę). Naturalnie, że wszyscy czytelnicy lokalnej gazety natychmiast zorientują się o kogo chodzi.

Winien – nie winien. Trudno wyrokować. Jednak ta sprawa nie ma aspektu prawnego. Nikt tu nikogo nie sądzi. Prasa w istocie powtarza plotki wychodząc z założenia, że jeśli ludzie gadają  to coś w tym być musi.

I cóż mogłem poradzić gołębiowi, który przyszedł skonsultować długie dementi. Cóż mogłem mu poradzić: tyle by raczej nadal nie ujawniała swojego nazwiska, i ewentualnie przez adwokata zaprotestował przeciwko publicznym potwarzom.

Powiedziałem mu jeszcze, że gazeta żyje jeden dzień, ale bez wielkiej w to wiary bo doświadczenie mnie nauczyło, że tzw. życzliwi mogą przez dziesięciolecia przechowywać kompromitujące kogoś wycinki. Nazbyt bezkarny jest dziennikarz.  W głębi duszy pomyślałem.

Pomówmy teraz o jastrzębiach. O tych wszystkich, którzy żyją ze swych nazwisk, funkcjonują przy instytucjach publicznych. O tych zatem, których pomysł na życie łączy się bardziej ze służbą niż z prywatnością.

Opowiem o jednym z nich. Otóż byłem świadkiem jak w 2002 roku przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie zakończył się w drugiej instancji proces jaki z powództwa cywilnego czasopismu „Wprost” (co

Aleksandra Zawłocka

Aleksandra Zawłocka

zakończyło się ugodą), z powództwa karnego zaś koleżankom Aleksandrze Zawłockiej oraz Joannie Kluzik wytoczył były szef więzienia w Płocku oraz przez czas jakiś Naczelnik wszystkich polskich więzień. Przez moment nie przypomnę jego nazwiska. Zrobię to za chwile byście zrozumieli Państwo co mi, a i komuś kto zechce na ten temat

Joanna Kluzik

Joanna Kluzik

pisać, może  za to grozić.

Otóż w trakcie procesu nikt nie kwestionował stanu faktycznego, który jest taki, iż raport Naczelnej Izby Kontroli był dla szefa więzień druzgoczący, że został on skazany przez Sąd Rejonowy i zmuszony został podać się do dymisji. Nie było więc ważne, że dziennikarki napisały zjadliwy wprawdzie lecz oparty na faktach artykuł, w najlepszej wierze, a skarżący były urzędnik kwestionował kilka szczegółów. Dla Sądów wszystkich instancji ważne było przede wszystkim to, że na skutek skrótów redakcyjnych nie podano informacji, iż wyrok sądu rejonowego, nie był w danym momencie prawomocny.  (Nb. został on  w rezultacie umorzony lecz nie ze względu na brak winy lecz z powodu znikomej społecznej szkodliwość czynów o które  b. Naczelnika oskarżał NIK.)  Najbardziej jednak zbulwersowało sąd, iż w artykule o szefach wszystkich polskich więzień, który podał się do dymisji ze względu na kompromitujące go zarzuty NIK-u, koleżanki dziennikarki użyły jego nazwiska bez zgody sądu. Przecież – zdaniem warszawskiego sądu apelacyjnego, to już dzisiaj niewiniątko, gołąbeczek,  skromny emeryt i wymienianie jego nazwiska miał zakosztowac dziennikarki po 5,5 tysiąca złotych, z których trzy tysiące gdyby  zechciały mogły zamienić na 30 dni aresztu.

Otóż tak się proszę Państwa składa, że kto ma więcej niż dwadzieścia lat musi znać tego Pana. Sam przeprowadzałem z nim kiedyś wywiad w telewizji, nota bene jako z jednym, jak mi go wówczas zachwalono z najlepszych funkcjonariuszy. I nie o tym czy dobry on czy zły jest teraz sprawa. Lecz o tym, że ten pan ma publiczne imię i nazwisko. I po pięciu latach nie wrzucimy do pieca niepamięci historycznego faktu, że ten Pan to obywatel z gatunku jastrzębi i nazwa się Lech Moderacki.

Rażąca, szokująca w moim przekonaniu niesprawiedliwość Sądu. Sądu, co do którego bezstronności muszę zgłosić i czynię to publicznie poważne wątpliwości. I nie chodzi tu o jakieś naciski czy politykę,  chodzi  o wyczuwalną nie w tym jednym procesie atmosferę solidarności grupowej.

Były czy nie były ale szef więzień jest ostatnim ogniwem wymiaru sprawiedliwości. Czy można dopuścić by go jakieś pismaki ścigały.

Administracja boi się prasy, lekarz nigdy nie powie publicznie ani nawet prywatnie, że jego kolega daje złe diagnozy. To samo prawnicy. Za chwilę pewnie przeciw prasie zjednoczą się biskupi.

Prasa jest bowiem łatwym kreatorem wyroków. Prasa już zdecydowała, że wymieniony z nazwiska hierarcha kościelny jest grzeszny, a sanitariusz  pogotowia o pseudonimie Anioł Śmierci uśmiercał pacjentów. Istnieje duże, wysokie prawdopodobieństwo,  ba pewność prawie, że dziennikarze dwóch najważniejszych polskich gazet nie mylą się. Osobiście mam wielkie zaufanie do redakcji Gazety Wyborczej i Rzeczpospolitej, iż nie śmiem myśleć by powodowały nimi pogoń za niesprawdzoną sensacją.

Ale kiedy tak myślę, to czy nie przemawia przeze mnie czasem także solidarność zawodowa ? Niechęć do przyznania, że zapewne mam rację ale istniej też pewne prawdopodobieństwo, że się mylę.

Prasa i sąd, jak jastrząb i gołąb stoją na przeciwległych biegunach. Prasa żyje z prędkości, sądy są powolne.

Prasa podaje wiadomości dobre i złe, ale wie, że te ostatnie zawsze budzą większe zainteresowanie. Ale prasa, potężne silne medium w obydwu tych wypadkach często zbyt lekko przechodzi nad małym słówkiem: Prawie. I często niby olbrzym wkraczający mięzy liliputów zapomina o swojej sile. O tym, że gdyby się jednak okazało, iż ksiądz nie jest grzeszny, a sanitariusze nie są mordercami, to to już niczego nie zmieni. Nazwisko bowiem zostało splamione na wieki. I nie ma ani pieniędzy ani sprostowania, które zagłuszyłoby powstały szum prasowy.

Kilka miesięcy pracy w Centrum Monitoringu Wolności Prasy, zapoznanie się z wyrokami sądów, choćby takich jak ów gdy sąd skazał żoliborską dziennikarkę, która napisała o radnym, że zakłócał przebieg wyborów, a w artykule swoim  opierała się na zeznaniach świadków i protokole przewodniczącego Okręgowej Komisji Wyborczej, którego to dokumentu sąd w ogóle nie wziął pod uwagę  – przekonały mnie, iż wyroki sądu potrafią być w sprawach prasowych rażąco niesprawiedliwe.

Z drugiej jednak  niefrasobliwe wyznania dziennikarzy, którzy przyznają się radośnie – no fakt napisaliśmy, że szewc z dworca jest partacz, stracił przez to klientów, to co mamy zrobić by zrozpaczony nie zaskarżył nas na duże odszkodowanie – fakt ten pokazuje, że wiele jeszcze wody w rzece upłynie zanim społeczeństwo polskie zyska demokratyczną kulturę prawną, opanuje procedury, a nade wszystko nauczy się szacunku dla własnych instytucji, obowiązujących uregulowań prawnych, dla swoich sądów, swojej prasy, swojej wolności.

Pora na wnioski:

1.         Prasie nie wolno zajmować się gołębiami. Nie może stawać się maglem. Powtarzać plotek. Obiektem zainteresowanie mediów mogą być tylko osoby publiczne. Ale upublicznienie nie tylko od nas zależy. Upubliczniają nas nasze czyny. Nasza dobra ale i zła sława. Osobą publiczną staje się tak samo zbrodniarz jak bohater. Dla jednych mamy piedestały dla drugich zaś pręgierze.

2.         Gołąb może stać się jastrzębiem, gdy mu udowodnimy, że zajmuje się polowaniem, gdy odpowiada przed sądem, gdy jego czyny i zła sława uczyniły go osobą publiczną, może być wówczas publicznie sądzony.

3.         Jastrząb nigdy nie przedzierzgnie się w gołębia. Przeszedł bowiem do historii, a jej utajniania wymagać nie można. Nie ważny jest kontekst w jakim się to stwierdza. Tak jak za wprowadzenie stanu wojennego nie oskarża się  prywatnie obywatela o inicjałach Wojciech J. Lecz byłego Sekretarza KC PZPR, którego nazwisko jedynie przez zadawnioną niechęć obecnie  pomijam;  tak samo w latach 90 szefem więzienia w Płocku, a później Państwowego Zarządu Więzień nie był z pewnością żaden pan M… lecz konkretny, emerytowany dziś funkcjonariusz o nazwisku publicznym, o nazwisku Moderacki.

4.         W końcu nie można zjeść jabłko i zachować jabłko. Jeśli stałeś się osobą publiczną to albo tego chciałeś albo się na to naraziłeś. Stałeś się znany i nigdy już anonimowy nie będziesz.

Nasza rozmowa toczy się wokół prawa. Prawa, w którym funkcjonują koło siebie ustawy z różnych czasów. Choćby prawo prasowe z roku 1984 obok nowej Ustawy o dostępie do informacji publicznej, którą poprzedziły niezbyt precyzyjne regulacje dotyczące informacji niejawnych oraz o ustawa o ochronie danych osobowych.

Nie w ustawach jest jednak problem istotny. Rzecz jest w nas. W naszym do tych ustaw stosunku i w stosowanych procedurach.

W Norwegii Prezesa Sądu Najwyższego mianuje Premier i nie narusza to niezależności trzeciej władzy, we Francji istnieje podobnna do naszej Rada Radiofonii i Telewizji, a jednak nie słychać tam by media publiczne mogły stać się zakładnikami określonej opcji politycznej.

U nas inaczej: pojawia się nowy sejm, czy nowa koalicja nuże – zmieniać prawo, monopolizować media publiczne, koncesjonować, uzależniać od rządu lub władzy dostęp do zawodu dziennikarza, zmieniać ledwie wprowadzoną konstytucję. A świeżo odtworzony Senatowi zaproponowano w tymże inkryminowanym lwim roku 2002 by niby w herbertowskiej Uttyce  przez cztery lata „obradował nad tym jak nie być Senatem”

Społeczeństwo Polskie  nigdy nie było propaństwowe, nigdy nie szanowało prawa. Nasza kultura nie jest kulturą prawną lecz kulturą buntu. Traktujemy nasz kraj, a w istocie regulujące jego funkcjonowanie  prawa,  jak postaw sukna,  które może być przykrawane do aktualnej miary.

To było pisane też przed siedmiu laty. Nie minęło pięć, gdy na własnej skórze doświadczyłem opisywanej tu antynomii. Antynomii, do której dołączył swobodny Internet przechowujący latami obmowy, a pomijający mniej istotne oczyszczenia. Internet wzmocniony blogosferą i powstałym w niej nowym gatunkiem zakapturzonych inkwizytorów często moralnych, sprawiedliwych, bezkompromisowych. Przeważnie jednak małych, zawistnych, ordynarnych. Oczywiście – małość i ordynarność sama sobie wystawia świadectwo. Nie jest ( zasadniczo) tolerowana w dobrym towarzystwie, a powstanie takich sfer jak Salon24.pl czy spór wokół prawa do zachowania anonimowości wszystkim już znanej z imienia i nazwiska pani Prezes „Kataryny” – zupełnie nowe wyznacza tej antynomii granice. No ale tw tej sferze na podsumowania za wcześnie. Internet i blogosferą są w istocie zdobyczą obecnego tysiąclecia. Dla mnie stają się użytecznym narzędziem, może nawet bezcenną bronią.

Lecz obyczajów „strzał w locie”  nie zdołam  jeszcze opisać.

Rozdz. LXXV    Błogosławione niech będą  Koncesja i Regulacja

CDN

Rozdz. LXXV – Błogosławione niech będą Koncesja i Regulacja

poprzedni pierwszy następny

Tak głęboko uwierzyłem w roku 1989, że wolnośc słowa stała się ciałem, że wciąż przecieram oczy, gdy czytam uzasadnienia konieczności poddawania mediów elektronicznych koncesjonowaniu czy procesowi zezwoleń. A przecież w podstawowych dokumentach wolnościowych jednoznacznie zapisano:

  1. Powszechna  Deklaracja Praw Człowieka i obywatela z 1789 mówi , iż XI. każdemu wolno przemawiać i drukować oraz  że XV. Społeczeństwo ma prawo żądać od każdego urzędnika publicznego zdawania sprawy z jego czynności urzędowych.
  2. Powszechna Deklaracja Praw Człowiek z 1948 roku w artykule 19 głosi: Każdy człowiek ma prawo do wolności opinii i do jej wyrażania; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.
  3. Europejska Konwencję Praw Człowieka z 1950, stwierdza, iż punkcie 10, iż każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii.
  4. Wreszcie Deklaracja z Windhuku z 3 maja 1991 roku, wzywado przestrzegania swobody mediów w Afryce i na całym świecie. Wówczas to dzień  3 maja ustanowiony został przez UNESCO i Światową Federację PEN-Clubu – Dniem Wolności Prasy.

Trudno naturalnie w Polsce  akurat 3 majową datę skojarzyć wyłącznie z prasą. Jest to jednak i  dla nas dzień  szczególnie właściwy by zapytać jak korzystamy  „ z pory, w jakiej się Europa znajduje i z tej dogorywającej chwili, która nas samym sobie wróciła” (z Preambuły do Konstytucji 3 Maja)

Dzień 3 maja stał się jednak na całym świecie momentem, w którym ogłasza się doroczne raporty na temat realizacji wolności prasy w minionym roku. Takie raporty ogłoszono i w 2002 roku. Nie napawały optymizmem. Raport Reporterów Bez Granic stwierdzał, iż na początku 2002 roku przeszło 100 dziennikarzy znajdowało się w więzieniach  lecz co najważniejsze to, że w roku 2001 obserwować można było znaczne ograniczenia swobody wypowiedzi w porównaniu z 2000.

Wśród 10 Krajów, gdzie najgorzej traktuje się dziennikarzy i lekceważy wolność prasy wymieniono na samym początku Zachodni Brzeg Jordanu i Kolumbię w następnej zaś kolejności Erytreę, Białoruś, Birmę,  Zimbabwe, Iran, Kirgistan, oraz Kubę.

A Polska ? Jeszcze niedawno w raportach dziennikarskich międzynarodowych organizacji nie było o nas słowa. Jeszcze niedawno, jeszcze wczoraj  Polska lokowana była w czołówce krajów demokratyzujących swój rynek medialny.

Dzień 8 maja 2002, w którym pisałem te słowa, dzień w którym minął trzynasty (i chyba istotnie feralny) rok, odkąd ukazanie się na rynku Gazety Wyborczej stało się historyczną datą wyznaczającą dzieje wolnej prasy w III Rzeczpospolitej, dzień ten  zdawał się dobrym momentem do podsumowania sytuacji wolnego słowa w Polsce.

I właśnie tego dnia właśnie po raz pierwszy od lat członkowie  Międzynarodowej  Federacji Dziennikarzy (wielkiej organizacji zrzeszającej ponad pół miliona pracowników prasy ze stu krajów świata) otrzymali tzw. Polish Update. Alarm wywołany:

  1. ciągle niewyjaśnioną sytuacją naruszenia przez prokuraturę RP praw obywatelskich (odebranie paszportów) szefom Zarządu Press Publici, wydawcy należącej w 49% do Państwa a w 51 do Norwegów Rzeczpospolitej;
  2. zaniepokojeniem związanym z przedstawieniem przez Rząd projektu Ustawy o Radiofonii i Telewizji utrzymującego istniejącą kontrolę polityczną Telewizji Publicznej przy zagrożeniu ekonomicznych podstaw egzystencji finansowej dla  elektronicznego rynku mediów.
  3. Wreszcie zauważający niepokojącą inicjatywę dziennikarzy związanych z postpeerelowskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy PRL ( dziś SDRP), (Ryszarda Sławińskiego senatora SLD oraz Wiesława Marnica reportera Radia Kierowców), którzy wystąpili z projektem Ustawy o Zawodzie Dziennikarza umożliwiającym stworzenie politycznie kontrolowanego ciała, mogącego koncesjonować  dostęp do zawodu.

Jeśli do tego dodamy niezwykle dla obrazu Polski w demokratycznym świecie  niekorzystny,  bardzo krytycznie oceniający  poczynania rządu Leszka Millera wobec mediów,  komentarz, który ukazał się na łamach Washington Post oraz fakt, że informacja na ten temat została podana przez wszystkie niezależne polskie media z wyłączeniem „publicznych” czy raczej już rządowych Telewizyjnych  „Wiadomości”  możemy jednoznacznie stwierdzić, że już w 2002 roku widmo cenzury zaczęło znów krążyć  nad Warszawą.

Degrengolada postępuje z roku na rok. Ogłoszony w 2007 „przez organizację obrony wolności prasy Reporterzy bez Granic ranking stawiał Polskę wraz Ekwadorem na 56-57 pozycji w klasyfikacji państw pod względem gwarantowania swobód środków masowego przekazu. Polska zajęła w ten sposób ostatnie miejsce wśród wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej.

Za państwa najlepiej chroniące wolność prasy raport uznał wspólnie Islandię i Norwegię, umieszczając tuż za nimi na pozycji 3-4 Estonię wraz ze Słowacją.

Listę 169 państw zamyka jako najbardziej restrykcyjna wobec mediów Erytrea. Według raportu, w państwie tym „nie istnieją już prywatne media, a nieliczni dziennikarze, którzy odważają się krytykować rząd, lądują w więzieniu”. Kilku z aresztowanych przez władze erytrejskie dziennikarzy zmarło.

Niewiele wyżej, bo na 163. miejscu znalazły się Chiny, przy czym według raportu jest tam „wątpliwe, czy obiecywane reformy są realizowane i czy aresztowani dziennikarze zostaną zwolnieni”.

Jak  to możliwe w, jak to ładnie swego czasu napisał w Rzeczpospolitej Piotr Radziszewski w „normalnym, wolnym i w sumie sympatycznym kraju” ?

Otóż tak to możliwe, że jeszcze nie tak dawno było rzeczą oczywistą, iż poglądy większości obywateli kształtowane są przez prasę. Funkcjonowały gazety poranne, wieczorne i  nadzwyczajne dodatki. Wolność słowa realizowana była w postaci prasy przy pomocy druku.

Wtedy  jednak Konstytucja , nawet ta komunistyczna,   zapewniała obywatelom to wszystko, a mianowicie: wolność słowa, druku, zgromadzeń i wieców, pochodów i manifestacji.

Ci którzy walczyli cenzurą  mieli  sytuację względnie komfortową, w istocie nie  walczono o prawo do wolności słowa tylko o to by zapisów Ustawy Zasadniczej  ( przynajmniej jeśli chodzi o swobody obywatelskie) nie łamano.

Od 20 lat sytuacja zmieniła się. Dziś czyli w 2009 roku, najbardziej nawet autentyczna wolność prasy nijak się ma do realizacji powszechnej  wolności słowa. Nawet tak potężne medium jak dążaca do monopolu „Agora” z  „Gazetą Wyborczą” jako gównym produktem nie dociera do więcej niż do 1-2 % obywateli . W sumie prasę czyta ledwie kilka procent  Polaków i to przeważnie dobrze wykształconych, inteligentów, których poglądami nie da się manipulować.  Dziś realizacja swobody wypowiedzi i wolności słowa uwarunkowana  jest od prawnego zabezpieczenia swobodnego dostępu do radia i telewizji czyli do emisji mediów elektronicznych.

Otóż rzecz w tym iż Konstytucja RP z 1997 a także Europejska Deklaracja Podstawowych Praw i Wolności nie gwarantuje swobodnego dostępu do emisji.

W artykule 54  po punkcie  drugim, który mówi, iż „Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane.” następuje zdanie drugie. Ono głosi, iż „Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej.”

To trochę tak jak w Konstytucji PRL z 52 roku, gdzie po zapisie art. 70 deklarującego wolność sumienia i wyznania następował pkt 3 głoszący, iż nadużywanie wolności sumienia i wyznania dla celów godzących w interesy PRL jest karane. ( Nota bene zapis ten znikł już w Konstytucji PRL z roku 76 !).

To samo dotyczy wspomnianego Ustęp 2 tego artykułu określa precyzyjnie konsekwencje ustępu 1 dla wolności mediów. Ale przecież nie jest to polski wynalazek. Jego podstawą jest w szczególności: Artykuł 11 Karty Praw podstawowych, który odpowiada artykułowi 10 europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, którego brzmienie jest następujące:

„1.  Każdy ma prawo do wolności wypowiedzi. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Niniejszy przepis nie wyklucza prawa Państw do poddania procedurze zezwoleń przedsiębiorstw radiowych, telewizyjnych lub kinematograficznych.

2.   Korzystanie z tych wolności pociągających za sobą obowiązki i odpowiedzialność może podlegać takim wymogom formalnym, warunkom, ograniczeniom i sankcjom, jakie są przewidziane przez ustawę i niezbędne w społeczeństwie demokratycznym w interesie bezpieczeństwa państwowego, integralności terytorialnej lub bezpieczeństwa publicznego ze względu na konieczność zapobieżenia zakłóceniu porządku lub przestępstwu, z uwagi na ochronę zdrowia i moralności, ochronę dobrego imienia i praw innych osób oraz ze względu na zapobieżenie ujawnieniu informacji poufnych lub na zagwarantowanie powagi i bezstronności władzy sądowej.”.

W wyjaśnieniach dotyczących Karty podstawowej czytamy:

„Zgodnie z artykułem 52 ustęp 3 Karty[1] znaczenie i zakres tego prawa jest takie samo jak prawa zagwarantowanego przez europejską Konwencję o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności. W związku z tym ograniczenia nałożone na te prawa nie powinny wykraczać poza ograniczenia przewidziane w ustępie 2 artykułu 10, bez uszczerbku dla ograniczeń wprowadzonych przez prawo konkurencji Unii wobec Państw Członkowskich w zakresie wprowadzania procedur zezwoleń określonych w artykule 10 ustęp 1 zdanie trzecie europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.

2.                    Ustęp 2 tego artykułu określa precyzyjnie konsekwencje ustępu 1 dla wolności mediów. Jego podstawą jest w szczególności orzecznictwo Trybunału dotyczące telewizji, zwłaszcza w sprawie C-288/89 (wyrok z dnia 25 lipca 1991 r., Stichting Collectieve Antennevoorziening Gouda i inne, Rec. s. I-4007) oraz Protokół w sprawie systemu publicznego nadawania w Państwach Członkowskich załączonym do Traktatu WE, a obecnie do Traktatów, a także dyrektywa 89/552/EWG Rady (zob. w szczególności motyw 17 tej dyrektywy).”

Dyrektywa jest szczegółowa. Zawiera mnóstwo ważnych i mniej waznych regulacji. Wyrok sądu – bełkotliwy i żaden z tych dokumementów  trzeciego zdania punktu pierwszego  artykułu jak kto woli dziesiątego czy jedenastego ograniczającego wolność mediów do swobody gazet nie tłumaczy.

Taki jest stan faktyczny – konstytucja III Rzeczpospolitej w artykule 54, ale i europejskie uregulowania zezwalając na koncesjonowanie emisji   nie gwarantują w moim przekonaniu realizacji podstawowej zasady wolności słowa.

Odpowie ktoś, na to że podobne ograniczenia funkcjonują w innych demokratycznych krajach, że koncesjonowanie oznaczać winno przestrzeganie ładu w eterze i, że może zostać realizowane przez jakieś niezależne i kontrolowane ciało.

Tak, ale tam ( to znaczy w naprawdę demokratycznych krajach) wiadomo jak definiować słowo  koncesja. Tam wiadomo, iż koncesjonowanie emisji  jest jedynie technicznym nadzorem nad ładem w eterze. Tam nie proponuje się ustaw, w których koncesjonowanie uzależnia się od składu kapitałowego, stopnia koncentracji a nawet domniemanej zawartości treści  skoro zgodnie z art. 36, ust. 2. Pkt. 1:  ustawy o Karjowej radzie Radiofonii i Telewizji : Koncesji nie udziela się, jeżeli rozpowszechnianie programów przez wnioskodawcę mogłoby spowodować zagrożenie interesów kultury narodowej, dobrych obyczajów i wychowania, bezpieczeństwa i obronności państwa oraz naruszenie tajemnicy państwowej.

Trudno zapis taki nazwać inaczej niż zastąpieniem prewencyjnej cenzury – koncesją prewencyjną umożliwiającą politycznie dobranym funkcjonariuszom KRRiT decydowanie o tym czyje poglądy mogłyby np. zagrażać kulturze lub dobrym obyczajom.

Tam, czyli w europejskich wolnych krajach  istnieje po prostu demokratyczna tradycja, oparta na przeświadczeniu, że dziś rządzimy my a po nas przyjdą inni lecz i my i oni jesteśmy demokratycznymi przedstawicielami całego narodu.

W Polsce tradycji tej brak. Fundamentem na którym wspiera się cała koncepcja kontroli środowisk medialnych są kompetencje Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która  zdaniem niezwykle godnego grona autorytetów tworzących  Radę Konsultacyjną Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP ( sami prawnicy to mec.M.Bednarkiewicz, K.Piesiewicz, J.Stefanowicz i prof. A. Strzembosz) określone zostały niezgodnie z Konstytucją wikłają bowiem  „KRRiT w funkcje władzy wykonawczej, a nie zapewniają wykonywania zadań z zakresu nadzoru nad przestrzeganiem podstawowych wolności i gwarantowaniem realizacji interesu publicznego w radiofonii i telewizji”.

Stajemy więc wobec zupełnie nowej sytuacji. Z jednej strony mamy podstawowe zasady prawa międzynarodowego i konstytucyjne zapisy, z drugiej pakiety ustaw  składających się na ład medialny, z trzeciej wreszcie praktykę. W ciągu  omawianego piętnastolecia lat 1989-2004   praktyka była w sumie lepsza od prawa. Po przełomie czerwcowym roku 89 strach u jednych a u innych  nadzieja sprawiły iż jak grzyby po deszczu powstawały gazety i gazetki, pirackie lecz oglądane telewizje,  swobodnie konkurowały  stacje radiowe.

Stopniowo jednak ów porewolucyjny proces, w którym w praktyce wolno było wszystko czego nie zabrania prawo wyparty został przez ideę Państwa Prawnego. Państwa, w którym działalność, w szczególności instytucjonalna, krępowana jest przez zespół przepisów. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby w Polsce szanowano prawo. Ale w Polsce przede wszystkim prawa się nie szanuje. Rządzeni traktują je jako jarzmo, rządzący zaś jako sposób do realizacji doraźnych interesów.

Szokująca w demokratycznym kraju arogancja wiceminister kultury, byłej telewizyjnej dziennikarki, która na posiedzeniu podkomisji Sejmowej pozwalała sobie oświadczyć, iż fakt że prasa podnosi przesadną jej zdaniem wrzawę na temat szykowanych regulacji prawnych dowodzi, że rząd ma rację dążąc do przeforsowania swoich koncepcji. W ten sposób minister Jakubowska odsłaniała istotny cel zabiegów rządu – chodziło o to by media nie mogły podnosić wrzawy w sprawach, w których zdaniem  rządu racji nie mają !

Stan zagrożeń dla wolności mediów jest dziś narastający:  określają go słowa: koncesja, koncentracja i regulacja.

Skoro nie można koncesjonować prasy, proces koncesyjny rozszerza się na wszystkie media elektroniczne oraz na nieprecyzyjnie jeszcze zdefiniowanych operatorów multipleksu. Przy czym nie wiadomo czy nie jest to wstęp do koncesjonowania także działalności internetowej, która w coraz większym stopniu staje się dostarczycielem prasy, radia a nawet sygnału telewizyjnego. W roku 2002 pojawiały się także pomysły koncesjonowania dostępu do zawodu dziennikarza.

Wszystko to wskazuje, iż  od objecia władzy przez rząd Millera, wszystkie następne z obecną ekipą Tuska na czele dla doraźnego celu ograniczenia dostępu polskiej opozycji politycznej do mediów -   skłonne są złożyć na ołtarzu interes polskich przedsiębiorców medialnych. Wiadomo bowiem, iż zakaz koncentracji raczkującego prywatnego rynku medialnego w Polsce umożliwił od chwili wkroczenia do Unii Europejskiej  wykup mediów prywatnych przez kapitał zachodni.

Wolność słowa  gwarantują tylko słowa. Kiedyś jednak ryto je w spiżu i marmurze. Po to by nikt, żaden rząd ani parlament  nie  mógł ich  przeinaczać ulegając przywołanym przez Czesława Miłosza Wyższym argumentom na rzecz dyscypliny:

Gdyż według nowych danych większość z nich szepcze we śnie:

Błogosławione niech będą cenzura i niedostatek.”

Rozdz. LXXVI – Wiadomości o DDW

CDN

[1] Artykuł 52

Zakres praw gwarantowanych

1. Wszelkie ograniczenia w korzystaniu z praw i wolności uznanych w niniejszej Karcie muszą być przewidziane ustawą i szanować istotę tych praw i wolności. Z zastrzeżeniem zasady proporcjonalności, ograniczenia mogą być wprowadzone wyłącznie wtedy, gdy są konieczne i rzeczywiście realizują cele interesu ogólnego uznawane przez Unię lub wynikają z potrzeby ochrony praw i wolności innych osób.

2. Prawa uznane w niniejszej Karcie, których podstawą są Traktaty wspólnotowe lub Traktat o Unii Europejskiej, są wykonywane na warunkach i w granicach określonych w tych Traktatach.

3. W zakresie, w jakim niniejsza Karta zawiera prawa, które odpowiadają prawom zagwarantowanym w Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, ich znaczenie i zakres są takie same jak praw ustanowionych przez tę Konwencję. Niniejsze postanowienie nie stanowi przeszkody, aby prawo Unii zapewniało szerszą ochronę.


Rozdz. LXXVI – Wiadomości o Dniach Dobrych Wiadomości

poprzedni pierwszy następny

8 września na Dzień Dobrej Wiadomości wybrała Małgosia Bocheńska w roku 2001. To miało być otwarcie nowej epoki – nowego tysiąclecia. Stworzyła wspaniałą kapitułę, rozesłała apel. Prezydent Warszawy Paweł Piskorski przyjął patronat. Ja – mówiąc szczerze nie do końca z pomysłem tym się identyfikowałem. Czułem w nim niebezpieczeństwo lansowania „pozytywnej wizji świata”, która zatruwała nam młodość w dobie gdy, jak mawiało się za późnego Gierka, dzięki talentom Mariusza Waltera by napełnić lodówkę –  wystarczyło podłączyć ją do telewizora. Mnie to

Małgorzata Bocheńska podczas DDW

Małgorzata Bocheńska podczas DDW

niepokoiło. Przedstawicielom „mainstream-u” od Pawła Piskorskiego po większość członków kapituły z Marcinem Frybesem, Urszulą Dudziak, Markiem Nowickim, po Jacka Żakowskiego pewnie się podobało.  Pozwoliło to w roku  2001 poza przekazaniem Apelu do Mediów zorganizować Małgosi uroczystą proklamację DDW w Parku Skaryszewskim. ddw 2005To było 8 września 2001 roku. Odpowiedź przyszła w trzy dni później.  11 września i WTC i zachłystywanie się mediów tym zdarzeniem. Jakby ktoś sobie zakpił z tej wyartykułowanej przez środowisko Salonu 101 woli przypomnienia, że: „Jesteśmy cywilizacją informacji. Często gubimy się w natłoku i szumie informacji. Wybieramy to, co wyraziste a to, co wyraziste oznacza często to, co drastyczne.  Przyzwyczailiśmy się, że dobra wiadomość nie jest żadną wiadomością, że dobra wiadomość to brak wiadomości. Odbudujmy wspólnie pełną wizję świata, gdzie obok złej wiadomości znajdzie się miejsce dla dobrej wiadomości.Nie twierdzimy, że złych, trudnych wiadomości nie ma. Pragniemy szukać DOBRYCH WIADOMOŚCI.

Poczułem, że los uderzył  Bocheńską w twarz.  Żeby tylko Małgorzatę: uderzono w  Nas. W ideę, w dobro po prostu. W końcu zło można tylko dobrem zwyciężać. Zacząłem rozumieć, że opozycja laurkowej i realistycznej wizji świata, nie jest kategorią jedyną. Nowe tysiąclecie niesie nowe przesłania:  zagrożenia globalizacji, ocieplenia klimatu, narastających konfliktów etnicznych i kulturowych. Wiedząc, że skończył się już czas instytucji, dobiegają kresu rządy gmin, a nawet być może zmierzcha też epoka ludów i wiek narodów odchodzi w zapomnienie –  również z komunikatu Bocheńskiej postanowiłem wysłuchać to co dobre – na bok odkładając wątpliwe.

W 2001 roku moje możliwości współpracy były skromne. Troszkę pomagałem w promocji jednak na stanowisku szefa Centrum Monitoringu Wolności Prasy, które objąłem pod koniec września 2001 nawet do września roku następnego się nie utrzymałem. W  roku 2002 działał jednak nadal patronat prezydenta Warszawy. Małgorzata promocję DDW zorganizowała samodzielnie w zawiadywanym przez panów Krzysztofa Marszałka i Sebastiana Lenarta znanym nam skądinąd Lapidarium. Gdy władzę w mieście obejmie Lech Kaczyński, a Andrzej Urbański zostanie jego zastępcą, w ramach całościowego projektu programu Domu Kultury Śródmieście, który miała wg słów Małgorzaty Naimskiej promieniować na Warszawę ( a mnie się chciało aby jeszcze szerzej )  w mych planach uwzględniłem pomoc w organizacji DDW. Niestety, zadziałała tu zasada, którą nazwałbym „Prawem swojaka”. Jeśli coś kupił Piskorski, Kaczyński musiał odrzucić. Nawet jeśli robiła to osoba w sumie bliższa ideowo jego formacji niż poprzedniej władzy. Poczucia ciągłości władzy i wartości ludzkiej pracy w urzędnikach nie sposób zaszczepić. Oni każdy projekt traktują ad personam miast ad rem. Dotyczyło to Małgosi a nawet i mnie pośrednio. Miałem szereg ciekawych projektów: własnych, zastanych, czy tak jak DDW pozyskiwanych. Korzystając z dojść do decydentów aplikowałem u Prezydenta Warszawy o dodatkowe pieniądze  z tzw. rezerwy, którą obiecano uruchomić dla kierowanej przeze mnie instytucji kultury.  O kontrasygnatę wypadało jednak  poprosić  burmistrza. Wydawało mi się to formalnością skoro proszę o środki, które bez uszczerbku dla dzielnicy zwiększą budżet Śródmieście o załącznik budżetowy przeznaczony na działalność kulturalną. – Nic nie rozumiałem ! Nie wiedziałem ciągle, że pieniądze publiczne nie służą do tego by je racjonalnie wydawać. W każdym razie nie dla ludzi pokroju Jarosława

Jarosław Zieliński czyli Nikodem Dyzma z Podlasia

Jarosław Zieliński czyli Nikodem Dyzma z Podlasia

Zielińskiego burmistrza warszawskiego śródmieścia, który potrafił – by uwiarygodnić swoje samorządowe  kompetencje – przedstawiać się w Stolicy jako … były Prezydent Suwałk. Trzeba poznać Polski biegun zimna by wiedzieć, że nigdy nie mógł nim być skoro miastem tym od lat dwudziestu rządzi niemal nieprzerwanie były komisarz Stanu Wojennego Józef Gajewski. Ale któżby sobie weryfikacją takich faktów zaprzątał głowę między Wiejską (Sejm), a Nowogrodzką (siedziba PIS)  w Warszawie.  Otóż dla takich Nikodemów Dyzmów z podlaskich kresów, pieniądze i instytucje publiczne są jedynie  – instrumentem władzy. Burmistrz, a także jego zastępca otrzymali kwity i oczywiście zapadła nad nimi cisza. Nie było więc wyjścia. Musiałem naruszyć procedury i włamać się z moimi wnioskami wprost do Urbańskiego. Wymogłem spotkanie w towarzystwie kierującej Biurem Kultury Małgosi Naimskiej. Jędrek zachowywał się już jak satrapa. No, cóż powiedział mi kiedyś: - Przecież i tak wiadomo, że mogą coś załatwić tylko ci, którzy przekroczą próg tego gabinetu. Pochylił się nad moimi papierami. – Dzień Dobrej Wiadomości ( organizowany przez świetnie mu znajomą  – Małgosię Bocheńską), mowy nie ma. Centrum wolontariatu, żadne takie ! Na swój ogródek dostaniesz, Poem Expres – proszę bardzo. Wyszedłem jednak w sumie ze sporymi pieniędzmi. Burmistrz nie miał wyjścia. Skręcał się ale musiał to podpisać. Wyznał jednak gdzieś na stronie, że to nie może tak być by szefem podległej mu instytucji zostawał ktoś, na tyle ustosunkowany by sam pozyskiwał środki na działalność. Wtedy władza traci instrument. ddw-2004

Ale dziś miało być o dobrych wiadomościach.. A dobrą było to, że raz dostawszy kasę tak naprawdę mogłem ją wydać według uznania. Byle zgodnie z procedurami. Włączyłem więc projekt Dnia Dobrej Wiadomości w zatwierdzony budżet  Ogródków Warszawskich.  By nie generować dodatkowych kosztów połowę wrześniowego folderku przeznaczonego na  tę imprezę oddając Małgosi.  W ten sposób w roku 2004 Dzień Dobrej Wiadomości można było uczcić organizując w Dolinie Szwajcarskiej prezentację prac nagrodzonych w ramach Konkursu zatytułowanego „Dobra Wiadomość w fotografii”.  Nagrody przyznawało jury z Tadeuszem Rolke, Martą Majewską, Wojciechem Eichelbergerem,  Jerzym Gumowskim, Tomaszem Tomaszewskim i laureatem I edycji konkursu Alkiem Sochoniem. Wystawę zorganizowaliśmy na Smolnej wieczorem. Nagrodzono Tomasza Woźniczka, Arkadiusza Dziczka i Eugeniusza Nurzyńskiego W Dolinie Szwajcarskiej wystąpił wyróżniny właśnie na  ”Złotej Tarce” zespół Swing Guitars.

Za rok czyli w 2005 było wiele lepiej. Jakoś obszedłem Andrzeja, pozyskując w budżecie nieco większe środki dla proklamacji  Dnia Dobrej Wiadomości. Bocheńska też pozyskała nieco pieniędzy dla swojej Fundacji „Salonu 101” i tak 8 września 2005  w ramach zorganizowanej tym razem na Frascati akcji umieściliśmy w tzw. Dolnych Kuluarach instalację: bramę zdjęć z czasówBrama DDW Solidarności w znacznej mierze autorstwa Erazma Ciołka. To była już III edycję Konkursu Dobra Wiadomość w   DZIEŃ DOBREJ WIADOMOŚCI. W samo południe odbyło się otwarcie wystawy „SOLIDARNOŚĆ” i ogłoszenie III edycji Ogólnopolskiego  Konkursu Fotograficznego Dobra Wiadomość w Fotografii Solidarni. Następnie o 18.30Jurek Antoszkiewicz z grupą To i Owo zapraszał na muzykowanie: SOLIDARNI z Bluesem. A po jego wprowadzeniu wystąpiła  Grupa KG BAND z udziałem Miry Kubasińskiej  i Krzysztofa J. Krawczyka. Ten koncert okazał się ostatnim publicznym występem niezapomnianej solistki grupy Breakout.

Ostatni koncert Miry Kubasińskiej 8.IX.2005

Ostatni koncert Miry Kubasińskiej 8.IX.2005

Na koniec zagrała jeszcze reggae grupa muzyków afrykańskich z udziałem Ricy Liona. Odbyło się też spotkanie Posłańców Dobrej Wiadomości. Kolejnym nadzwyczajnym eventem był zorganizowany przez Bocheńską pod hasłem „SOLIDARNI” – Dzień Otwarty dla młodzieży i pedagogów.  Zaczęło się i tym razem w południe spotkaniem w ramach konkursu  Dobra Wiadomość w Fotografii.  W programie:• spotkanie z mistrzami fotografii reporterskiej • koncert akustyczny zespołu RELIEVERS: Tomasz Bielecki – harmonijka, vocal; Janek Pęczak – gitara, vocal; Grzegorz Rybka – saksofon • małe harmonijkowe jam session • hapenning plastyczny ŚCIANA WOLNOŚCI:rysunek, graffiti, hasła, cytaty, slogany; • otwarty mikrofon.

Nagłośnienie w mediach było spore. Jednak co szklany ekran to szklany – spotkanie realne ma inne znaczenie. A można to było zrobić efektowniej zważywszy, że w niemałym budżecie jaki w roku 2005 udało mi się pozyskać z Miasta na całe Ogrody Frascati,  miałem i na Dzień Dobrej Widomości kilka tysięcy złotych. Dzięki wkomponowaniu zdarzenie w zestaw imprez na Frascati, gdzie funkcjonowała już stała parkowa infrastruktura wszystko mogło kosztować znacznie taniej.

To wydawałoby się też dobra wiadomość. Okazało się jednak, że wśród wielu wiadomości dobrych jedna będzie zawsze fatalna – będę nieskromny: zwyczajna uczciwość. Tego się nie wybacza – zwłaszcza w telewizji. Jako członka Kapituły DDW zaproszono mnie do emitowanego na żywo TVP Info programu. Bodaj „Gość Dnia” on się nazywał. Gość Dnia, DDW, TVP 3, 8.IX.2005 . Otrzymawszy możliwość niemal półgodzinnego dywagowania  o specyfice mediów i gazetowej prawdzie, że „dobra wiadomość to zła wiadomość” znalazłem jednak 2 minuty by wspomnieć o Małgosi, o jej Fundacji Salonu 101, zaprosić na Frascati no i przypomnieć, że Warszawiacy zawdzięczają to wszystko osobistej decyzji Pana Prezydenta Miasta. Lizusostwo czy prosta rzetelność ? – Dla mnie zwyczajna lojalność.

Jednak wobec Kaczyńskich obowiązują szczególne prawa – inne! Przecież, gdybym publicznie pochwalił urzędującego Prezydenta Miasta w jakiejkolwiek innej osobie: Wyganowskiego czy Piskorskiego, że o pani HGW nie wspomnę, wszystko byłoby w porządku. Jednak po tej wypowiedzi wywiad mój, który rankiem gdzieś około 12 nadawany był na żywo natychmiast zleciał z anteny. Wbrew ramówce nie został już powtórzony zgodnie z harmonogramem. Nie został nawet  zamieszczony w Internecie. Wydawca stwierdził bowiem, że zamiast mówić o „Dniu Dobrej Wiadomości”, któremu TVP patronowało wspomniałem o zasługach prezydenta miasta kandydującego na stanowisko prezydenta kraju. Zatem – robiłem mu kampanię wyborczą.

Rok później, a będzie to piękny zmierzch naszych z Bocheńską parkowych Dobrych Wiadomości – 8 września 2006  Ogrody Frascati (Park im. Rydza-Śmigłego) zamieni się z kolei w Port Dobrych Wiadomości.DDW 2006 Będą działania artystyczne, akcje i performances. Stowarzyszenie Calendula ułoży  Kwietną Mandalę Dobrej Wiadomości i przybliży nas do Piękna. Pralka Frania, główna bohaterka poszukiwania Dobrych Wiadomości, odrzuci wszystko, co jest chwilową sensacją. Po Warszawie krążyć będzie wynajęty „Tramwaj Dobrej Wiadomości” informujący o naszych akcjach i najważniejszych wydarzeniach prezentowanych w tym czasie  na Frascati. Rowerzyści jako specjalni posłańcy rozwozić będą po mieście Kurier Dnia Dobrej Wiadomości. Można też będzie wypełnić ankiety z pytaniem: Wolność, Miłość, Przyjaźń czy Zdrowie są dla Ciebie Dobrą Wiadomością. Tym, co nie mają wiary, rozdawane będą nadto Różowe Okulary. Jedną z ważniejszych akcji tego dnia będzie też organizowana przez Akademię Fotografii IV edycja Konkursu na Dobrą Wiadomość w Fotografii. W roku 2006 nosił tytuł „Codzienność”.

Lipnicka i Porter - Posłańcy Dobrej Wiadomości 2006

Lipnicka i Porter - Posłańcy Dobrej Wiadomości 2006

Dobra  Wiadomość to Frascatii

I Państwo tutaj: mądrzy, ładni

Dziś tu: Lipnicka, Porter, Wolski

Wieczór w Europie – ale polski !

Cały program na Frascati transmitował w 2006 roku  na bieżąco poświęcając akcji kilka wejść II program TVP 2, który przyjął honorowy tytuł partnera medialnego. Wszystko zakończyło się transmitowanym w TVP koncertem Anety Lipnickiej i Johna Porter , którzy otrzymali w tym roku nominację do tytułu Posłańca DW). W Dniu Dobrej Wiadomości na Frascati swój kabaret prezentowali też Marek Majewski i Marcin Wolski.

8 września 2006 proklamacje Dnia Dobrej Wiadomości trwały na warszawskim Frascati od godziny drugiej do dziesiątej wieczorem Czy wszystko było w tym dniu dobre ? – Oczywiście  nie wszystko. Nastąpiło bowiem warte odnotowania nieporozumienie. Bocheńska długo nie mogła mi darować, że nie byłem zbyt grzeczny dla artystów. Ano nie byłem. Bo ja jestem stróżem publiczności. Tak zaś jest, że wyższej miary artyści ( tzn. tacy, którzy siebie ponad miarę cenią) mają zwykle ogromne wymagania jeśli chodzi o nagłośnienie. Trochę to sprawa ich komfortu, jakości odsłuchów etc. Ale też często kwestia impresariów i całego oprzyrządowania, które ma tu największe pole do zarabiania. Proporcja jest taka, że wybitny artysta zagra jeśli jest sam nawet  za niewielkie pieniądze. Dla mnie czy dla Małgosi Bocheńskiej najwybitniejsi twórcy potrafili grać za darmo niemal. Oni tak, ale przecież nie nagłośnieniowcy. A tego Dnia w przygotowaniu tzw. readera koncertu zrobiono błąd. Najpierw miał wystąpić  Marcin Wolski, po nim na sam koniec koledzy z zespołu, który rok temu po raz ostatni grał w tym miejscy z Mirą Kubasińską miał  upamiętnić Artystkę  grając wspomnieniowe  rege. Tylko, że w tym rozkładzie zabrakło czasu na rozstawianie dodatkowego sprzętu nagłośnieniowego. Rege przyjechało w połowie imprezy chcąc w czasie gdy widownia pełna była publiczności … wyłączyć scenę z ruchu na godzinę niemal, przesunąć czy odwołać występ Marcina Wolskiego karząc, wszystkim czekać aż oni  poustawiają swoje „przeszkadzajki”.

Takie obyczaje … oczekiwania aż się artyści „zestroją”: znane są z koncertów rockowych, ale moja publiczność rockowa nie była. Na wolnym powietrzu przerwa dłuższa niż kilkunastominutowa też nie miała sensu. Nie zgodziłem się też na wypłoszenie widowni po to by artyści sobie a muzom zagrali. Skoro nie chcieli grać na nagłośnieniu jakie już było zainstalowane – podziękowałem grzecznie. Wiedziałem, że publiczność jeśli ma wybierać przełoży Kabaret Wolskiego bez czekania nad reggae z czekaniem.

No cóż ale publiczność to byt intencjonalny. Urażony artysta to problem całkiem realny. Tego niestety w moich kalkulacjach wciąż nie uwzględniałem. I być może to jeden z powodów, dla których od trzech lat nie odbywają się już huczne obchody Dnia Dobrej Wiadomości a pustką dziś zionie Frascati. Są jednak też wiadomości dobre:

  1. Do kolejnych wyborów samorządowych pozostało już mniej niż piętnaście miesięcy. A po nich, kto wie. Może będą jeszcze dla warszawskich inteligentów lepsze wiadomości.
  2. Małgosia Bocheńska w dniu Dobrej wiadomości 8 września  2009 wyrusza na spotkanie swych córek do Barcelony, gdzie będzie 10 września obchodziła urodziny. Ważne. Bo te, które uwalniają ją od czynowniczej pracy.

Todo lo mejor y las mismas noticias buenas

Rozdział  LXXVII – Po czemu wolność wypada mediom

CDN

Rozdz.LXXVII – Po czemu wolność wypada mediom

poprzedni pierwszy następny

Gdy rozum śpi – budzą się upiory. Jeśli ktoś jeszcze w to wątpi niechaj przeczyta … cokolwiek. Ot choćby uzasadnienie wniosku ministra Grada, by zbadać prawidłowość powołania Rad Nadzorczych TVP i Radia jako, że  …pominieto w nich numery PESEL i..,.od 7 lat, od roku 2002, który opowiadam każdy dzień przynosi nową rewelację.

Wszystkie środowiska opiniotwórcze mają w tym zasługę, że przez pierwsze trzynaście lat po 1989 roku panowała w Polsce faktyczna wolność słowa. Stało się tak mimo, a może właśnie dzięki temu, że stan prawny był tak zły, iż nikt restrykcyjnego prawa nie honorował. Była to dla Polaków z natury chętniejszych buntom niż praworządności sytuacja twórcza, która zaowocowała burzliwym rozwojem rynku prasowego i radiowego.

Czy jednak istniała kiedykolwiek w środowisku solidarnościowej opozycji demokratycznej zgoda na podporządkowanie mediów systemowi rynkowemu? Mocniej zapytam – czy uznając, iż demokratyczny rynek ekonomiczny polega na wolnym handlu, a przekupień ze stadionu X-lecia nie jest spekulantem czy zgodziliśmy się zarazem, by również informacje, sposób ich redagowania, poglądy wreszcie stały się przedmiotem handlowej wymiany, a o wartości mediów decydował rynek czyli klient, czyli obywatel ?

Otóż nie! Prawodawstwo III Rzeczpospolitej od Konstytucji poczynając, poprzez Prawo Prasowe z paragrafami karzącymi za wydawanie pisma niezarejestrowanego, z dziesiątkiem niekoherencji, sprawiajacych, że w różnych ustawach funkcjonują jeszcze skrawki dekretów o Głównym Urzędzie Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk, Stanie Wojennym – prawo polskie, z którym w miarę etyzacji państwa i kostnienia struktur administracyjnych coraz bardziej przychodzi się liczyć – to prawo a i stojący za nim Parlamentarny Ustawodawca nie zaświadcza nigdzie intencji autentycznego upodmiotowienia sfery informacji.

Prasa to, co innego. Choć kiedy w 68 roku wołano – wolność prasy, przez prawo do informacji rozumiało się wolność słowa. Zdecydowana większość informacji docierało bowiem do ludzi za pośrednictwem gazet. Przede wszystkim „Trybuny Ludu”, jej wojewódzkich kopii oraz „Życia Warszawy” z jego lokalnymi mutacjami. Radio i telewizja stanowiły zaledwie margines. Jeszcze 40 lat temu, gdy działo się coś ważnego reagowały na to tzw. Popołudniówki czy nawet Nadzwyczajne Dodatki do gazet. Wolność prasy była zatem równoznaczna z wolnością słowa.

Dziś odwrotnie. Dziś, kiedy prasę czyta może 2 % obywateli nie wielkie ma znaczenie zapis przyjętej w 1997 roku Konstytucja RP , który w § 54 punkt 2. głosi, iż „ Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane.”

Znaczenie fundamentalne ma za to zapis zawarty w drugim zdaniu, tego paragrafu, zapis, który w praktyce znosi wolność słowa, skoro stanowi, iż „Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej.”

Wiadomo wszakże, że w sytuacji, gdy 90 procent społeczeństwa swoją wiedzę o świecie czerpie z radia i telewizji zezwolenie na koncesjonowanie tych środków społecznego przekazu oznacza w praktyce brak konstytucyjnych gwarancji dla realizacji wolności słowa.

W tej sytuacji dywagacje nad konstytucyjnym lub też niekonstytucyjnym umocowaniem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji stanowi dyskusję czysto akademicką – faktem jest bowiem, iż polskie elity medialne i prawne nie wyobrażają sobie sytuacji, gdy informacja i jej odbiór miałyby zostać poddany regułom demokratycznej gry rynkowej.

Polskie środowisko medialne jest zdominowane przez pracowników najliczniejszych ciągle mediów publicznych. I choćby nie wiem jak krytycznie oceniało ono swoje kierownictwa – nie jest w stanie podcinać gałęzi, na której siedzi – uznać, iż prawdziwe media nie walczą o realizację zawsze przez kogoś narzucanej „misji” lecz szanując widza, liczą na poczytność, słuchalność i oglądalność.

Trzeba to powiedzieć z całą otwartością – rozdźwięk polityczny i obecne zagrożenie dla niepodległości Polski wynika z faktu, iż elity polityczne i medialne w istocie pogardzają narodem, nie wierzą w zdrowy rozsądek Polaków chcą go pozytywistycznie wychowywać lub totalnie niewolić.

Do głowy nie przychodzi tym którzy piszą w gazetach i wypowiadają się z trybun by uznać, iż słuchająca większość jest rozsądna, wykształcona, racjonalna . Polscy dziennikarze i politycy, podważając jakże często znaczenie sondaży, bądź wręcz przyjmując milczące złożenie, iż ich wyniki źle świadczy o społeczeństwie - w istocie dokumentują brak wrodzonego szacunku dla demokracji.

Stąd wszystkie uregulowania prawne, spory wokół przyjętej we wrześniu 2001 roku  ustawy o dostępie do informacji milcząco akceptują możliwość limitowania dostępu do informacji. Nie jest więc przedmiotem faktycznej dyskusji elit kwestia dozowania informacji, lecz co najwyżej zakres reglamentacji i procedury nadzoru nad kontrolą.

Podobnie jak proponowana w roku 2000 przez środowiska związane z Centrum Monitoringu Wolności Prasy Ustawa o dostępie do informacji zakładająca możliwość utworzenia Rzecznika Dostępu do Informacji torowała drogę dla odtworzenia Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk tak ostatecznie przyjęta Ustawa wypromowana w środowisku Centrum Adama Smitha nie ustanawia żadnej kontroli nad procedurą utajniania danych. Prowadzi to do powstawania i rozbudowywania w urzędach, wyjętych spod jakiejkolwiek kontroli merytorycznej Kancelarii Tajnych i struktur urzędniczych, które establishment władzy może powoływać na zasadzie czysto woluntarystycznej.

Zgoda na kontrolowanie mediów oznacza w praktyce zgodę na kontrolowanie wszystkich innych sfer życia publicznego. Przemożną tęsknotę by „ich” nadzór nad mediami zastąpić – może bardziej cywilizowanym nadzorem „naszym” – środowisko obecnej władzy dyskontuje demonstracyjnie i arogancko starając się odzyskać nie tylko media, lecz większość straconych w 89 roku instrumentów rządzenia…

Dowodzą tego:

1. Rozpoczęte przez rząd Millera, nieobce Kaczyńskim i Tuskowi próby ograniczenia niezależności Banku Centralnego.

2. Faktyczne zawieszenie funkcjonowania Ustawy o Służbie Cywilnej.

3. Używanie aparatu policyjnego i nadzoru prokuratorskiego (Sprawa Prezesa Orlenu), a także represyjna konfiskata paszportów (sprawa Zarządu Press Publici ), a potem wszystkie hocki klocki CBA, prowokacje wobec Sawickiej, dopuszczenie do Samobójstwa Barbary Blidy – słowem popis rządowej amatorszczyzny i bezczelności;

4. Znane z polityki partyjnej 68 roku odwoływanie się do ksenofobii czego dowodziły zarówno poronione próby inkorporowania populistów do struktur parlamentarnych czy rządowych jak milczenie posłów IV Kadencji Sejmu Rzeczpospolitej i brak reakcji wicemarszałka Sejmu gdy 28 lutego 2002 roku wobec prezesa IPN, profesora Leona Kieresa, wysuwano w Sejmie zarzuty o charakterze rasistowskim;

5. Odmowa akredytacji w roku 2001 podczas ważnych wydarzeń państwowych i pomijanie przedstawicieli mediów opozycyjnych (Gazeta Polska) w składzie ekip prasowych towarzyszących oficjalnym delegacjom zagranicznym;

6. Trwające nieprzerwanie od wybuchu Afery Rywina zabiegi legislacyjne mające na celu ograniczenie swobód gospodarczych poprzez tworzenie nowych obszarów koncesjonowanych w dziedzinie multipleksu oraz zakazy ograniczające prawo do łączenia się i zrzeszania medialnych podmiotów gospodarczych (zakaz koncentracji);

7. Regulacje prawne mające na celu zastąpienie zakazanej cenzury prewencyjnej - koncesją prewencyjną, udzielaną przez polityczny organ, który zgodnie z art. 36, pkt. 2 Ustawy o Radiofonii i Telewizji miałby prawa odmówić koncesji jeżeli „rozpowszechnianie programów przez wnioskodawcę mogłyby spowodować zagrożenie interesów kultury narodowej, dobrych obyczajów i wychowania” .

Dwadzieścia  lat temu – 4 czerwca 1989 roku wywalczono w Polsce ustrój demokratyczny. Charakteryzuje go: wolny rynek utożsamiany z niezależnością banku centralnego, brakiem koncesji i reglamentacji; swobody obywatelskie – z prawem zrzeszania się i z niezależnością władzy sądowniczej, a także z prawem podróżowania oraz wolnością słowa i równym dostępem do informacji.

19. X. 2001  władzę przejęła w Polsce formacja polityczna Leszka Millera stworzona przez osoby, które doświadczenie administracyjne zyskiwały w autorytarnych strukturach partyjnych i rządowych komunistycznej Polski. Instrumentami rządzenia był wówczas centralny rynek koncesji i reglamentacji, kontrola prasy i ograniczanie swobód obywateli kontrolowanych przez zależne od rządu organy prokuratorskie.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zarówno znaczna część parlamentarzystów jak i członkowie Rządu uznali wynik wyborów roku 2001 i mandat sprawowania władzy dla niektórych reprezentantów dawnego aparatu jako dowód przyzwolenia społecznego dla powrotu do starych metod. Trudno jednak nie dostrzec, że obydwa rządy następne w walce władzy z opozycją bez oporu korzystają z „odblokowanego” przez Millera arsenału tych środków.

Demokracja jest ustrojem, w którym zakłada się zmienność władzy. Temu między innymi służy ograniczenie ilości kadencji osób sprawujących władzę. Władzy nie wystarczy demokratycznymi metodami  zdobyć – trzeba ją jeszcze z kulturą polityczną sprawować; w sposób taki, by godnie została przekazana następcom.

Istotą czwartej władzy jest uznanie prawa wszystkich obywateli do informacji. Równość w dostępie do wiedzy i demokratyczne prawo wyboru odpowiadających nam mediów.

Nieuznawanie tej prawdy sprawiło, iż ludzie w Polsce w tym samym stopniu nie nabrali do mediów zaufania w jakim dziennikarze i politycy nie nauczyli się szacunku dla odbiorcy. Publiczność nie wierzy dziennikarzom, dla których tak czy inaczej definiowana „misja” jest ważniejsza od starania o względy odbiorców, mierzonej w warunkach realnej konkurencji poczytnością i oglądalnością. Ten konflikt sprawił, iż rozsądnie myślący Polacy tracą poczucie wpływu na życie społeczne i rezygnują z udziału w wyborach. Młodzież emigruje już milionami.

I to właśnie, nic innego tylko brak szacunku osób publicznych dla społeczeństwa i zaufania społecznego do publicznych osób sprawia, iż jak w trzynaście lat lat po czerwcowych wyborach roku 89 władza w III Rzeczpospolitej znalazła się tak i w siedem lat potem w 2009 roku nadal pozostaje w rękach innych, a przeciez takich samych  ludzi. Osób dla których rządzenie jest celem samym w sobie,   a władzy pragną używać głównie dla jej zachowania i dalszego niekontrolowanego sprawowania

Kolejny atak ministra Grada na resztki niezależności KRRiT (nie mówię od polityki lecz chociaż od Rządu) dowodzi, że taka jest intencja polskiej władzy. Dokumentuje zaprzeczenie demokracji. Grozi, być może nawet kolejnym,  o którym tak barwnie opowiada w Salonie 24 Czarnowidz V rozbiorem Polski.

Bądź nawrotem autorytarnych form rządzenia.

Rozdz.  LXXIX - Media własne nasze

CDN

Rozdz.XXVIII – Powroty Zbigniewa Herberta czyli Media własne nasze

poprzedni pierwszy następny

W całej tej awanturze o media, która od początku nowego tysiąclecia  się  toczy – czy pamięta ktoś jeszcze co znaczy to słowo ? Media – czyli pośrednik, przekaźnik, obiektywny obserwator. Chyba od czasu, kiedy to po wyrwaniu telewizji z rąk Jerzego Urbana i mianowaniu Prezesem radiokomitetu śp. Andrzeja Drawicza – „Gazeta Wyborcza” triumfalnie obwieściła, że już i  Telewizja Nasza  – od tej chwili nikt w istocie nie myślał o bezwarunkowej wolności mediów. Media nie miały być wolne – miały pozostać  n a s z e.

Nasze… – tylko, że nas zabrakło !

Czy lepiej by było, gdybyśmy byli !? – Dobre pytanie. I jednoznacznie negatywna moja na to pytanie odpowiedź. Bóg łaskaw, że Nas nie ma. Kto bowiem znalazłby siłę dziś by walczyć z nami!? Z podporządkowanymi jednej opcji politycznej mediami. Z naszą telewizją, naszą prasą, radiem i naszymi na rozprzestrzenianie multipleksu zakusami. Kto walczyłby z nami, gdy wśród nas był cały łysiejący KOR, przyprószona siwizną ta pierwsza narodowo-wyzwoleńcza „Solidarność”, pampersi z brzuszkami, a pewnie co bardziej zasłużeni rzecznicy i propagandziści  PRL-u, którzy jak Marcin Święcicki,  Mariusz Walter, Andrzej Olechowski, a pewnie i Aleksander Kwaśniewski  też coraz bardziej byliby nasi – dzięki okrągłości Okrągłego Stołu.

A tak nie ma nas  – nie ma ani telewizji Chojeckiego, ani projektu Terleckiego, ani imperium Walendziaka. I po polsku: wszyscy konkurenci cieszyli się gdy jednych zamykała policja, inni nie dostawali koncesji, jeszcze inni bankrutowali.

Nas więc już nie ma: ani  jako środowiska ani jako któregokolwiek z przegranych, rozproszonych niepotrzebnie ze sobą konkurujących produktów medialnych. Niedobitki w rodzaju Leskiego czy niżej podpisanego kręcą się po blogerskich salonach…

Odradza się za to znowu Ich ( wpierw post PZPR-owska w wykonaniu Kwiatkowskiego, a dziś post WRON-ia z rekomendacji syna  Macieja Giertycha), za chwilę jeszcze jakaś inna – polityczna kontrola nad Telewizją Publiczną.

Jest Ich (to znaczy ludzi  środowiska gierkowskiej propagandy sukcesu ) wpływ w TVN Mariusza Waltera.

Są Ich (to znaczy pogrobowców i dziedziców ZSL-u)  wpływy w PolSat-cie zarządzanym dziś programowo przez Carycę TVP wszystkich reżimów  - Ninę Terentiew.

Więc w chwili, gdy środowiska będące spadkobiercami opozycji demokratycznej  mają coraz mniejszy wpływ na prasę, udziały może w kilku stacjach radiowych – jednak są praktycznie nieobecne w prywatnych mediach zaś ostatni przyzwoici  pracownicy Telewizji Publicznej, czekają na emeryturę, zmieniają skórę lub są po prostu zwalniani z pracy – może ostatnia to chwila by pomyśleć kim dzisiaj jesteśmy, kto jest wśród nas i czego od mediów chcemy.

Łączy nas wiara w wolność słowa. Wiara w media – dziś tysiąckroć potężniejsze niż 20 lat temu. Media z telewizją, sieciami kablowymi, komórkowymi i owocującym dziś blogosferą – internetem. Media prywatnych pracodawców, operatorów multipleksu, nadawców telewizyjnych. Jesteśmy z produkcji i z reklamy. Ani z jakichś Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych ani z polityki – jesteśmy z wolnego rynku, dla którego produkujemy: nakład, oglądalność, słuchalność.

Tacy jesteśmy dziś – my  – to znaczy ludzie, którzy traktują literalnie prawo jednostki do wyrażania swoich poglądów. To znaczy ludzie, którzy wierzą w mądrość społeczeństwa. Dziennikarze i publicyści, którzy uznając prawo dostępu do informacji  w   z a s a d z i e, nie pragną zarazem      w   s z c z e g ó l n y c h   przypadkach dostępu takiego zakazać. Kiedyś tacy jak my nazywali się – demokratyczną opozycją.

Tylko czy mam prawo używać liczby mnogiej ? Czy żyje jeszcze ktoś, kto się po tym moim „manifestem” zechce podpisać ?


Może pora wytłumaczyć jak doszło do tego, że większość życia spędziłem praktycznie na wygnaniu,  włócząc się po jakichś teatralnych ogrodach ?

Wolność 4 czerwca zastała mnie w Szkole Teatralnej. Tam z Grażyną Matyjaszkiewicz i Jerzym Jacklem, który wsławił sie tym iż wymyślił nazwę dla Porozumienia Centrum –  odtwarzaliśmy „Solidarność” której to nawet zostałem pierwszym uczelnianym przewodniczącym. Ale potem wydarzenia nabrały przyspieszenia. Pamiętam spotkanie artystycznej „poziomki” komisji uczelniach NSZZ „Solidarniość” przełomu roku 89 na 90. Gdy popatrzyłęm na rozwianą czuprynę przedstawiciela Akademii Muzycznej, późniejszego wiceministra kultury Jacka Weissa, którego związek wydeleguje nawet w krytycznym roku ’99 na wiceministra kultury – zrozumiałem, że korporacja zawodowa artystów przez duże „Tfu…”, to już z pewnością nie jest moja bajka. Robienie za pana od wf-u ( czyli nikomu niepotrzebnej „estetyki teatru”), pisanie za aktorów prac magisterskich bądź  tolerowanie, że ktoś inny ten kierat na siebie za wynagrodzeniem  bierze,  też nie zgodziło się z moim temperamentem. Zatem  także i z uczelnią rozeszły się moje  drogi.

I wtedy, wnet po przejęciu Tygodnika Solidarność przez Kaczyńskich i wyrwaniu go z rąk mazowieckich dworaków zgłosił się do mnie Urbański stawiając zadanie: przyciągnąć do Tygodnika intelektualną elitę. Opowiadałem już o tym jak się wówczas czułem. Ale nie opowiadałem jak pewnego dnia zadzwonił w mym prywatnym mieszkaniu telefon.

- Dzień dobry Panu. Usłyszałem drżący głos w telefonie. – Czy to pan  jest kierownikiem działu kulturalnego w piśmie „Tygodnik Solidarność”.

- I owszem, odparłem zniecierpliwiony, gdyż oderwano mnie właśnie od jakiejś niezwykle pasjonującej domowej pracy.

- Bo widzi Pan, ton rozmówcy stał się razem nachalny i płaczliwy, jakby się prosił o reprymendę: ja jestem poetą, a państwo pewnie w tak poważnym organie wszechzwiązkowym poezji nie drukujecie…

Już miałem potwierdzić i przegonić nachała gdy naraz, ten autoironiczny ton, ta  wyraźnie udawana pokora, zwyczajna „zgrywa” – coś mnie tknęło: - Pan Zbyszek ? spytałem niepewnie.

- A i  owszem, owszem głos poety przeszedł w wyższe rejony, zaczał brzmieć godnie i dostojnie. – Witam Nad-Redaktora.

- To już w kraju, spytałem.

Tak, odpowiedział postanowiłem wrócić na kamienne łono ojczyzny.

Herbert ( fot.A.T.Kijowski)

Zbigniew Herbert (fot.A.T.Kijowski)

No i tak to się zaczęło. Na drodze do odebrania Herbertowi szans na Nagrodę Nobla byłem wstępnym, pochlebiam sobie, że jeszcze nie tym niefortunnym etapem.

W mieszkaniu przy Promenady spędziłem , nie wiem czy najszczęśliwsze ale niewątpliwie inicjacyjne dni mego małżeństwa. Mieszkałem tam u Herbertów w sumie trzy miesiące od lipca, gdzieś do października roku 77 po moim pierwszym ślubie. Kilka dni z panią Kasią i Zbyszkiem. Potem Herbert wyjechał na Zachód, za nim po miesiącu wyruszyła Pani Katarzyna. Przez dwa miesiące pracowałem przy biurku i myszkowałem w bibliotece poety.

Kolejny raz zjawiłem się w tym mieszkaniu w listopadzie ’83 roku. Mimo, że Stan Wojenny zastał autora „Raportu z Oblężonego Miasta” na zachodzie wrócili do kraju. Przybiegłem do Zbyszków by pożyczyć na kilka dni jedyny, legalnie wwieziony tom „Raportu z Oblężonego Miasta”Raport_maszynopis-web wydanego w „Kulturze Paryskiej”. Dopadłem maszyny i wiersz po wierszu, strona po stronie przepisałem tomik przez kalkę w pięciu numerowanych egzemplarzach. Potem pracowicie go zszywałem. Cztery przebitkowe kopie pan Zbyszek podpisał. Miałem dla najbliższych przyjaciół piękne przezenty gwiazdkowe. Mój egzemplarz, uzdolniony plastycznie, poeta ozdobił własnoręcznie wykonanym logo Kultury Paryskiej i dedykacją.

Po tym telefonie nastąpiło spotkanie trzecie. Zawdzięczałem je determinacji i uporowi. Kiedy bowiem w lipcu 90 roku obejmowałem posadę w Tygodniku zwróciłem się z zaproszeniem do wszystkich byłych współpracowników pisma z okresu redakcji Mazowieckiego. Nieliczni tylko z Krzysztofem Wolickim i Romanem Zimandem na czele mi odpowiedzieli. Pan Zbyszek przebywający w tym czasie w Paryżu przysłał list krótki i obraźliwy. Stwierdził, że nie ma zwyczaju publikować w pismach, których naczelnych reaktorów nazwisko trudne do zapamiętania. Wkroczyłem wtedy do gabinetu z-cy  Jarosława Kaczyńskiego czyli Krzysztofa Czabańskiego. Położyłem na biurku listę nazwisk z adresami, na której byli mieszkający w Paryżu Brandysowie, Herbert, Olga Scherer, Giedroyć i jeszcze kilku warszawskich pisarzy i postawiłem ultimatum: na te adresy ma iść stała i darmowa prenumerata. Czabański mi uległ. Odtąd każdy wypieszczony i ozdabiany coraz lepszymi nazwiskami numer pracował dla mnie tak skutecznie, iż po pół roku lektury Herbert uznał , że mój dział kultury w kaczym Tygodniku właśnie jest – Nasz.

Za pisany pod wpływem pro-mazowieckich emocji list przeprosiwszy  obiecał mi Poeta wiersz  i zaprosił  na Promenady. Nie zapomniałem dyktafonu ani aparatu i tak oprócz prawa pierwodruku w „Tygodniku Solidarność” tytulowego wiersza z przygotowywanego właśnie tomu „Rovigo” –  w marcu ’91 przeprowadziłem wywiad, który zatytułowałem „Jak tu teraz żyć?”.

Zbigniew Herbert na Promenady, 14.III.1991 ( fot.A.T.Kijowski)

Zbigniew Herbert na Promenady, 14.III.1991 (fot.A.T.Kijowski)

Cóż to była za praca ! Przesiedziałem z Herbertem w jego gabinecie ładnych kilka godzin. Rozmawialiśmy w dalekim od  wywiadu stylu, jakby wróciły czasy gdy żył mój Ojciec, przychodzili Brandysowie, Międzyrzeccy a ja czasem zadawałem pytania nastolatka. Mam to wszystko nagrane. I …  może kiedyś pokażę. Pan Zbyszek mówił bowiem cudowności, a potem opowiadał rzeczy straszne. Wszystko miał za złe, urażał ludzi.

A przecież nie mówił, że to Państwo, że media  nie nasze. Przeciwnie. Twierdził, że oto normalność nastaje. Wtedy wydawało mi się to niesprawiedliwe. Więc do wywiadu wprowadziłem tylko to, co wiecznotrwałe. Gdy wróciłem po kilku dniach spisywania z taśm i przyniosłem materiał – Herbert przebiegł tekst wzrokiem i z właściwym sobie patetyzmem skłonił mi się nisko.

Jesteś pan wielki rzekł teatralnie – zmuszasz mnie do czynu. Następnie zastrzyknął adrenalinę i  zamknął się w pokoju oddawszy mnie pod intelektualną i  kulinarną

Katarzyna z Dzieduszyckich Herbertowa

Katarzyna z Dzieduszyckich Herbertowa

opiekę pani Kasi. Po dwóch godzinach tekst był gotowy. Herbert nie zmienił nic. Nie dodał ani nie ujął zdania. Wszystko pozostało jak w mojej redakcji choć … wszystko już brzmiało inaczej. Tekst, który mu przyniosłem był bowiem dosłownym zapisem wypowiedzianych przezeń słów. Redagując te same treści Herbert wszystko raz jeszcze napisał i od nowa. Poprawiał interpunkcję, czasem dodał przymiotnik, zadbał o kadencję. Wywiad zmienił się w literacką prozę – nabrał brzmienia.

Po tych dniach marcowych spędzonych między mieszkaniem Herberta, a  oddziałem położniczym na Karowej, gdzie w Śmigus Dyngus będący tego roku Prima Aprilisem miała zameldować się na świecie moja córeczka Kamila, literaturze pozostał wywiad publikowany w Wielkanocnym numerze „Tygodnika Solidarność”[1].  A mnie nagroda krytyki w postaci wiecznego pióra, którym do dziś się posługuję  i  jeszcze jedna dedykacja. Może nawet coś więcej. Słowa, które z biegiem lat i dni jakby większego nabierają znaczenia.Nagroda-Krytyki_web

Wywiad żyje. Często jest cytowany, bywa przedrukowywany. Nie sposób go pominąć choć budzić mogą politowanie zabiegi poczynione przez Andrzej Gelberga, który zrobiwszy wraz z Anną Poppek dokładnie to co ja uznałem za małość, tzn. wydobywszy z poety oceny doraźne i takie, które wielu przysporzyły mu wrogów – dzieje związku Herberta z Tygodnikiem opowiada tak jakby nasz świat odzyskany został wtedy, gdy tak naprawdę się kończył  - czyli w roku ’94. Jakby wszystko zaczęlo się wtedy, gdy szefem związkowego pisma został wybitny menedżer transportu samochodowego, a niedawne czasy, gdy  z  kierowanymprzez mnie dziełem kulturalnym Tygodnika współpracowali tacy ludzie jak Tomasz Burek,  Ernest Bryll, Paweł Hertz, ks. Jacek Salij,   Romand Zimand, czy sam Zbigniew Herbert były mało zaczącym epizodem.

Nie, nie  mówi przeze mnie pretensja, ani nawet żal. Wspominam o tym, gdyż opisuję obyczaje. A w tych w Polsce panuje niezmienna zasada – zrywania ciągłości. Każdy nowy szef stara się pomniejszyć rolę poprzednika. Zamiast doskonalić deprecjonuje przeszłość. Jeśli tylko zdoła zmieni szatę graficzną, nawet  logo, zamachnie się na tytuł. Rząd wladzę  wyobraża sobie jako zmienianie ustaw. Parlament uzna za stosowne poprawiać Konstytucję. Każdy chce zmieniać sądząc, że w ten sposób najłatwiej da się zapamiętać. I tak jeden bubel zastępuje kolejny niewypał.  Złego wymienia gorszy. Ta zasada dotyczy  wszelkiej władzy:  ustawodawczej, wykonawczej, a także tej, która się czwartą chce nazywać. I tu także panuje żelazana zasada psucia naszej medialnej monety.


[1] Por. Jak tu teraz żyć, [w:]Herbert nieznany, Rozmowy; Zeszyty Literackie, Warszawa 2008, s. 192-197

CDN

LXXIX – Gelberg z TySol-u czyli polowanie na łosia

Rozdz. LXXIX – Gelberg z TySol-u czyli – polowanie na łosia.

poprzedni pierwszy następny

Ukazanie się mojego  wywiadu z Herbertem stanowiło swoisty w ’91 roku przełom.  Przez moment znów wydawało się możliwe jakieś nowe pogodzenie elit. Dziś po  próbie zawłaszczenia osoby Poety przez ekipę „Tygodnik Solidarność” Gelberga trudno odpowiedzieć na pytanie co by było gdyby. Gdyby np. nie ukazał się ten skojarzony trwalej z Tygodnikiem Solidarność, a przeprowadzonyw ’94 roku, kiedy już po mnie w redakcji nie zostało śladu wywiad zatytułowany  „Pojedynki Pana Cogito”. Wywiad który obrócił przeciw Poecie środowisko Gazety Wyborczej i sprawił, że wszyscy „gęgacze” od Michnika po Tomka Jastruna odwrócili się od Pana Zbyszka. Czy wtedy miast autorki  wiersza o Stalinie laureatem Nagrody Nobla zostałby ten, kto w owy czasie wybrał dumne milczenie?  Cokolwiek powiem dalej niech będzie wyraźnie powiedziane, że odpowiedzialność za policzek wymierzony polskiej literaturze, za antynarodowy lobbing który sprawił , że w miejsce Poety Tysiąclecia  wprowadzono do  Literackiego Panteonu Literatury –  Autorkę Kilku Szlagierów-  nie spoczywa na tych, co pozwolili poecie mówić.

Pierwszy raz odezwał się Herbert w moim Tygodniku. I trzeba było widzieć tę ulgę –  tę radość w jego oczach, gdy przeszedłszy nad stekiem doraźnych, a czasem  krzywdzących opinii wydobywałem to co w jego słowach ponadczasowe.

Pominąłem pretensje do Kazia Brandysa, napaści na Miłosza, o którym raz czule to znów pogardliwie odzywa się poeta, oceny Konwickiego równie mało wstrzemięźliwe. Pominąłem bo znam poetę od dziecka, a literaturę wyssawszy z krwi Ojca wiem, że sformułowanie, którym się autor przez moment napawa to jeszcze nie pisarstwo. Dzieło powstaje z redakcji, a ta ostatnia mówiąc słowami Norwida jest REDUKCJĄ. Redukcją, co nie znaczy cenzurą. Jest wyciągnięciem jednego zdania z dwóch sprzecznych, tak by nikt tylko wybranego sformułowania nie cytował.  Gdybym miał spisać te wszystkie inwektywy pana Zbyszka wypowiadane  jeszcze w latach 70’tych podczas kolacyjek na Jaworzyńskiej…

Kali [1961-1978]

Kali (1961-1978)

To co wygadywał na Andrzejewskiego, Iwaszkiewicza, często ludziom prosto w oczy. Zdania wypowiadane tylko  dlatego, że dobrze brzmiały. Wspominam Jego zacietrzewienia  bo pamiętam Wielkie Pokajania, gdy uznawszy że przesadził padał na kolana, chwytał pod nogi idąc w sztuce przypodchlebiania w zawody z naszym pudelkiem – Kalim. Słowa dla Pana Zbyszka to były igraszki. Serio traktował twór pióra.
No ale skąd miał to niby wiedzieć redaktor „Techniki Motoryzacyjnej”?  Człowiek, którego talenty wbrew opini jaka wówczas panowała, dobrze zagospodarował dopiero Lech  Kaczyński i to  tylko raz, kiedy po zakończeniu misji marginalizowania „Tygodnika Solidarność” mianowano Gelberga w 2002 roku szefem  Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówek w Warszawie …
Gorzej, że nie chcieli ( bo nie wątpię, że potrafili ) czytać słów Herberta właściwie autorzy „Dziejów Honoru w Polsce” czy „Rzeki Podziemnej”. I to zacietrzewienie takich ludzi, ich  uraza, ich małość sprawiły, że doraźny sukces, pieniądze, przelotna chwała ominęły pana Zbyszka Herberta. Polska Literatura zaś w swych najwyższych przejawach kojarzyć się  może na świecie z  grzecznymi wierszami o opuszczonym kocie czy niepojętymi  wizjami polskiego Litwina z San Francisco.  Krystaliczna, kartezjańska  wizja  śródziemnomorskiej cywilizacji –  stanowiąca w twórczości Herberta podsumowanie korzeni polskiej kultury, a zarazem całej reformy poezji XX wieku od Rimbaude’a po Eliota –   nie otrzymała szansy jaką Nagroda Nobla daje w dotarciu narodowego przekazu do powszechnej świadomości kulturalnej.Fakt otrzymania przez Wisławę Szymborską  Nagrody Nobla można podsumować krótko. – Naród który wybrał sobie na Prezydenta Kwaśniewskiego nie zasługuje widać, na to by ukazać światu autentyczną moc swego  ducha.  A jacy prezydenci tacy Nobliści. Kwaśniewski i Szymborska są z tej samej bajki – wyprani, kulturalni, fachowi, obliczalni, banalni. W sam raz materiał dla oleodruku.
Andrzej Gelberg
Andrzej Gelberg

Czy można było temu zapobiec  ? Gdyby na przykład inaczej potoczyły się losy „Tygodnika Solidarność” ? – W ‘91 roku kiedy ukazywał się mój wywiad z Herbertem  Jarosław Kaczyński był już ministrem stanu u Wałęsy, Lech Kaczyński faktycznie zarządzał NSZZ „Solidarność”  i starł się o objęcie funkcji przewodniczącego. Było

Józef Orzeł
Józef Orzeł

wiadomo, że w takim wypadku szefem Tygodnika zostanie Józek Orzeł. No ale vox populi vox dei. Elektorat wymyślił Krzaklewskiego, a Gelberg wygrał swój los na loterii. Jadąc z ramienia Tygodnika relacjonować te Związkowe przepychanki trafił w przedziale na Borsuka czyli Bogdana Borusewicza będącego wówczas członkiem Komisji Krajowej Związku. Przypomniał mu się, wysłał sygnał, że pracuje w Tygodniku, zna realia, a i w Gminie ma nie gorsze od Orła (pieszczotliwie dla rozpoznaki  przezywanego czasem  Adlerem) –  umocowanie  … Po wypadnięciu Lecha Kaczyńskiego, a zatem i Józka z gry,  Gelbergowi pozostało już tylko … przekonać zespół do siebie.

Zaczął ode mnie. Znaliśmy się nieco. Gelberg przyjaźnił się blisko z pomagającą mi prowadzić dział kultury  Ewą Matuszewską: dziennikarką, reportażystką, taterniczką- pracowniczką „Tygodnika Solidarność”  i  pisma „Uroda”, do śmierci zaprzyjaźnioną z Wandą Rutkiewicz, której pomagała pisać książki.   Ewa poświeciła też alpinistce nieco wspomnień.

Pożegnanie Jarosława Kaczyńskiego po wyborach prezydenckich 1990

Pożegnanie Jarosława Kaczyńskiego po wyborach prezydenckich 1990

Matucha przyprowadziła mi Andrzeja jako kolegę z działu gospodarczego  z jakąś nieporadną recenzją kulturalna, na której mu jednak zależało bo chciał przypodobać się komuś wpływowemu. Zadiustowałem, wydrukowałem. Wydał mi się nawet sympatyczny więc nie oponowałem, przeciwnie poparłem jego kandydaturę, gdy w kilka tygodni później Marian Krzaklewski rekomendował zespołowi Andrzeja na szefa. Sprawiał wrażenie człowieka spokojnego, konsyliacyjnego, a że słabo pisze – pomyślałem –  może to i lepiej. Przynajmniej nie będzie promował własnych utworów. W końcu naczelny nie musi być aktywnym dziennikarzem.

Zbliżyliśmy się nieco. Raz czy drugi zjedliśmy razem obiad w NOT-cie na Czackiego. Redakcja mieściła się wtedy przy tej ulicy nad Teatrem Kwadrat. Zawsze w towarzystwie Roberta Terentiewa, z którym Gelberg się nie rozłączał. Jedliśmy zupkę, a panowie cmokali.

No i popatrz, popatrz mówił Andrzej do Roberta,  a mogłem  być szeregowcem w „Gazecie Wyborczej”. Coś mi mówiło, że jednak w Tygodniku będą większe możliwości.

- Fakt – ustrzeliłeś łosia. Skomentował Terentiew, namiętny myśliwy.

Trzeba wiedzieć, że obydwaj panowie przed stanem wojennym pracowali w pisemkach branżowych. Terentiew miał coś wspólnego z wydawnictwami Polskiego Związku Łowieckiego. Gelberg to znakomity brydżysta – absolwent Wydziału Maszyn Roboczych i Pojazdów.  Do Stanu Wojennego był redaktorem pisma „Technika Motoryzacyjna”. To nie był jednak przypadek emigracji wewnętrznej Leszka Szarugi, który w tym czasie pracował jak już opowiadałem, bodaj w w „Hotelarzu”. W wypadku Gelberga i Terentiewa o  jakichkolwiek związkach z podziemiem w latach 70-tych nie mogło być mowy.

Powoli, pomalutku – kształtował się zatem w Tygodniku, mało subtelnie nazywanym przez Gelberga TySol-em, nowy dwór. Patrzyłem lekko osłupiały jak nagle jedni zaczynaja wybijać pokłony. Inni – odchodzą.  Swoje rządy zaczął oczywiście Gelberg od spacyfikowania Orła. Po odejściu Czabańskiego do „Expresu Wieczornego”, gdzie ten ostatni został naczelnym redaktorem,  Józek Orzeł niemal etatowo, ale to nie znaczy, że wyłącznie, reprezentował Tygodnik w telewizyjnych dyskusjach dziennikarzy w I Programie TVP. Zatem na pierwszym kolegium nowy szef czyli Gelberg ogłosił, że nie może być tak by jedna osoba repereznetowała tam zawsze gazetę. Akurat  po raz czwarty odwiedził  Polskę Ojciec Święty – wskazano mnie bym jako szef działu kultury, który w końcu przyciągnąl do Tygodnika też Ojca Jacka Salija, reprezentował Pismo w dyskusji dziennikarzy nazywanej „Przegląd Tygodnia”. To była, taka mała nagroda. Bonus track. Czy muszę dodawać, że już żaden inny dziennikarza Tygodnika tego zaszczytu nie dostąpił ?  Po mnie do telewizji wybrał się, dla odmiany,  redaktor naczelny ( Kaczyński nie miał takiego obyczaju), a jak się raz Gelberg rozsiadł przed kamerami tak siedział w Studio dobrych kilka lat –  aż do likwidacji programu Maldisa.

Tak więc kształtował się dwór czy raczej fowark , a ja kto wie, kto wie… Pewnie miałem nawet szanse stać się  jakimś ważnym ekonomem. Nie czułem jednak tego bluesa, a zresztą nieoczekiwanie przyszedł mi z odsieczą – Piotr Wierzbicki.

Rozdział LXXX – Piotr Wierzbicki i Nowy Świat

CDN

Rozdz. LXXX – Piotr Wierzbicki i „Nowy Świat”

poprzedni pierwszy następny

Śmiałek nieśmiały

Pan Piotr jest chyba człowiekiem nieśmiałym. Raczej milczącym, zdystansowanym, ironicznym. Pisał felietony w „Literaturze” Gustawa Gottesmana, w której debiutowałem, potem w „Tygodniku Powszechnym”. W „Tygodniku Solidarność”  zdaje się formalnie pracował w moim dziale lecz jego głównym zadaniem było pisanie felietonu na ostatnią stroną.  Pozyskanie przeze mnie dla już post-kaczego Tygodnika Herberta odbiło się na tyle dużym echem, że Wierzbicki, który do wylewnych nie należy na kolegium publicznie mi gratulował. A do mnie:  autorzy walili drzwiami i oknami. Każdy chciał mieć ze mną wywiad niezależnie od tego czy mieszkał w kraju czy za granicą. Z Paryża nadciągali reemigranci. Zrobiłem

Mirosław Chojecki w Paryżu - 1984

Mirosław Chojecki w Paryżu - 1984

wielką rozmowę z mieszkającym jeszcze w Paryżu Mirosławem Chojeckim, którego pozycja naonczas porównywalna mogła być tylko do roli Michnika. Ba – zdawał się nawet ważniejszy. Michnik to była tylko prasa. Chojecki wracał z Paryża z projektem Niezależnej Telewizji Polskiej, antenami satelitarnymi. Istną wieżę Babel ustawi wnet na Wiejskiej w  „Czytelniku” z monitorów Thompsona. A więc Chojecki i odwiedzająca Polskę rosyjska dysydencka poetka Natalia Gorbaniewska,

Natalia Gorbaniewska

Natalia Gorbaniewska

pierwszy wywiad z obejmującym po Cywińskiej stanowisko ministra kultury Markiem Rostworowskim. Potem ważna środowiskowo rozmowa z  Krzysztofem Zaleskim mianowanym podówczas dyrektorem Teatru Narodowego w odbudowie. Tygodnik wychodził z getta.

Obserwując to uważnie przyszedł do mnie Wierzbicki i zaproponował byśmy stworzyli pismo. Prawdziwe, nasze, codzienne. Ani Gelbergowskie ani Michnikowskie lecz inteligenckie. Pan Piotr nie rzucał słów na wiatr. Za sprawy finansowe miał odpowiadać ówczesny minister w kancelarii Prezydenta Wałęsy pan Jerzy Grohman. To było chyba około maja ’91 roku. W oczach mam widok z mojej ówczesnej loggi na Długiej, gdzie mieszkałem w domu wystawionym w miejscu, w którym niegdyś mieściło się kolegium Teatynów. W tym kubie przestrzeni, w którym Stanisławowi Augustowi Poniatowskiem być może batożkiem nauk udzielano widzę się ze słuchawką przy uszach zapatrzonego w Kolumnę Zygmunta, toczącego wielogodzinne rozmowy z Wierzbickim na temat formy pisma, treści, tytułu.Tygodnik_Swiat_fot_Mariusz_Kubik_01 Namawiałem pana Piotra byśmy nawiązali do formuły magazynu jakim był pamiętany przeze mnie jeszcze z lat szczenięcych „Tygodnik Świat” Stefana Arskiego.

Piotr Wierzbicki

Piotr Wierzbicki

Wierzbickiemu zasadniczo mój pomysł się spodobał i pamiętam tę chwilę, gdy przybiliśmy – dziennik miał się nazywać „Nowy Świat”. Nowy Świat_logo Spór, który jeszcze się toczył dotyczył formatu. Polski czytelnik przyzwyczajony był do gazetowych płacht. Przez rynek przebijało się pismo „Wprost” przez oszczędnych poznaniaków wydawane na makulaturowym niemal papierze tylko z kolorową okładką. Piotr Jegliński z Maciejem Iłowieckim pierwsi próbowali naśladować Newsweek wydając  z kolei ekskluzywne lecz bardzo drogie „Spotkania”. Nawet pozycja „Gazety Wyborczej” nie do końca jeszcze była ustabilizowana. Nie było tam jeszcze dodatków. „Nowy Świat” miał dostarczać to czego inni nie mieli. Miał być wprawdzie dziennikiem lecz zarazem pismem dla całej rodziny. Z dodatkiem niedzielnym i bardzo potrzebną (wobec perturbacji wydawniczych na rynku „Misiów”, „Świerszczyków”, „Płomyczków” i „Płomyków”) – kierowaną przez Laurę dwojga nazwisk: Bakalarską-Manturzewską ( Cywilizacja i młodzież) przy pomocy Magdy Lengren, Stanisława Karaszewskiego, Krzystofa Lipki i Danuty Wawiłow specjalną wkładką dla dzieci. Oczkiem w głowie  Pana Piotra miał się też stać jak byśmy go dziś nazwali life-stylowy dodatek zatytułowany „Podróże i Marzenia” redagowany przez Agnieszkę Dziembaj przy współpracy Krzysztofa Masłonia – późniejszego współtworcy Plusów i Minusów w „Rzeczpospolitej”.

Piękne to były marzenia, którymi wypełniona była wiosna i lato 91 roku. Rojenia trwały gdzieś od maja do października czy listopada 1991 roku.

Podróże i Marzenia - logoPotem zaczęły się konkrety. Tzn. poszukiwanie lokalu, troska o druk, dystrybucję i last but not least  ukształtowanie zespołu. Znalazły się w nim dwa rodzaje ludzi. Ci, których poznał Pan Piotr (z natury samotnik raczej) w swym niezbyt bujnym życiu dziennikarsko-zawodowym, nieliczni opozycjoniści, za to cała grupka dobrych fachowców chociaż partyjnych, którzy jednakowoż znali się na sprawach, o których ludzie tacy jak ja, potrafiący przepisywać na maszynie czy wymieniać toner w kopiarce, nie mogli mieć pojęcia.

Zderzyło się więc nowe ze … starszym. „Tygodnik Solidarność”, który był moim pierwszym zawodowym doświadczeniem dziennikarskim wydawany był już w składzie komputerowym. Pracując tam opanowywałem pierwsze edytory tekstów „TAG-a”. Program do DPT nazywał się bodaj „Cyfroset”. Przygotowując makietę mego działu kutury, który wyobrażałem sobie jako bardziej informacyjny niż publicystyczny patrzyłem na zachodnie wzory. Zaprenumerowałem „Le Figaro” i „US Today” i na ich wzór szukałem nowoczesnej formuły. A tu rzeczywistość skrzeczy. Składać mieliśmy w drukarni Domu Słowa Polskiego, gdzie stały 40 letnie maszyny, a zecerzy posługiwali się tradycyjną ołowianą formą. Taką samą z jakiej w  latach 60-tych w Drukarni Życia Warszawy na Marszałkowskiej, którą czasem jako dziecko z ojcem odwiedzałem zecer odłamał mi pamiętam pierwszą z mym nazwiskiem – pieczątkę.

Antoni Bartkiewicz

Antoni Bartkiewicz

Gdy więc ja bujałem w obłokach, pełniący funkcję sekretarza redakcji, a doświadczony na wszelkich frontach walki ideologicznej Antoni Bartkiewicz przyglądał mi się z powątpiewaniem kwitując krótko – w technice druku typograficznego to mrzonki –  znaczy nieosiągalne. No cóż – rzuciłem się studiować… typografię.

Do Antka Bartkiewicza jeszcze pewnie wrócimy. Będę natykał się nań całe życie. To z pewnością czynownik, służbista. Rodzaj dobrze wychowanego, posłusznego janczara z tych, co w pierwszym odruchu na wyskakującą zza węgła ‘głasnosti’ i ‘pieriestrojki’ niepodległość chowali się pośród prawicy. Jak to się stało nie wiem ale po „Nowym Świecie” w czasach Jana Parysa, zostanie Bartek cywilnym szefem „Żołnierza Wolności” przezwanego na „Polskę Zbrojną”. Będziemy jeszcze mieszkać we wspólnym domu przy ulicy Grzybowskiej 77, gdzie i moja Nowa Telewizja Warszawa, i wydawnictwo Bellona, i dziennik wojskowy uzyska azyl w budynku Ministerstwa Obrony Narodowej. Potem wyląduje w TVPolonia jako sekretarz kanału zarządzanego przez pseudo-prawicowego Roberta Terentiewa, by wreszcie, gdy komuna odzyska swe wpływy w czasach Kwiatkowskiego wypłynąć i przez osiem lat bezpiecznie zarządzać kanałem satelitarnym TVP dla zagranicy.

Jedno jest pewne. Gdy przyszło ruszyć wielki kalanader nie mógł tego zrobić ktoś, kto miał w dorobku zawodowym produkcję na sitodruku karteczek. Wszyscy zatem stanęli w drukarni na Nowogrodzkiej pod wodzą Bartkiewicza. Była noc 30 listopada 1991 roku. Sobota. Maszyny zawarczały, spadł pierwszy egzemplarz. Fachowy rzut oka: logo, paginacja, data. Bartkiewicz niczym kapitan skłonił się przed Wierzbickim admirałem. Podpisał. Ruszyła  maszyna. Warczała dla mnie jakieś sto dni.

Zespół działu kultury zorganizowałem z pomocą Jacka Cieślaka, który był moim studentem w Szkole Teatralnej, a teraz wygrał anonimowo konkurs

Jacek Cieślak

Jacek Cieślak

na recenzję literacką jaki ogłosiłem w „Tygodniku Solidarność”. Jury, w którym byli samo pracownicy działu a to: Ernest Bryll, Tomasz Łubieński, Paweł Hertz i Piotr Wierzbicki wyselekcjonowało mi.in. prace Jacka Cieślaka i Jarosława Klejnockiego. Ten ostatni po nagrodę się zgłosił,  od pisma jednak wolał się trzymać z daleka. Z Jackiem najlepiej ułożyła się współpraca.  Do „Nowego Świata” wkroczyłem więc na czele grupy dzielnych budrysów, wśród których każdy wart wzmianki: Jacka Cieślaka ( dziś „Rzeczpospolita), Roberta Karpa, Tomka

Tomasz Płuciennik

Tomasz Płuciennik

Płuciennika ( wieloletniego wydawcę Teleekspresu, dziś TVP Kultura) i Darka Wieromiejczyka ( ostatnio czyli w czasach Wildsteina – szefa Agencji Telewizyjnej TVP). Moją zastępczynią została poznana w „Teatrze Nowym”, tracąca po odejściu Bogdana Cybulskiego posadę szefowej działu literackiego –  Ania Kowalska, która swoje miejsce odnajdzie jako „sanitariuszka” kulturalna w Szpitalu św. Ducha na Elektoralnej, gdzie przetrwa moje przyjścia i powroty, a także inne burze i zawieje.

Dariusz Wieromiejczyk

Dariusz Wieromiejczyk

To był zespół z którym można było naprawdę góry przenosić. Podobnie jak dział zagraniczny, gdzie z mojego polecenia zatrudnił pan Piotr między innymi Jolantę Kessler (dziś konsula w Szwajcari)

Jolanta Kessler

Jolanta Kessler

czy Krzyśka Murawskiego ( późniejszego m.in. Prezesa WSiP). Z Tygodnika „S” dla Zagranicy „wyjął” pan Piotr Olka Kropiwnickiego, a działem zawiadywał Zbyszek Żukowski. Pismo miało być przede wszystkim ciekawe.  Miało mieć liczne dodatki. Dział nauki, co było absolutnym novum zgodziła się prowadzić pani Bożena Kastory, która po upadku gazety przeniesie się z tą ideą do „Wprost”-u gdzie  stworzy w tej dziedzinie niepowtarzalne państwo w państwie.

Dział budowałem w warunkach iście frontowych. Walczyć trzeba było o wszystko. Biurka, maszyny do pisania, oświetlenie. Sam zaopatrzony już w pierwszego PC-ta, na który wydałem wszystkie dolarowe oszczędności z czasów tzw. komuny (PS/1) z Worksami, nie mogłem pogodzić się z tym siermiężnym stylem. Łączyło mnie to zresztą z nabytą przez Wierzbickiego dla odmiany ze „Spotkań” dyrektorką ekonomiczną spółki czyli Hanką Zielonką, z którą wspólnie walczyliśmy o jakość warsztatów pracy. Pozyskiwałem współpracowników. W „Dodatku Niedzielnym”, który redagował Robert Firmhofer wespół z Andrzejem Radomińskim pierwszy raz natknąłem się na Jarka Kreta. Jako swoisty bonus ofiarowałem za ich pośrednictwem Wierzbickiemu ( spisując go przy okazji z taśmy) „Notatnik ze współczesności”.Seniora[1]

Chodziłem po ludziach z kwerendą. Pamiętam długą rozmowę z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem jeszcze w ich starym mieszkaniu na Filtrowej. Rozmowę w trakcie, której autor „Żmutu” uświadomił mi mizerię polskiej prawicy. Brak zaplecza intelektualnego.

Jarosław Marek Rymkiewicz

Jarosław Marek Rymkiewicz

- Popatrz – mówił Rymkiewicz. Michnik powie coś, odwraca się i co ma za plecami: całą plejadę szlachetnych socjalistów od Rzewuskiego czy Mickiewicza poprzez  Abramowskiego i  Nałkowskiego wliczając Brzozowskiego czy Irzykowskiego aż po Wykę bądź Kołakowskiego. Same najzacniejsze głowy. A półka myśli prawicowej?  Co ma z niej wartość poza kilkoma książkami Dmowskiego? Zupełnie inaczej mają Niemcy. Tam słowo konserwatyzm nie oznacza myślowego zaścianka. Od Hobbsa aż po Schmitta czy Morgenthaua to lektury i argumentacje, z którymi każdy liberał musi się liczyć. I na tym polega problem ustanawiania polskiej prawicy. Brak intelektualnego zaplecza. Bliskość epitetu.

Abdrzej Ibis Wróblewski

Andrzej Ibis Wróblewski

Zdobyłem jakieś teksty Rymkiewicza. Jednak wśród licznych współpracowników szczególnie w pamięć mi zapadł pan Andrzej Ibis-Wróblewski. Nie miał gdzie pisać po zniszczeniu „Życia Warszawy” przez Zbożowego, jak pieszczotliwie przezywał Tomasza Wołka. Dałem mu więc językową rubrykę. Lecz  kiedyś patrząc na mnie i mych młodych współpracowników miotaninę, atmosferę naszego pokoju zupełnie różną od coraz bardziej kostniejącej aury w spacyfikowanej lękiem przed naczelnymi redakcji,  westchnął i powiedział:

– Co wy tu chłopcy właściwie jeszcze  robicie? Przecież gołym okiem widać, że wasze miejsce jest na Iwickiej w redakcji. I cóż mu miałem powiedzieć ? Że tam dla nam  podobnych już wolnych rubryk nie mają…

Mój „Nowy Świat” trwał około stu dni. No a  sto dni, jak każde sto dni skończyć się musi pod Waterloo. Moim okazała się: Firma Batax, Music-hall „Metro”, Pismo „Obserwator”, stołeczny „Teatr Dramatyczny” słowem rozkładówka, którą zatytułowaliśmy „Imperium Kubiak”. Chodziło o to, by obiektywnie wykazać wpływy jakie niejaki Wiktor Kubiak chciał osiągnąć w świecie mediów.Imperium Kubiaka

Pan Piotr, od momentu uzgodnienia nazwy gazety dał mi absolutnie wolną rękę, a ośmielony całkowicie, przynajmniej intelektualnie przez Elżbietę Isakiewicz na żadne inne rozmowy nie znajdował już czasu. Widywaliśmy się tylko na kolegiach, na których upozowany na Cezara Wierzbicki przyjmował raporty pretorów i legatów legionów. Dyskusji najmniejszej nie było. Zresztą nikt się do niej nie rwał. Również planowanie sprowadzało się do krótkich sygnałów. Obowiązywała wszak teoria, że u nas nie ma  żadnej cenzury, nie jesteśmy żadną „wybiórczą”,  tu wszystko można powiedzieć.

Jednak od pierwszego niemal dnia ruch na stanowiskach kierowniczych przypominał osuwające się piaski. Co i raz padał  ten kierownik czy ów, ze szczególnym uwzględnieniem działu fotografii, gdzie w ciągu trzech miesięcy pracy miałem szczęście od Erazma Ciołka poczynając, poprzez Krzysztofa Gieraltowskiego, Jerzego Gumowskiego, Jarosława Macieja Goliszewskiego, Witolda Krasowskiego czy Wieslawa Krasnodębskiego spotkać na stanowisku szefa działu chyba wszystkich wybitnych polskich fotoreporterów. Po każdym  kolegium łzy się lały. Ludzie milkli, a ja nie pojmowałem dlaczego. Trochę oczywiście dziwiło mnie, że z Panem Piotrem nie mam okazji już tak jak wcześniej pogadać. Miałem wszak poczucie, że przydałaby mi się czasem konsultacja z szanowanym w końcu naczelnym, który szczególnie w sprawach mojego działu powinien się orientować. Rozumiałem jednak stress i napięcie więc zbytnio na konsultacje  nie nastawałem. I nie nastałem.

Piotr Wierzbicki - Śmiałek nieśmiały

Piotr Wierzbicki - Śmiałek nieśmiały

Po prostu i bez uprzedzenia. W dniu, w  którym ukazała się rozkładówka poświęcona firmie Batax i Imperium Kubiaka spokojnie udałem się na kolegium. A na nim Wierzbicki dostawał właśnie szału. Tym razem wywnętrzał się na mnie. Wykrzykiwał coś o sabotażu. Bo jak można w piśmie prywatnym opisywać obiektywnie przedsiębiorcę, który wśród wielu inwestycji ma właśnie zamiar stworzyć konkurencyjny Dziennik. Chodziło o „Obserwator Codzienny”.

Nawet się nie zdenerwowałem. Gdy wychodziłem z kolegium zobaczyłem jak wszyscy czmychają niby przed trędowatym. Wszedłem do moich chłopców i Ani. Opowiedziałem zdarzenie. Wszyscy osłupieli, a gdy powiedziałem co nastąpiło parsknęli radosnym śmiechem. Oni lepiej czuli co dzieje się na korytarzach. Atmosferę przygnębiania i zastraszenia, która mnie w akwarium jakie sobie zbudowałem mniej dotykała. Przytomny Darek Wieromiejczyk popatrzył tylko ogłupiały i spytał.

- Czegoś nie rozumiem. Jego pismo. Przecież mógł tego nie drukować. To samo zresztą dziwiło potem kolegów z „Gazety Wyborczej”. Jak można zrobić dziennikarzowi awanturę o tekst, który się w gazecie ukazał. Mocno rozdokazywanych zastała nas za chwilę Ela Isakiewicz, która w charakterze Posłańca Śmierci wkroczyła z grobową miną by wręczyć mi na srebrzystej tacy cykutę wymówienia. Przełknąłem. Lecz jakoś nikt nie umiał się przestraszyć. Wraz z moim odejściem wszyscy pracownicy działu zrezygnowali ze współpracy z pismem Piotra Wierzbickiego. Stało się to chyba już następnego dnia, gdy  na stanowisko kierownika działu autor „Traktatu o gnidach” wskazał panią Izabelę Śliwonik. Mówiono o niej, że była wcześniej pracowniczką Urzędu Cenzury.

Na rozmowę ze mną Wierzbicki od czasu tej publicznej nieoczekiwanej egzekucji nigdy się nie zdecydował. Dziś już to mnie nie dziwi. Powrót autora „Struktury Kłamstwa” na łono „Gazety Wyborczej” po kilkunastu latach odgrywania roli Cezara polskiej prawicy dowodzi, że śmiałek to raczej nieśmiały.

Rozdz. LXXXI – Adam Kinaszewski czyli cisza nad trumną

CDN


[1] Przedruk./ W:/ Rachunek naszych słabości, Warszawa, Dom Książki 1994 . s.197-222

Rozdz. LXXXI – Adam Kinaszewski czyli cisza nad trumną !

poprzedni pierwszy następny

Wyszedłem na Białobrzeską na tyłach Kopińskiej hali i pierwszy raz od pół roku rozejrzałem się po świecie bożym. Zna to uczucie każdy, kto dał się pochłonąć bez reszty jakiejś fascynacji. A „Nowy Świat” był taką. Te pół roku, licząc z czasem wydawania numerów próbnych spędziłem w istnym obłędzie starając się podołać wszystkim miłym skądinąd obowiązkom, które przed czterdziestką na mnie spadły. Pierwszy raz zostałem ojcem. Starałem się więc mimo całego zawodowego szału pamiętać o rodzinie. Żona nie pracowała, ja zaś -zatrudniwszy panią do pomocy- próbowałem się punktualnie przedzierać około trzeciej do domu na obiad.  Potem zaś pokonując korki na Towarowej zdążyć na popołudniowe kolegium. Było to tak trudne, że prawie nie wykonalne. Nie sposób dotrzymywać zobowiązań w kraju, w którym nikt nie szanuje cudzego czasu, każdy szef uważa, że ma prawo dowolnie zmieniać ustalenia z podwładnymi, każdy podwładny uważa, że zawsze ma prawo zawracać głowę szefa, a nade wszystko nie ma ustalonych godzin początku pracy, jej końca ani pory jadania obiadów. Co o tym myślę napisałe w odpowiedzi na ankietę „Spotkań”, a potem starałem się żyć życiem przedstawiciela klasy średniej. Ba – nawet jakiś certyfikat dostałem.

"Spotkania"

"Spotkania"

„Takie były zabawy, spory w one lata…”. Zajęć miałem sporo. Od maja 90 roku byłem radnym, Przewodniczącym Komisji Kultury i Oświaty warszawskiego Śródmieścia. Wiedząc jednak, że praca zawodowa będzie dla mnie ważniejsza od radcostwa zadbałem o to jeszcze na pierwszym posiedzeniu, by zebrania Rady nie odbywały się w czasie pracy. We wtorki o 5 PM bywałem więc w gminie. Byłem też wiceprzewodniczącym Prezydium Sejmiku Samorządowego, którego niemal wszyscy członkowie pragnęli jakoś zawodowo przytulić się do samorządu. Tam zatem wymogłem by posiedzenia toczono o zabójczej dla mnie ósmej rano tak bym docierał na kolegia. Wreszcie odnaleziony przez Piotra Wierzbickiego w „Tygodniku Solidarność”, a nie tak naiwny przecież by mieć pewność, że ta inicjatywa się powiedzie – nie widziałem przeszkód by nadal kierować Tygodnikowym działem kultury. Tam też chciałem nadal  pisywać recenzje teatralne KAT-a aby trudniejszej funkcji selekcjonera tekstów do dziennika, w konflikt interesów z  własną twórczością nie stawiać. Tu jednak po raz pierwszy ( i nie ostatni w życiu) poznałem prawdziwą naturę Andrzeja Gelberga. Nawet o tym słyszeć nie chciał. Natychmiast przedstawił mi mego ( i tak to się zazwyczaj kończy… z czasem swego) następcę czyli Jerzego Kłosińskiego. Ten ostatni w kilka miesięcy zniszczył całą moją pracę. Nie zgodził się publikować moich recenzji twierdząc, że pod pseudonimem mogę je równie dobrze publikować we własnym dziale. Po kilku miesiącach zwolnił z pracy pozyskanego przeze mnie z trudem, a pamiętającego jeszcze pierwszy Tygodnik „S” Mazowieckiego – Maćka Cisłę. Największą jednak szkodę wyrządził Tygodnik „S” Gelberga i Kłosińskiego  próżnym i nieudolnym podczepianiem się pod mit Zbigniewa Herberta. Choć jak pisałem wyżej małość wybaczać trzeba. Tu bardziej winni są ludzie z kręgu Adama Michnika. Oni przecież wiedzieli, co czynią i komu!

Tak więc wędruję sobie Białobrzeską w stronę Placu Zawiszy i dalej Towarową ku placowi Bankowemu. Etaty straciłem dwa. Także możliwość pisania. Głód  jednak jeszcze mi w oczy nie zagląda. Radcostwo w I kadencji samorządu to wprawdzie finansowo nie był jeszcze interes ( dopiero w drugiej podniosą sobie radni diety do poważnych stawek), ja jednak jako wicemarszałek Sejmiku Samorządowego miałem parę złotych, dokładnie równowartość jednej najniższej płacy krajowej. (Przypominam sobie, co to było wrzasku jak po uchwaleniu tych stawek czyli 200 % dla przewodniczącego, a 100 % dla wice Wyborcza zamiast stawkę „najniższego” podała, że podstawę stanowi „średnia” krajowa. Com musiał się natłumaczyć kolegom z Prezydium, że w takiej sytuacji jedynym sprostowaniem może być tylko godne milczenie. Bo jak będziemy dementować to naród nie zapamięta ile lecz z pewnością uzna, że i tak zbyt dużo…). Teraz jednak nie było to wiele, więc jako, że całe prezydium i część zarządu umieścił już Piotr Fogler na etatach, a ja miałem „pod sobą” wszystkie komisje merytoryczne, przeto wydawałoby się, że w zamian za „dietę” mogę liczyć  na nieco wyższy i zapewniający ubezpieczenie zdrowotne „etat”. Zdawało się to czystą formalnością. A jednak – przyszło się zdziwić po raz drugi. W Sejmiku już widać poznano się na mnie i uznano widać, że lepiej bym nie musiał codziennie pojawiać się w pracy. Wysłuchałem pięknej przemowy Piotra Foglera ( który już wcześniej wszystkich znajomych swojego królika powsadzał na etaty) o transparencji, o dezetatyzacji i … prezydium wicemarszałeczkowi odmówiło… Nie pierwszy raz przekonałem się, że sukcesy mogę odnosić w wyborach bezpośrednich. Kooptacje dwustopniowe, w których decydują układy i koterie są  już poza moim zasięgiem.

Za jakiś czas potwierdzą mi to zresztą moi włoscy przyjaciele z TV „Polonia”. U szczytu rozwoju stacji, której oglądalność przekraczała 8 mln telewidzów w czasie, gdy jeszcze nikt w Polsce, przynajmniej na poziomie samorządowym, nie miał pojęcia o profesjonanej kampanii wyborczej miały się odbywać wybory roku ’94. Dowiedziawszy się, że kandyduję i to z poziomu marszałka Sejmiku zgłosili się do mnie z propozycją, że … zrobią mnie prezydentem Warszawy.

- Jak to sobie wyobrażacie ? – spytałem.

- Qual è il problema. TV fa miracoli. Odrzekli. – Jesteś dość znany. Po paru  naszych „czary mary” będziesz ukochany. Nie ukrywam, zapaliły mi się oczy. Już, już witałem się z gąską.

- No więc kiedy wybory, jaka ordynacja ? spytali Włosi.

- Wybory będą w czerwcu. Tym razem dwustopniowe. Odparłem - Osobne do Rad Gmin. Osobne do Rady Warszawy. Potem Rada Warszawy wybierze Prezydenta jednak nie koniecznie ze swego składu.

– Co !?  Prezydenta Warszawy nie wybiera się bezpośrednio. Włochów zatkało. Popatrzyli po sobie.

- Gomorra ?

- Si gomorra. – Scusa Andrea. Nie wiedzieliśmy, że to nie są prawdziwe wybory. Ludzi umiemy przekonać. Kilkudziesięciu radnych – to ciało absolutnie niesterowalne. Jak każdy oderwany od podłoża aparat. To struktura partyjna czyli mafijna, co zresztą na jedno wychodzi. Z nimi nie poradzimy ani pieniędzmi ani siłą. To bardzo niebezpieczne dla kraju… Jak wspominałem nasze polskie obyczaje jeszcze nie jednym skautów od Berlusconiego zaskoczą.

Wracając do opowieści – straciwszy szansę zostania samorządowym aparatczykiem ruszyłem szukać dalej. A blisko było, ot rzut beretem – na Prostą róg Towarowej.  Był to bowiem czas, gdy nie tylko Kubiak z Bataxem, również A

USA-Today-Logomerykanie chcieli mieć w Polsce swoją gazetę.  I to tę, którą już dobrze znałem, którą właśnie w „Nowym Świecie” sobie wymarzyłem i naśladować chciałem. Miała nazywać się „Dziennik Krajowy” i być polską wersją amerykańskiego „US Today”. Wyglądało pięknie, płacono też ponoć znakomicie. Redakcja była w trakcie kompletowania. Redakcja, którą kierować miał Adam Kinaszewski w większości importowana była z Gdańska. Ja jednak miałem w tym czasie oparcie na bałtyckiej ziemi. Znajomi umówili i udałem się na spotkanie z panią Małgorzatą Bucką desygnowaną na stanowisko szefowej działu regiony. Zaniosłem CV. Porozmawialiśmy miło w zakupionym właśnie na potrzeby redakcji dawnym biurowcu należącym chyba do kompleksu Zakładów Róży Luksemburg, które właśnie padły. Budynek będący dziś siedzibą

Towarowa 25 - stan z 1974 roku ( widok od strony zakładów R.Luxemburg)

Towarowa 25 - stan z 1974 roku ( widok od strony zakładów R.Luxemburg)

banku BPH wg mojej ówczesnej wiedzy został właśnie kupiony z pieniędzy ofarowanych przez Polsko-Amerykański Fundusz Przedsiębiorczości spółce PA Press, której szefem był Adam Kinaszewski czyli Druga połowa JanaMura. Pod tym pseudonimem wydał wraz z Andrzejem Drzycimskim „Dziennik internowanego” (wyd. podziemne, 1985) oraz opracowania biografii L. Wałęsy „Droga nadziei” (Paryż, 1987).  Na naczelnego „Dziennika Krajowego” przedstawiciele funduszu przedsiębiorczości proponowali początkowo Marka Nowakowskiego. Ten jednak już na początku roku 92 zdementował tę informację twierdząć, że w czasie, gdy był zainteresowany propozycją Kinaszewskiego nawet źródło finansowania projektu było nieznane.

Adam Kinaszewski (1944-2008)

Adam Kinaszewski (1944-2008)

Adam nie żyje.  Urodzony w Mikołajki roku 1944, zmarł w Andrzejki w zeszłym 2008 roku. Wtedy czyli w 1992 roku nawet go nie poznałem. Zetknę się z nim dopiero za dwa lata w roku 1994 by przekonać się, że osobisty ministrant Ojca Świętego, który w czasie internowania w Strzembielinku otrzymywał imienne kartki z życzeniami i zapewnieniem modlitwy od Jana Pawła II był człowiekiem ciepłym i miłym. Była w nim jakaś siła i spokój, swoisty arystokratyzm, poczucie dystansu. Gdzież tam do niemu jakiemuś… np. Maćkowi Zalewskiemu.

I cóż może łączyć spółkę „Telegraf”, którą z nieprzytomnym zacietrzewieniem ścigały wszystkie media z „Gazetą Wyborczą” na czele  za próbę stworzenia koncernu medialnego i szybkie bo niespełna rok trwające  pomnożenie kapitału z 25 tysięcy do 3.5 mln $ ( 36 mld starych złotych) z kierowaną przez Adama PA-Press, która jednym podpisem uzyskała gwarancje finansowe na kwotę 27 mld złotych.   60%  tej sumy zapewnić mieli Amerykanie, pozostałe udziały należeć miały do grupy polskich biznesmenów, m.in. Pawła Obremskiego i Bohdana Rytel. Na pogrzebie Kinaszewskiego jego przyjaciel opowiadał jak to zdobywszy 5 mln $ od Amerykanów, późniejszy właściciel AKProduction pośliznął się na brakujących dwustu milionach polskich złotych. Pozostając zaś w osobistej korespondencji z o niczym rzecz jasna nie wiedzącym głównym przełożonym Banku Watykańskiego, przedsięwzięcie skwitował w stylu Greka Zorby. Jak rozumiem uznawszy, że to była piękna  katastrofa. No cóż. Może dla niego była piękna. Jak dla tych co tańczą, całują ziemię i idą inne wyspy odwiedzać.  Już nawet nie pamiętam czy mi koleżanka Bucka pracy odmówiła czy jakąś pozostawiła nadzieję. Przypominam sobie, że pierwszy raz sporządziłem na tę okoliczność CV w amerykańskim stylu i wróciłem do swoich baranów. Nie minęło jednak pół roku, gdy nagle gruchnęła wieść po Warszawie, że „Dziennika Krajowego” nie będzie. Ot, jak bańka mydlana – był i pękł.

W wydaniu weekendowym Gazety Wyborczej z 26-27 września 1992 roku można było przeczytać: Polsko-Amer. Fundusz Przedsiębiorczości po wydaniu trzech milionów dolarów wycofał się z wydawania w Warszawie gazety codziennej  Dziennika Krajowego. Jeszcze w środę do urządzonych kosztem 780 tys. dolarów pomieszczeń redakcyjnych w Warszawie dostarczono komputery. Stoją w skrzyniach w umeblowanej redakcji. We wtorek Adam Kinaszewski, szef spółki PA Press s-ka, wydawcy „Dziennika”, którego publikacja była przygotowywana przez półtora roku, oznajmił pracownikom, że Fundusz wycofał się z przedsięwzięcia. Poinformował, że powodem była zwłoka w przepływach” pieniędzy, za co winę ponosi Bank Handlowy. Dyrektor ekspozytury Funduszu w Warszawie, Barbara Lundberg, powiedziała w czwartek „Gazecie, że Fundusz wydał na rozruch Dziennika” 1,6 mln dolarów gotówką i udzielił spółce PA Press 1,4 mln kredytu. „Zmieniła się sytuacja w Polsce, zmienił się rynek i wobec tego zmieniamy strategię inwestowania” – powiedziała Lundberg. Dodała, że ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły. – Rok temu, kiedy zaczynaliśmy organizować „Dziennik Krajowy, wszystkie polskie dzienniki wyglądały inaczej niż teraz. ,USA Today’, którego kopią miała być nasza gazeta, położony wtedy obok „Życia Warszawy,„Gazety Wyborczej” i Rzeczpospolitej”, wyraźnie odbiegał od nich, dawał nadzieję na sukces – powiedział nam wczoraj Adam Kinaszewski. Jego zdaniem o klęsce zadecydował czas: „Jeśli udałoby się ruszyć przed wakacjami, moglibyśmy liczyć na sukces. Niestety, komputery dostaliśmy za późno. Winien jest Bank Handlowy, który opóźnił przyznanie nam gwarancji na amerykański kredyt, za który je kupiliśmy. Nie odpowiedział jednak na pytanie, skąd miały pochodzić pieniądze na rozruch gazety.”

I tyle ! Koniec na tym. Gdzieś wyparowało trzy miliony dolarów. Liczni pracownicy „Dziennika Krajowego” pootwierali sobie firmy producenckie, z których usług montażowych w dalszej części mego życia zawodowego nawet korzystałem. Bank Handlowy oskarżany przez Kinaszewskiego o opieszałość, w swoim kolejnym wcieleniu BPH jeszcze przed podziałem bo w roku 1998  wybuduje sobie na Towarowej 25 siłami EXBUDU SA  główną centralę zaprojektowaną przez APA Wojciechowski.

Towarowa 25 siedziba BPH niedoszły lokal "Dziennika Krajowego"

Towarowa 25 siedziba BPH niedoszły lokal "Dziennika Krajowego"

Miejsce to   piórem Anety Borowiec w roku 2003 Gazeta Wyborcza opisywać będzie językiem odbiegającym od jakichkolwiek standartów dziennikarskich,  porównywalnym jedynie ze stylem folderu reklamowego.[1] i żaden dziennikarz śledczy nie ruszył tropem tego przekrętu dwudziestolecia!

No cóż ja dziennikarzem śledczym nie jestem. Ja tylko wnioskuję. Adam Kinaszewski nie żyje. Zmarł też jego Święty Wujek, który nam Polskę Wolną chciał wymodlić. Wiele inicjatyw, jak choćby przywoływany „Telegraf” utrupiono. Wielu ludzi takich jak uniewinnionego w II Instancji, a skazanego w drodze kasacji na karę więzienia Macieja Zalewskiego udręczono. „Dziennikowi Krajowemu” nie dane było się narodzić. Polsce wolnej w rezultacie – też.

Cisza nad tymi trumnami !

Rozdz. LXXXII – „PAX’ z „telegrafem” czyli co może Hagmajer


[1] bph towarowa 25- Gazeta Wyborcza, 21.III.2003

Rozdz. LXXXII – „PAX” z „Telegrafem” czyli co może Hagmajer

poprzedni pierwszy następny

Wróciłem do moich baranów. A raczej jednego zodiakalnego baranka, który zameldowawszy się na świecie, w primaaprilisowy śmigus dyngus roku poprzedniego, dokładnie w dniu, w który opublikowałem mój wywiad z Herbertem w „Tygodniku Solidarność”, teraz właśnie zbierał się do nauki chodzenia. Trzeba mu było poświęcić nieco czasu, więc z nosidełkiem z przodu lub z tyłu wędrowałem i przemieszczałem się po mieście w poszukiwaniu pomysłu na dalsze konsumowanie świeżo odzyskanej wolności.

Jak wspominałem z „Nowego Świata” nie odszedłem sam. Co się rzadko zdarza w ślad za mną opuścili lokal przy Białobrzeskiej wszyscy moi pracownicy włącznie z Anią Kowalską. Czując się za nich odpowiedzialny postanowiłem sam stworzyć pismo. Ściśle mówiąc – odtworzyć. Wymyślając bowiem dział kultury dla „Nowego Świata” wpadłem na pomysł by nie sprowadzał się on do właściwego wszystkim kolumnom tego typu: zestawu recenzji teatralnych, filmowych czy książkowych lecz by był faktycznie – informatorem kulturalnym. Między szpalty wypełnione aktualnymi repertuarami chciałem wpychać poszerzoną informację w ramkach. Dawać ich dużo. Dążyć by były obiektywne, a nie subiektywne. Gwiazdkami oznaczaliśmy jakość proponowanej pozycji, zamieszczając każdego dnia tygodnia poświęcony innej dziedzinie sztuki dwugłos recenzyjny. Tak więc okolone repertuarami poniedziałki były teatralne, wtorki w księgarni, środy w galerii, czwartki w kinie, w piątek ukazywał się anons rozrywkowy, soboty poświęcałem muzyce poważnej. W środę miałem ponadto do dyspozycji dwie kolumny, stanowiące kulturalną, tematycznie skomponowaną rozkładówkę. W sam raz tyle by wypełnić tym informator kulturalny. A przecież był taki w Warszawie: kolorowy, podłużny wydawany wpierw jako dodatek do Życia Warszawy potem jako osobny – Warszawski Informator Kulturalny, znaczy WIK. W latach 70-tych kupowałem go i zbierałem tym bardziej, że ozdabiany był zawsze jakimś ładnym kolorowym zdjęciem na okładce. Revers uformowany był jak sobie przypominam na kartkę pocztową odrywaną po perforacji. Przepadła gdzieś ta kolekcja. Zostały mi tylko dwa wycięte z pisma fotosy – bliskich sercu znajomych idoli.

WIK '1978 - Laura Łącz i Mirek Konarowski

WIK '1978 - Laura Łącz i Mirek Konarowski

Zapragnąłem taki WIK odtworzyć. Ustaliwszy, że prawa do tytułu znalazły się jakimś cudem w gestii Urzędu Wojewody udałem się na negocjacje do ówczesnego dyrektora wydziału Kultury w Urzędzie Wojewody – Andrzeja Hagmajera. Dowiedziałem się, że prawo to zostało przezeń już przekazane do podległego mu wówczas Warszawskiego Ośrodka Kultury czyli Szpitala Świętego Ducha zawiadywanego naonczas przez kolegę pana Andrzeja – aktora o nazwisku Rudzki. Wiesław mu było na imię. I większej wzmianki – nie trzeba … To była strona formalna. Mieli tytuł ale nie mieli pieniędzy a jeśli to niezbyt duże. Ja natomiast zrobiwszy research już wiedziałem, że stworzenie pisma repertuarowego o zasięgu jedynie regionalnym miałoby sens jedynie pod warunkiem, że będzie ono tygodnikiem. Przy każdym innym cyklu produkcji niemożliwe jest utrzymanie aktualności repertuaru. A i tak w skali regionu mała szansa by nakłady potrzebne na wydanie tygodnika zwróciły się ze sprzedaży. Takie działania mogłyby się udać jedynie w skali całego kraju. Wymyśliłem i zarejestrowałem pismo pot tytułem PIK – czyli Polski Informator Kulturalny. WIK – miał być jego warszawską mutacją. Przewidywaliśmy oczywiście wersje regionalne: gdańskie, krakowskie, łódzkie, poznańskie, katowickie itd. Mówię my, bo przecież nie byłem sam. Poza Ania Kowalską i częścią przynajmniej chłopców, którzy nie wszyscy od razu znaleźli nową pracę wspierała mnie wszak Hanka Zielonka. To Logo  Officiel spectaclesżona znanego architekta – Jacka Zielonki, która szefowała ekonomicznie wydawnictwu „Spotkania”. Potem była dyrektorem ekonomicznym „NIW”-u czyli Niezależnego Instytutu Wydawniczego będącego producentem „Nowego Świata”. Rozstała się z Piotrem Wierzbickim wnet po mnie i choć różnie o jej kompetencjach mówiono wydawać by się mogło, że jeśli ktoś zarządzał finansami dziennika o zasięgu krajowym i tygodnika chcącego być polską wersją „Newsweeka”, to nawet jeśli nie poradził sobie z przedsięwzięciem tej skali, powinien mieć wiedzę i zaplecze wystarczające na stworzenie niewielkiego pisma reklamowo-kulturalnego. Powinien. Jednak, niestety – Hanka okazała się uroczą choć nieco zwariowaną osóbką. W wielkiej komitywie spędziliśmy wiele godzin na pogaduszkach. Ja opanowywałem arkusze kalkulacyjne w programie Works. Wypuszczałem symulację po symulacji, sprawdzając jaki procent powierzchni muszę pokryć reklamami by na pozostałym zmieścić informacje kulturalne. Rozważałem wariant francuski czyli zeszycik uformowany na podobieństwo paryskiego „L’Officiel des Spectacles” , który w kioskach kosztował około 2 FF ( 0,4 $). Poznany w „Tygodniku Solidarność” Krzysztof Wolicki

Krzysztof Wolicki

Krzysztof Wolicki

dobrze osadzony we Francji obiecał mi spytać o środki na moją inicjatywę kogoś z rodziny znanego wydawcy paryskiego „Esprit” Paula Thibaulta. Zasadniczo odpowiedź przyszła negatywna. Chociaż …  Jednak nie uprzedzajmy zdarzeń. Umówiłem się z Rysiem Holzerem,

Ryszard Holzer

Ryszard Holzer

poetą i dziennikarzem ekonomicznym, który pracując naonczas w Wyborczej dzielił się ze mną nabytą na jakimś amerykańskim stypendium wiedzą jak tworzyć prasę darmową wypełnianą jedynie reklamami.  Nie było jeszcze w Warszawie gazet w rodzaju dzisiejszego „Metra”. Brałem zatem też serio pod uwagę pismo rozdawane, wypełnione w znacznym procencie, nawet sięgającym 80% treścią reklamową. Gdy jednak zaproponowałem Rysiowi współpracę ten  popatrzył mi głęboko w oczy, rozmawialiśmy na Starówce u „Pana Michała” i powiedział:

- Patrz Andrzej gdzie są ładne dziewczyny. W Sierpniu ’80 pełno ich było w Regionie. Teraz tam sentymentalne panny „S”, a i w gazetach – też myszy. Dziewczyny wszystkie siedzą w  bankach i  spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością. Do dziś  późniejszy redaktor „Pulsu Biznesu” szuka szczęścia w świecie ekonomii. Tyle z tego. Wszystkie tego typu projekty z jakimi występowano w owym czasie rozbijały się o naszą krańcową niefachowość. Ani ja nie wiedziałem jak to robić od strony merytorycznej – choć skłonny byłem się uczyć, ani co gorsza nie mieli o tym pojęcia ludzie tacy jak Hanka. Zielonka przy bliższym poznaniu okazała się kompletną pozorantką. Kontaktów nie miała żadnych, o nowoczesnym marketingu prasowym – pojęcia. Zresztą, kto je miał. Pierwsza połowa lat ’90 tych w Polsce to był raj dla blagierów. Niektórzy zdołali kogoś naciągnąć ( ale to już nie Zielonka bynajmniej, „żeby to było jasne między nami” jak zwykła była mówić). Po stronie podziemnej Solidarności pieniędzy prawie nie było. Źródła finansowania urwały się  w momencie odzyskania niepodległości. Część pozostałą przechwyciła „Agora”, a ci którzy próbowali zagospodarować resztę posługując się tymi samymi co ludzie Michnika, nie do końca księgowymi, opartymi na zaufaniu metodami wyniesionymi z konspiracji –  oskarżani zostawali o przekręty. Nie było mnie w tym biznesie ale z tego co od lepiej zorientowanych słyszałem wiem, że pieniądze zbierane np. na „Telegraf” przez Macieja Zalewskiego w dużej mierze pochodziły z resztek zobowiązań i rozliczeń zachodnich sponsorów względem dawnych podziemnych pisemek z „Wolą” na czele. To jednak co między Iwicką a Czerską było cnotą, po wywołaniu wojny na górze, w okolicach ulicy Chłodnej i Karolkowej nazywano przekrętem, nietransparencją, łapówką czy jeszcze gorzej. Jak zwał tak zwał:  była wola, nadzieja, ambicja – umiejętności nie było. Wszystkie środki i cała władza znajdowała się w środowisku ludzi dawnego aparatu czyli czerwonych i ich satelitów. Instrumenty do powołania pisma także znalazły się w takich gestii takich osób jak np. – Andrzej Hagmajer.

Andrzej Hagmajer jest synem Jerzego –  przedwojennego ONR-owca. Był to lekarz, chirurg. Wieloletni zastępca ordynatora Szpitala Praskiego. Miał piękną kartę odważnego żołnierza Powstania Warszawskiego o pseudonimie „Kiejstut”. Jednak po tym jak Bolesław Piasecki używając jego własnych słów „kupił sobie od NKWD wolność za zobowiązanie do pomocy w rozładowaniu partyzantki i zbliżeniu kościoła z Państwem”, Jerzy Hagmajer dał się swojemu przełożonemu i przyjacielowi przekonać i spędził publiczną częśc swego życia jako PAX-owski kolaborant. A PAX to wyjątkowo paskudna formacja pseudo-katolików współpracujących z komunistami. W latach 1945 usprawiedliwiali bezprawie, akceptując i z katolickich pozycji uwiarygadniając wszelkie ataki na kościół. Nie dość, że milczeli. Nawet kradli. Przejęli tytuł „Tygodnika Powszechnego” w czasie, gdy kardynał prymas Wyszyński przebywał w więzieniu. Mieli swoją reprezentację w Sejmie, wydawali pisma „Kierunki” i „Słowo Powszeche”. PAX-owcy usiłowali nawet na resztkach kościelnych włości (zawłaszczyli fundację „Caritas) metodami socjalistycznych nadań budować namiastkę kapitalizmu poprzez takie firmy jak „Inco”o czy „Veritas”. Ostatnim akordem tej fałszywej symfonii był akces Jerzego Hagmajera (już po śmierci Piaseckiego) do zorganizowanego po 13 grudnia 1981 roku przez przez Jana Dobraczyńskiego pod egidą WRON-y ( Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego) – PRON-u czyli Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Miała to być nowa forma polityczna dla Frontu Jedności Narodu czyli odgórnie układanej listy PRL-owskiech parlamentarzystów. W czasach gomułkowsko-gierkowskich składali się oni, przypomnijmy, w przewadze z członków wiodącej PZPR. Jednak  jako ozdoby wpuszczano reprezentantów satelickich parti ZSL i SD, a także nielicznych bezpartyjnych, którzy jak Gustaw Holubek czy Jarosław Iwaszkiewicz godzili się legitymizować władzę. Także członków wyselekcjonowanych stowarzyszeń takich jak właśnie PAX Piaseckiego czy po 56 roku ZNAK Mazowieckiego, Stommy i Zawieyskiego. W tej więc nowej PRON-owskiej formule objawił się po raz pierwszy w latach 80’tych młody polonista – Andrzej Hagmajer.

Andrzej Hagmajer

Andrzej Hagmajer

Urodzony około 1948 roku, absolwent założonego przez swego ojca PAX-owskiego liceum im. Św. Augustyna w późnych latach 80 tych był już dyrektorem wydziału kultury w warszawskim magistracie zarządzanym pod koniec przez związanego ze Stronnictwem demokratycznym Adama Langera. W roku 1989 funkcjonariusz ten  łączył godność wojewody i prezydenta Warszawy. Po wyborach czerwcowych roku 1989 w tych strukturach nic się jednak nie zmieniło. Dopiero reforma samorządowa miała coś wzruszyć. W maju 1990 roku wygraliśmy i te wybory. My czyli Komitet Obywatelski. Jednak to już był czas „grubej kreski”, która w praktyce sprowadzała się do tego by wszystko się zmianiało tak aby nie wiele się zmieniło. Czułem to w dawnej Radzie Narodowej przy Nowogrodzkiej, czułem przy placu Dzierżyńskiego ( wtedy jeszcze nie oddano mu nazwy Bankowy). Jako zwycięscy witani byliśmy po przyjacielsku i tak by zatrzeć wrażenie zmiany ekipy. Urzędnicy starali się raczej wywołać wrażenie kooptacji. Widoczne było, że przez rok, który upłynął od Okrągłego Stołu administracja stara z nową już się porozumiały. Ukonstytuowany Sejmik Warszawski, jeszcze przed wyborem swych władz miał opiniować kandydata na Wojewodę. Reprezentujący rząd Tadeusza Mazowieckiego Jacek Ambroziak rekomendował na to stanowisko …. Zarządzającego Miastem od czasu komuny dra Adama Langera. Scenariusz był gotowy. Wszakże sekretarzem stanu nadzorującym pracę wojewodów był Jerzy Kołdziejski – wojewoda Gdański z roku 1980. Owszem sygnatariusz Porozumień Sierpniowych ale jednak reprezentant tamtej ekipy. Zatrudniony już w jakimś ministerstwie radny Wołomina Krzysztof Oksiuta poparł tę propozycję i … tak zaczęła się moja polityczna kariera. Nie miałem nic przeciw Kołodziejskiemu. Doceniałem jego historyczne zasługi, stawiające go w jednym rzędzie z Mieczysławem Jagielskim czy Tadeuszem Fiszbachem. Byłem nawet w stanie zrozumieć, że Mazowiecki potrzebuje w pierwszym etapie rządzenia konsultacji takich ludzi. Nie mogłem się jednak zgodzić na to by oni nadal panowali nad „karuzelą stanowisk” czyli polityką kadrową.

- Kołodziejski proszę bardzo, mówiłem ale na zapleczu. Jako doradca i bez swego kalendarzyka, bez pana Langera i całej kryjącej się za jego dossier dalszej części partyjnej nomenklatury.

A.T.Kijowski - Mowa Sejmowa

A.T.Kijowski - Mowa Sejmikowa

Wygłosiłem płomienna mowę w obronie odnowy. Stwierdziłem, że nic się nie zmieni jeśli w urzędach nie pojawią się nowi ludzie i … wygrałem. W tajnym głosowaniu moja rezolucję poparło 62 radnych, 4 opowiedzialo się za rekomendowanym przez rząd mazowieckiego – Langerem. Opinia zatem była negatywna. W rezultacie zostałem członkiem prezydium, a nawet jego wicemarszałkiem. Obok mnie w Prezydium Sejmiku znaleźli się: Piotr Fogler jako marszałek, Kazimierz Porębski jako drugi zastępca, a ponadto: Bogusław Bartolik, Marek Borowik, Roman Chlebowski, Kazimierz Hałat, Bohdan Jastrzębski, Agata Leokadia Rymkiewicz. Agatę mianuje wkrótce Stanisław Wyganowski swoim zastępcą ds. kultury. Jednak ta przemiła i wielkiej uczciwości znajoma Wyganowskiego z biura projektów, gdzie była kreślarzem, zrezygnuje wnet z przekraczającego jej kompetencje stanowiska zorientowawszy się, że jest na dodatek brutalnie „kiwana” przez wyzbytego jakichkolwiek skrupułów radnego i aktora Jerzego Zassa, który w przedziwny sposób opęta Prezydenta Wyganowskiego. Na stanowisko wojewody wobec obstrukcji sejmiku względem protegowanego Kołdziejskiego wyznaczymy w rezultacie Bohdana Jastrzębskiego.Tu kompetencji nie brakowało.

Bohdan Jastrzębski (ur.1929- zm.2000). Wojewoda Warszawski 1990-1998

Bohdan Jastrzębski (1929 - 2000). Wojewoda Warszawski 1990-1998

Bohdan był inżynierem, urbanistą. Swego czasu odbudowywał macedońskie Skopie po trzęsieniu ziemi. Po 68 roku uznał jednak, że już nie zdoła żyć w biurach i … otworzył biznes. Warsztat samochodowy, który prowadził w latach 70’ przyniósł mu znaczne dochody. Muszę przyznać, że gdy zaprosił nas na jakiś podwieczorek do swojego żoliborskiego domu otwartym tekstem potem powiedziałem.

- Tak Bohdan jest wymarzonym kandydatem na Wojewodę. Jest człowiekiem sukcesu. Dorobionym. Takiego nie można kupić za kilka dolarów. Nie potrzebuje odregować biedy, z której , co było widać wychodzili liczni mandatariusze społecznego zaufania. Ich nerwowość była widoczna. Standardy życia domowego podnosiły się nieproporcjonalnie szybko. Coraz wyraźniej dostrzegałem, że pies pogrzbany jest w pieniądzach. Nie zrobią polityki ci co ich nie mają. Los Richarda Nixona tego najlepszym przykładem. Od czasu afery Watergate wiadomo, że cenzus majątkowy także nowożytnej demokracji ma swoje uzasadnie. Tutaj czyli w Warszawie, z nieliczymi wyjątkami, które uosabiał Jastrzębski – po prostu pieniędzy nie było.

No a jak nie ma to nie ma. Z licznych wizyt u sponsorów pozostała jedna korzyść. W antychambrach Piotra Büchnera, który ze swoją apteką szwajcarską przy alei Róż był jednym z biznesowych bohaterów epoki natknęliśmy się z Hanką Zielonką na Michała Komara kolędującego właśnie na rzecz Niezależnej Telewizji Polskiej.  Projekt mego przyjaciela, twórcy paryskiego „Kontaktu” i Video-Kontaktu był mi świetnie  znany. Miałem nawet w domu biznes plan pozostawiony mi przez Mirka dla  wywiadu, jaki z nim zrobiłem w „Tygodniku Solidarność” przed rokiem. Chojecki właśnie do kraju ostatecznie wrócił ale ani w głowie mu było zawiadamić mnie o tym po protekcji. Zatem absolutnie przypadkowo dowiedziałem się, że jego telewizja rusza i za kilka dni na Wiejskiej odbywać się będą przesłuchania.

Z pustego i Salomon nie naleje. Toteż nie nalano. Można było teoretyzować, marzyć, pisać.Polska zdawała się jak Eldorado. Byłem naiwny. Nie znalazłem grosza. A przecież jak tu się pieniędzmi rządzi pokazał mi był Andrzej Hagmajer wnet po powołaniu Jastrzębskiego na stanowisko wojewody.  To było jeszcze w 1990, może z początkiem 1991  roku. Bohdan był człowiekiem kompetentnym lecz konsyliacyjnym. Większość urzędników pozostawił na stanowiskach. Nie ruszył też Hagmajera. Ten zaś pewnego razu, gdy już zostałem Wicemarszalkiem Sejmiku zaprosił mnie bym wziął udział w komisji przyznającej nagrodę  Wojewody dla instytucji kultury. Poza dyrektorem wydziału kultury i przedstawicielem Sejmiku w mojej osobie, w komisji brali jeszcze udział reprezentanci środowiska: pan profesor Janusz Pieniążek z Muzeum Literatury oraz Prezes Mazowieckiego Towarzystwa Kultury. Znalazłem czas, wpadłem. Panowie rozmawiali w wielkiej komitywie. Usiedliśmy przy owalnym henrykowskim meblu. Podano kawę.

- No tak,  zagaił Hagmajer. – Mamy do przyznania nagrodę dla Instytucji Kultury. Moim zdaniem spośród wszystkich instytucji kulturalnych niewątpliwie najwyżej oceniać należy dorobek – Mazowieckiego Towarzystwa Kultury. Proponuję by właśnie ono w tym roku nagrodę tę otrzymało.  Co Panowie na to ?

- Świetny pomysł, podchwycił Pieniążek. – Istotnie wkład Towarzystwa w tym roku był zauważalny. I ja akceptuję pomysł.  Prezes MTK zgodził się z

przedmówcami.  Milczałem. Co nie leży w moim obyczaju. Oczy coraz bardziej mi się rozszerzały.

- I co pan marszałek na to po chwili spytał Hagmajer.

- Czy, czy ja dobrze rozumiem,  w końcu wykrztusiłem , że panowie proponujecie przyznać nagrodę instytucji, której przedstawiciel jest członkiem jury ?

- Ależ naturalnie odrzekł Hagmajer. Cóż poradzimy na to, że właśnie ta jest najlepsza. Nie będziemy przecież instytucji dyskryminowac za to, że jej prezes znalazł sie akurat w naszym zespole.

- Zresztą, dorzucił  prezes MTK ja się mogę od głosu wstrzymać. Opadly mi ręce. Szczególnie na

Janusz Odrowąż Pieniążek

Janusz Odrowąż Pieniążek

widok Pieniążka, o którym wiedziałem wprawdzie, że ten arystokratyczny kolaborant wykukał sobie Muzeum Literatury za wczesnego Gierka zajmując podobne do piastowanej w tym momencie przeze mnie funkcji – stanowisko wiceprzewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej. Miałem jednak doń sporo szacunku, który zaszczepiła mi poważająca go, a pracująca w tej instytucji  w latach ’70 tych żona Kazimierza pani Maria Brandysowa. Wiedziałem też, że Muzeum jakkolwiek przezeń zdobyte było „warte mszy”. Stworzył Pieniążek instytucję bardzo wartościową. Spojrzałem nań pytająco. Spuścił wzrok i coś półgębkiem dorzucił.

-Może to istotnie nieco niezręczne, jednak trudno nie zgodzić się z panem dyrektorem, że osiągnięcia Towarzystwa są znaczne, a znajduje się ono w sytucaji trudnej finansowo.

- Jednak nie tylko ono, stwierdziłem.  Muzeum Literatury też by się coś przydało…

- Proponuje pan by podzielić nagrodę ? Zapytał Hagmajer.

- No cóż, zawsze trzeba wybierać. Dodał którys z Panów. Opadły mi ręce,  wstałem.

- Darujcie panowie, powiedziałem. – Jednak ja się pod tym werdyktem nie podpiszę. Bez słowa opuściłem gabinet. Miałem bowiem świadomość, że tak naprawdę zaproszenie ku Sejmikowi skierowane było aktem czystej kurtuazji. Nie było żadnych procedur więc wojewoda mógł  nagrodzić kogo chciał. Nie musiał nikogo pytać. Tak też zostało. Przynajmniej mnie więcej na takie konwentykle nie zapraszano.  Opuściwszy salę sprawozdałem zdarzenie na Prezydium Sejmiku lecz większej nie zrobiłem afery.

Jako, że nie zaogniłem konfliktu Hagmajer , gdy po dwu latach pojawiłem się  u niego w sprawie reaaktywowania WIK-u zdawał się o tym incyndencie nie pamiętać. Jako, że pieniędzy nie znalazłem skończyło się na tym, że poinstruowany przez  Hagmajera dyrektor Rudzki zaproponował  zgodnie z moim postulatem Ani Kowalskiej etat sekretarza redakcji, mnie zaś … zastępcy naczelnego redaktora wymyślanego przez nas od pół roku czasopisma.   Z miną pełną triumfu przedstawił mi mój nowy szef  pracującego już w Szpitalu Świętego Ducha  czas jakiś Juliusza Gostkowskiego.

Julek Gostkowski

I tu się pan dyrektor zawiódł. Istnieje coś takiego jak 15 sekund, w trakcie których wyczuwają się ludzie. Fachowcom wystaczy pięć. Po kilku sekundach rozmowy w moim przyszłym dyrektorskim gabinecie na Elektoralnej  i w przytomności wyraźnie pragnącego  nas poszczuć na siebie teatralnego intryganta wiedzieliśmy z Julkiem, że nie ma znaczenia jak kto się będzie nazywał. Obydwaj tego samego chcemy i projekt zrealizujemy razem. Nie było wyjścia. Gdy wdam się w inicjatywę Chojeckiego pan Rudzki zręcznie wykoleżankuje mnie z Elektoralnej. Pozostaną tam jednak wierni przyjaciele: Ania Kowalska i nieżyjący już dziś  Gostkowski, którzy wnet uruchomią pismo – niestety jako daleki od aktualności dwutygodnik.  W rezultacie kilka lat, od 15.I.1993 do 11.X.98 roku wychodzić  będzie  „WIK” –  jako czasopismo  dotowane przez  Wojwodę Warszawskiego. Gdy skończy się dotacja – padnie.

Moją zaś  wizję pisma prywatnego, niezależnego i aktualnego  nieoczekiwanie zechce jeszcze zrealizować tajemniczy Francuz. Do dziś nie wiem co pod koniec roku 1992 sprowadzi na kilka miesięcy do Polski dwudziestopięcioletniego  Pierre-Andre Grevina. Czyżby było to pokłosie wici rozsyłanych w mojej sprawie przez Wolickiego?  Ktoś dowiedział się może, że jest dziura na warszawskim rynku i sam próbował ją wypełnić czy choćby wyeksplorować ? Dość, że ów tajemniczy traper kulturalny, przedstawiał się jako wydawca pism repertuarowych w dwunastu frankofońskich krajach Afrykańskich. Przez kilka tygodni będzie się starał wydawać tytuł pod nazwą „Impreza”. Grevin inwestor powie, że nawet angażując się w Afryce nie miał poczucia ryzyka- tym bardziej nie przeraża go polski rynek. Istotnie – nie przeraził. Pojawił się, narobił trochę szumu. Wnet jednak pojął, że się spóźnił, że ma już konkurencję w postaci  sponsorowanego przez Hagmajera z publicznych pieniędzy „WIK”-u. Spakował manatki i czmychnął nie płacąc,  jak mi opowiadano, wszystkich rachunków ani honorariów personelu.

Tak więc ani „Nowe Światy” ani francuskie „Spotkania”, ani relacjonowane przygody z amerykańskim „Dziennikiem Krajowym”… . Organizowana przez związanego z WSI Kubiaka inicjatywa „Obserwatora Codziennego” też wkrótce padła. Arykański finał pisma repertuarowego sprowadził nasze poczynania do absurdu. Demonstrował, choć tak strasznie tego widzieć nie chciałem, że nie może być mowy o wolności w buszu, w którym kapitaliści jeszcze nie zeszli z drzewa. Pod którym czycha wszechobecny i wciąż niezniszczalny-  Hagmajer.

Rozdz. LXXXIII – Chojecki i Komar czyli co nam zdrady

CDN

Rozdzz. LXXXIII – Chojecki i Komar czyli co nam zdrady…

poprzedni pierwszy następny

I zbudowali ten gmach, gdzie kolumny

Są charaktery.

A każdy sam jest, i że sam, to dumny,

Król swojej sfery

(C.K.Norwid „Do Pani na Korczewie” – 10)

Słońce przebiło się przez zasłonę. Na Długiej miałem piękne, jasne, przestronne mieszkanie. Położone na posesji dawnego konwiktu Teatynów sprawiło, że miałem wrażenie iż mieszkam w tym kubie przetrzeni, gdzie kształcił się był Stanisław August Poniatowski – absolwent tej szkoły. Był jeszcze jeden balkon, gospodarczy skierowany w stronę północy ku wieży Intraco. Z okien było widać wznoszący się po dwudziestoletnich perturbacjach ze śladami po Synagodze Błęktny wieżowiec. Nieco na  południowy-wchód płaski dach Teatru Wielkiego. W tle wieżyce pałacu

Długa od strony Freta  z Kolegium  Teatrynów w perspektywie po prawej stronie ulicy

Długa od strony Freta z Kolegium Teatynów w perspektywie po prawej stronie ulicy

Kultury. Dalej zza dwóch wysokich topoli wyglądała Kolumna Zygmunta. A w tle jakieś szare świeciło w perspektywie sinej – Miasto Stare…

Słońce świeciło, ogrzewało zamykaną loggię i moją drogę z domu do parkingu na ulicy Bugaj, gdzie trzymałem mojego steranego Malucha. Biegłem mimo najmniejszego domku w Warszawie, w którym kupowałem gazety. Czasem przysiadałem przy kawiarence „Pana Michała”. Tam, niby prawdziwy żabojad zamawiając „un express’ szybko przerzucałem gazetę by już w pracy nie napawać się na oczach kolegów z Newsroomu satysfakcją z odnajdowania swego nazwiska obok coraz to nowych telewizyjnych programów.

najmniejszy domek w Warszawie (RUCH)

najmniejszy domek w Warszawie (RUCH)

Spotkanie z Michałem Komarem u Büchnera zaowocowało poznaniem daty castingu do Nowej Telewizji Warszawa. Była to modyfikacja pomysłu Chojeckiego stworzenia „Niezależnej Telewizji Polskiej”. Chojecki, po powrocie z Francji, gdzie kierował ogromną prasową i filmową firmą „Kontakt” witany był jak rycerz powracający na białym koniu. Telewizja publiczna poświęciła mu godzinny show w szczyt oglądalności wprawiony jeszcze za wczesnego Gierka i przeznaczony dla politycznych notabli: „Godzina z…”.

Mirek z wygraną rozminął się o włos -  nie załapał się bowiem niemal przypadkiem na ten typ koncesji jakie Andrzej Drawicz rozdawa